Gdyby na Santiago Bernabeu w niedzielę trzy punkty wywalczył Real, wówczas walkę o mistrzostwo kraju można byłoby uznać za rozstrzygniętą. Zamiast tego w doliczonym czasie bramkę na 3:2 zdobył Argentyńczyk Lionel Messi, swoją 500. w koszulce Barcelony i wszystko jest jeszcze możliwe.

 

Katalończycy i "Królewscy" mają po 75 punktów, ale to ci pierwsi są sklasyfikowani wyżej dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich spotkań. Z kolei na korzyść Realu przemawia fakt, że ma jeszcze do rozegrania zaległy wyjazdowy mecz z Celtą Vigo - tym samym zespołem, który wyeliminował go w ćwierćfinale Pucharu Hiszpanii.

 

Na razie nie wiadomo kiedy tę zaległość uda się nadrobić. Zarówno Real, jak i Celta, rozgrywają po trzy mecze w tygodniu, ponieważ rywalizują także w europejskich Pucharach. "Królewscy" zmierzą się z lokalnym rywalem Atletico w półfinale Ligi Mistrzów, a w tej samej fazie Ligi Europejskiej przeciwnikiem Celty będzie Manchester United.

 

- Nic się nie zmieniło (po porażce z Barceloną). Wciąż wszystko jest w naszych rękach i myślimy już tylko o środowym meczu. El Clasico nie decydowało o tym, kto wygra ligę. Jesteśmy rozczarowani i nie zasłużyliśmy na porażkę, ale taki jest futbol. Nie mamy czasu się użalać - powiedział trener Realu Francuz Zinedine Zidane.

 

Środowy rywal "Królewskich" - Deportivo, którego rezerwowym bramkarzem jest Przemysław Tytoń - nie może być jeszcze pewny utrzymania i wydaje się "łatwym kąskiem" dla Realu. Jednak w tym sezonie drużyna z Galicji potrafiła przed własną publicznością odebrać punkty faworytom, na czele z Barceloną, która przegrała tam 1:2. Tylko po jednym punkcie z El Riazor wywiozły Atletico (1:1), Valencia (1:1) i Villarreal (0:0).

 

W ekipie Realu nie wystąpi kapitan Sergio Ramos, który zobaczył w niedzielę czerwoną kartkę za faul na Messim. To duży cios dla defensywy gości, z której już wcześniej z powodu kontuzji wypadli Portugalczyk Pepe i Francuz Raphael Varane. Rumuński napastnik Deportivo Florian Andone upatruje szans swojej drużyny w kadrowych problemach rywala.

 

- To ulga, że Ramos nie zagra, bo to najlepszy środkowy obrońca na świecie. Tak czy inaczej to jest bardzo silny zespół, niezależnie od tego, kto znajdzie się w składzie. Ale skoro pokonaliśmy Barcelonę, czemu nie możemy zrobić tego samego Realowi? - powiedział.

 

Barcelona ma już mniej napięty grafik, po tym jak odpadła z Champions League, wyeliminowana przez Juventus Turyn (0:3 i 0:0). Może skupić się już na rywalizacji w ekstraklasie oraz finale Pucharu Króla 27 maja.

 

Jeśli w środę nie wygra u siebie z mającą znikome szanse na utrzymanie Osasuną, będzie to niewątpliwie niespodzianka. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że w składzie zabraknie Brazylijczyka Neymara, który odbędzie ostatni mecz kary za niesportowe zachowanie w niedawnym spotkaniu z Malagą.

 

- To nie jest sezon, to pięć sezonów. Wydarzyło się tak wiele rzeczy, i dobrych, i tych niezbyt dobrych. O niektórych już zapomniałem. Ale teraz jesteśmy na szczycie tabeli. Będzie ciężko i walka potrwa do ostatniej kolejki - powiedział trener Luis Enrique, który po sezonie rozstanie się z Barceloną.

 

W razie porażki Osasuna może zostać pierwszym spadkowiczem. Wszystko zależeć będzie od wyniku spotkania zajmującego ostatnie bezpieczne miejsce Leganes z Las Palmas.

 

Mecz Barcelony z Osasuną rozpocznie się o 19.30. Pierwszy gwizdek na El Riazor zaplanowano na 21.30.

 

Ciekawie może być już we wtorkowy wieczór, gdy zajmująca trzecie miejsce ekipa Atletico podejmie także o 21.30 piąty Villarreal. Gospodarze mają 68 punktów, o 11 więcej od "Żółtej Łodzi Podwodnej" i zwycięstwo praktycznie zapewni im awans do Ligi Mistrzów. Czwarta Sevilla (65 pkt) podejmie Celtę Vigo w czwartek o 20.30.