Odkrył Deynę i Bońka. Zmarł najbardziej niedoceniany trener w dziejach Legii

Piłka nożna
Odkrył Deynę i Bońka. Zmarł najbardziej niedoceniany trener w dziejach Legii
fot. PAP

27 lutego w wieku 82 lat zmarł Ignacy Ordon – były trener Legii Warszawa. Choć w galerii szkoleniowców stołecznego klubu ustępuje popularnością wielu sławniejszym kolegom, wywarł ogromny wpływ na historię Legii.

Ignacy Ordon urodził się 29 lipca 1934 roku w Piekarach Śląskich. W 1958 roku skończył warszawską AWF i rozpoczął pracę szkoleniową w drużynie Skry. Na początku lat sześćdziesiątych pojawił się w Legii Warszawa, gdzie zaproponowano mu prowadzenie drugiej drużyny. W 1966 roku został również asystentem czeskiego trenera Wojskowych Jaroslava Vejvody.

 

Trener - odkrywca

 

Jednym z głównych obowiązków Ordona było wyszukiwanie utalentowanych piłkarzy, którzy mogliby wzmocnić Legię. W lipcu 1965 roku podczas  centralnego obozu juniorów, który odbywał się w Warszawie, zwrócił szczególną uwagę na młodego, niespełna osiemnastoletniego gracza Włókniarza Starogard Gdański i wpisał go na listę życzeń Legii. Zawodnik ten nazywał się Kazimierz Deyna i dziś uważany jest za najlepszego piłkarza, jaki kiedykolwiek reprezentował barwy klubu z ulicy Łazienkowskiej.

 

Ordon monitorował przejście Deyny do Warszawy, które nastąpiło jesienią 1966 roku, nie bez komplikacji, gdyż talent piłkarza zdołali już dostrzec również przedstawiciele kilku innych klubów, m.in. ŁKS Łódź.  W tym samym 1966 roku Ordon ściągnął do Warszawy również dwóch innych piłkarzy w wieku poborowym: Roberta Gadochę i Henryka Kasperczaka. Deyna i Gadocha szybko trafili do pierwszej drużyny i w kolejnych latach stanowili o sile wielkiej Legii. Kasperczak w stolicy nie przebił się do pierwszego składu – po odbyciu służby wojskowej pożegnano się z nim bez żalu, nie wróżąc mu wielkiej przygody z piłką. Ordon twierdził przekornie, że uratował mu karierę: Kasperczak odrodził się w Mielcu i został czołowym polskim pomocnikiem.

 

Ordon, o czym już właściwie zapomniano, był również pierwszym trenerem, który stworzył w Polsce tzw. bank informacji, gdy z polecenia trenera Vejvody zajmował się obserwacją rywali. Kilka lat później tę instytucję – już dla potrzeb reprezentacji – rozbudował trener Jacek Gmoch, który w latach sześćdziesiątych był piłkarzem Legii.

 

Latem 1969 roku, po odejściu Vejvody Ordon miał objąć stanowisko pierwszego trenera Legii. O tym, że władze klubu zmieniły jednak zdanie i został jedynie asystentem Edmunda Zientary, dowiedział się podobno podczas lektury "Przeglądu Sportowego". Przełknął tę gorzką pigułkę i wspierał również tego szkoleniowca, mając spory wkład w kolejne sukcesy klubu, m.in. w obronę tytułu mistrza Polski i awansie do półfinału Pucharu Mistrzów w 1970 roku. W następnych latach był asystentem kolejnych trenerów Legii: Lucjana Brychczego i Andrzeja Strejlaua, który prywatnie był szwagrem Ordona.

 

W 1973 roku został oddelegowany do Bydgoszczy, gdzie został pierwszym trenerem Zawiszy. Tam po raz kolejny udowodnił, że ma niezwykłą umiejętność odkrywania młodych talentów. Podczas meczu juniorów dostrzegł 17-letniego Zbigniewa Bońka i błyskawicznie przeniósł go do pierwszej drużyny. To właśnie trener Ordon umożliwił późniejszej gwieździe polskich i światowych boisk debiut w seniorskiej piłce. Boniek wybiegł na boisko w meczu II ligi ze Stoczniowcem Gdańsk, 20 października 1973 roku (czyli trzy dni po pamiętnym meczu reprezentacji Polski na Wembley, w którym zagrali Deyna, Gadocha i Kasperczak, odkryci przez  Ordona kilka lat wcześniej). Młody zawodnik zagrał w debiucie zaledwie 45 minut, ale w kolejnym spotkaniu wybiegł już w pełnym wymiarze, a wkrótce stał się podstawowym zawodnikiem swej drużyny.

