"...kołem się toczy..." - tak zatytułowałam reportaż który ma przybliżyć kulisy tego wyścigu - obok oczywiście sportowej rywalizacji. Wiadomo - mowa o historii ale tym razem wcale nie historii majora. Historia zatacza koło w różnym wymiarze. I nie chodzi tu tylko o pewną dziejową powtarzalność podobnych sytuacji i zdarzeń. Samo słowo "koło" jest kluczowe, bowiem mowa o tych, którzy jazdę na dwóch kółkach opanowali do perfekcji. W domu Andrzeja Sypytkowskiego półki uginają się od pucharów, ale te najcenniejsze trofea - srebrne medale z IO '88 i MŚ '89 trzyma głęboko w szafie. Ale wróćmy do koła, tak jak do kolarstwa cały czas wraca były już zawodnik. W różnych formach. Był dyrektorem sportowym. Znów z resztą jest, ale teraz już w swoim teamie. Był organizatorem wyścigu. Po latach przerwy także wrócił a rozmiar imprezy powiększył kilkukrotnie. W tym roku jechali w niej najlepsi kolarze na polskim podwórku i sporo z zagranicy, których zwabiła pierwsza kategoria przyznana przez Międzynarodową Unię Kolarską. To oni - zawodnicy, mogą na takiej imprezie najwięcej zyskać - puntów w rankingu, prestiżu, promocji, pieniędzy. Sypytkowski - najwięcej miał zdecydowanie tej pożądanej adrenaliny, bo taki wyścig trudno jest ogarnąć jednym umysłem. Szczęśliwie emocje towarzyszyły wszystkim, bo o końcowym triumfie Maćka Paterskiego (CCC Sprandi Polkowice) zadecydowały... 3 sekundy.

Kręcę się w kółko a do sedna nie dojdę. Tocząca się kołem historia to wiedza i doświadczenie przekazywane z rąk do rąk. To żywe legendy dyscypliny wciąż aktywnie uczestniczące w kolarskim życiu. Przecież kiedyś ich też prowadzono, uczono, trenowano. Kolarzy CCC Sprandi jadących w "Hubalu" prowadził Tomasz Brożyna - multimedalista MP, odwiedził ją drużynowy mistrz Polski i obecnie prezes PZKol - Dariusz Banaszek. Był także triumfator 1. edycji - Cezary Zamana - mistrz Polski z 1993. Gościem specjalnym można nazwać Rajmunda Zielińskiego - dwukrotnego olimpijczyka w latach 60. Z kolei o Puchar Mariana Formy - drugiego kolarza Tour de Pologne w 1968 r. rywalizowano na prologu w Kielcach. Sam Forma oczywiście owy puchar wręczał. No i wreszcie organizator i jednocześnie dyrektor sportowy Hurom Team - Andrzej Sypytkowski, o którego medalach było już wyżej.

Przyznam się - dopiero kilka miesięcy po tym jak Sypytkowski zdobył pierwszy ze swoich wielkich sukcesów, przyszłam na świat. Pod moim oknem finiszowali kolarze w pierwszych edycjach Wyścigu, gdy ledwo sięgałam do parapetu żeby podejrzeć z góry co się dzieje. Ja - Konecczanka (zapamiętajcie tę nazwę - przyda się do krzyżówek!) cięszę się, że dzięki takim ludziom jak Sypytkowski coś się w takich małych miastach jak Końskie, Opoczno, Radoszyce dzieje. Ten wyścig był ważny dla wielu ludzi - kolarzy wszelkiej maści  - od zawodowych po tych zupełnie amatorskich, był czymś wyjątkowym dla setek mieszkańców wiosek i wioseczek, gdzie życie płynie powoli i bez większych atrakcji. Kto wie ilu z nich zechce naśladować tych, którzy kiedyś tymi uliczkami przejechali.

Gdy ten reportaż powstawał mój montażysta - Bartek wspominał gdy jako dzieciak biegł dziesiątki kilometrów by podpatrywać kolarzy jadących w Wyścigu Pokoju. Czekali długo by jedynie poczuć na twarzy wiatr i usłyszeć szum mijającego ich w mgnieniu oka peletonu. Potem znów biegli kawał drogi by z relacji telewizyjnej dowiedzieć się kto wygrał. W tym wyscigu i dziesiatkach innych w różnych latach jechali ci wyżej wymienieni ex-kolarze. Ci którzy teraz wciąż działają w kolarstwie. Jak Sypytkowski - kiedyś dawał kibicom radość gdy jechał w wyścigu, teraz - wyścig organizując.

Że niby laurka? A owszem. Należy się.