Turniej w Toruniu, obfitował w sporo emocji w końcówce zawodów. Udzieliły się one także Gregowi Hancockowi, który mimo lat doświadczenia nie wytrzymał i dotknął taśmy w biegu barażowym. Warto też przypomnieć, że sam awans do „race offu” wisiał na ostrzu noża. Monster Energy Speedway Team zakończył fazę zasadniczą z dwudziestoma punktami, zaledwie o jedno „oczko” wyprzedzając Nice Racing. To pokazuje, jak trudno przychodzi wszystkim zdobywanie punktów.

 

– Widzę, jak co roku ten cykl staje się coraz lepszy. Rywalizacja staje się naprawdę poważna – przekonuje Greg Hancock.

 

Czwarte miejsce przed rokiem nie mogło satysfakcjonować Monstera. Niezmieniony skład, prowadzony do boju przez Joe Parsosna, z pewnością zakładał poprawę wyniku w sezonie 2017.


Aby móc skutecznie rywalizować z Fogo Power oraz Boll Teamem, drużyna musi stanąć w Gnieźnie na najwyższym stopniu podium.

 

– Gniezno to kolejny wyjątkowy tor, neutralny dla wszystkich. W Toruniu zdecydowanie nie osiągnęliśmy rezultatu, na który „mieliśmy chrapkę”. Trzeba się skupić na kolejnej odsłonie oraz na Landshut. To bardzo ważne dla całej drużyny Monstera, aby znajdować się nasamym szczycie. Sami sobie wytwarzamy presję – dodaje Hancock.

 

Amerykanin ma za sobą dwa sezony spędzone w drużynie z Gniezna. W latach 1996-1997 ścigał się na torze, który przywita żużlowców na początku maja. Ekipa z Wielkopolski rywalizowała wówczas w najwyższej klasie rozgrywkowej, a Hancock miał 27 lat, gdy opuszczał ten klub.

 

– To były bardzo fajne czasy. Byłem wtedy młody…. a nie, przecież nadal jestem młody – wspomina z uśmiechem indywidualny mistrz świata.

 

II runda cyklu Speedway Best Pairs, już 4 maja o godz. 18:00.