 

– Mam szacunek dla trenera Ordona. Nie sugerował się nazwiskami, nie patrzył na uznane sławy, wziął chłopaka gdzieś z rezerwy, postawił na niego. Zrobił zeń ligowego zawodnika i pomagał mu na każdym kroku – wspominał po latach Boniek.

 

Puchar Polski na pocieszenie

 

W październiku 1980 roku Ordon, po kilkunastu latach współpracy, został wreszcie doceniony przez działaczy Legii i objął funkcję pierwszego trenera klubu z Łazienkowskiej. Zasiadł na ławce, w momencie, gdy drużyna odpadła z Pucharu Zdobywców Pucharów przegrywając ze Slavią Sofia, a w lidze również nie radziła sobie najlepiej. Nowy trener rozpoczął pracę od bezbramkowego remisu z Widzewem Łódź. Nie przegrał siedemnastu ligowych spotkań z rzędu, a Legia znalazła się w czołówce tabeli i walczyła z osłabionym po aferze na Okęciu Widzewem o mistrzostwo Polski. Wydawało się, że po ponad dekadzie przerwy tytuł wróci do stolicy...

 

Kryzys nastąpił w niespodziewanym momencie, porażka 2:3 z Motorem Lublin – beniaminkiem ekstraklasy, zakończyła dobrą passę. Później przyszła klęska 1:4 z Ruchem w Chorzowie i kolejna porażka – 0:2 na wyjeździe z Lechem Poznań... Zaledwie trzy zdobyte punkty w pięciu ostatnich kolejkach zepchnęły Legię na piąte miejsce w tabeli. Stołeczna ekipa straciła do triumfującego Widzewa tylko trzy punkty, jeszcze w ostatniej kolejce była szansa na wicemistrzostwo, zaprzepaszczona po remisie 1:1 ze zdegradowaną już Odrą Opole.

 

Po sezonie zastanawiano się, dlaczego Legia nie wykorzystała szansy na zdobycie mistrzostwa? Pojawiły się głosy, że władzom klubu niespecjalnie zależało wówczas na tytule. Był również zarzuty wobec trenera, który w końcówce sezonu nie potrafił upilnować kilku zawodników: prasa rozpisywała się na temat imprezowego trybu życia niektórych gwiazd Legii, m.in. o piłkarzu, który w stanie upojenia nie mógł trafić w drzwi hotelu "Vera".

 

– Moja współpraca z zawodnikami opierała się na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Jeśli ktoś nie traktował treningów solidnie, sam na tym tracił. Nie jestem i nigdy nie będę podczas treningów ekonomem. Jako trener wierzę w świadomą dyscyplinę i rzetelność wykonywania zawodu – powiedział po sezonie w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" i dodał:

 

– Przejmując opiekę nad drużyną byłem wielkim, za wielkim optymistą. Okazało się, że stworzenie tego, co się wymarzy przychodzi z trudem i powoli.

 

Sezon nie był jednak do końca stracony. Ekipa ze stolicy wygrała w finale Pucharu Polski z Pogonią Szczecin 1:0, a zwycięską bramkę w końcowych fragmentach dogrywki zdobył Adam Topolski. Po sukcesie nastąpił spory zgrzyt: zawodnicy i członkowie zwycięskiej ekipy otrzymali od włodarzy stołecznego klubu talony na samochody marki "Polonez", ale o trenerze zapomniano...

 

 

Jak się okazało, zwycięski finał Pucharu Polski był ostatnim meczem Ordona w roli pierwszego trenera Legii. Wkrótce zastąpił go wracający z Grecji Kazimierz Górski. Ordon pozostał w klubie, gdzie do 1993 roku zajmował się szkoleniem juniorów. Do końca życia pozostał wierny Legii, obserwował jej mecze będąc częstym gościem na stadionie przy Łazienkowskiej.

Robert Murawski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze