Łukasz Majchrzyk: Zgodzisz się z opinią, że to jest Legia grająca zupełnie inaczej niż jeszcze rok temu? Zawsze staracie się naciskać rywala wysokim pressingiem.

Artur Jędrzejczyk: Czy inaczej? Na pewno każdy trener ma swój pomysł, metody. Nie ma dwóch trenerów, którzy prowadziliby drużyny w ten sam sposób. Fajnie to wygląda, trzeba się cieszyć i wszystko podtrzymywać. Mam łatwość adaptacji do różnych stylów. Jestem zawodnikiem, który grał już na wszystkich pozycjach w obronie i to fajne, bo zbierałem doświadczenie.

Co się zmieniło w twoich zadaniach w porównaniu do Legii trenera Czerczesowa?

Mam grać swoje, nie widzę żadnych różnic.

Swoje, czyli atakować?

Jeżeli podejdę wysoko pod pole karne rywali, a ktoś strzeli bramkę z mojej strony, to będzie dobrze? Jestem obrońcą, czyli mam bronić.

Jesteś taki szybki, że dogonisz wszystkich.

To prawda, dogonię (śmiech).

Prawa obrona to teraz twoja pozycja?

Lewa obrona... Nie widziałeś, jaką mam lewą nogę? Cały czas ćwiczę lewą.

Z Zenitem, jeszcze w Krasnodarze, dośrodkowałeś kapitalnie prawą nogą przy akcji bramkowej.

Tak, to prawda, tamto podanie zaczęło akcję, która dała wyrównującego gola. Potem jeszcze nasz zawodnik zdobył kapitalną bramkę przewrotką.

A która noga lepsza?

Wybór trudny. Nie wiem na razie (śmiech).

Ty jesteś najbardziej zawzięty, żeby zdobyć mistrzostwo? Nie było cię w Legii pół roku i ominęły cię od razu występy w Lidze Mistrzów.

Tego mi chyba najbardziej brakuje, żeby zagrać w końcu w Lidze Mistrzów. Koledzy mieli okazję zagrać bardzo fajne mecze. Oby mi się to przytrafiło.

Po transferze Bartosza Bereszyńskiego trener Magiera mówił o tobie w kontekście prawej obrony. Teraz może być sporo okazji do grania na środku. Jak ty byś się w tym odnajdywał?

Grałem na różnych pozycjach i nigdy nie sprawiało mi to problemów. Wszystko zależy od trenera i taktyki, którą dobierze.

Legia jest mocniejsza czy słabsza po przerwie zimowej?

Myślę, że z ocenami jeszcze trzeba poczekać. Nowym zawodnikom nie jest łatwo się wpasować. Przychodzą i potrzebują trochę czasu. Sam wiem, jakie są początki w nowym miejscu, kiedy nie zna się języka. Wszystkim trzeba pomóc. Z każdym meczem powinni pokazywać co raz więcej.

Potrafisz jednym słowem rozładować atmosferę. Zawsze ten talent pokazywałeś?

Na początku było zupełnie inaczej. Przychodziłem z czwartej ligi do Legii, w której hierarchia była ustalona. W szatni siedzieli Aleksandar Vuković, Wojciech Szala, Piotr Włodarczyk, Jano Mucha. Nie mogło być tak, że wszedłem i od razu byłem głośny.

Na początku było "dzień dobry"?

Oczywiście, że tak. Hierarchia musi być. Wchodziłem do szatni, gdzie byli piłkarze, którzy na koncie mieli po 100, albo i 200 występów w ekstraklasie. Jeśli próbowałbym im od razu mówić na "ty", to pewnie szybko mi wyjaśnili zasady dobrego wychowania. Każdy jednak starał się mi pomagać. Jak mnie na ryby zabrali, to musiałem im taszczyć wędki i grilla rozpalać, bo nie umiałem wędkować. Kto mnie tak wykorzystywał? Wojtek Skaba, z Markiem Saganowskim, Kubą Wawrzyniakiem.

Dzisiaj młodzi mówili ci "dzień dobry" czy od razu "cześć"?

Chyba było dzień dobry... I nawet śmiać mi się z tego chciało. Teraz już mi mówią "Jędza", ale na początku było bardzo oficjalnie. Poczułem się starszy, a ja ciągle się czuję młodo. Nie wiedziałem, co się dzieje.

Ta Legia, do której przychodziłeś jako młody chłopak i ta współczesna: jak byś je porównał? Tamta Legia wydawała się bardziej swojska, ta jest taka bardziej ułożona.

Wydaje mi się, że jest tak, jak było wcześniej. Każdy wie, kiedy można pożartować. Trener też żartuje. Wszyscy szkoleniowcy, z którymi pracowałem, wiedzieli, kiedy można się pośmiać, a kiedy jest czas na ciężką pracę. Nikt przed ważnym meczem nie będzie sobie robił jaj. Wiadomo, że po meczu czy w luźniejsze dni można się odprężyć, ale zawsze tak było.

Niektórzy słabo znoszą ligę rosyjską: odcięcie od rodziny, wielkie odległości, trochę odmienną kulturę. Ty sobie z tym zawsze dobrze radziłeś?

Miałem fajne, milionowe miasto. Było ciepło i dobre warunki do życia. Wszystko mieliśmy na miejscu, baza treningowa też była na wysokim poziomie. Niczego mi tam nie brakowało. Wiadomo, że nie każdy zakątek Krasnodaru był piękny, zdarzały się bardziej zaniedbane budynki, ale to też miało swój urok. Bywałem w różnicy miejscach w Rosji, które nie wyglądały fajnie, bywało brzydko i ponuro, ale bywało też fajnie. Wiele zależy także od psychiki, jak się odnajduje w różnych miejscach. Nie znasz nikogo, nie znasz języka, nie masz nikogo do pomocy. Potrzebujesz trochę czasu, a potem jesteś jak u siebie.