Polska Agencja Prasowa: Kilka dni temu powiedział pan, że jest już trochę emerytowanym tenisistą. Podjął pan już decyzję o zakończeniu kariery czy chodziło tylko o zaciekawienie uczestników konferencji prasowej?

 

Mariusz Fyrstenberg: Oficjalnie jeszcze nie przeszedłem na emeryturę, ale rzeczywiście czuję, że czynny tenis już troszeczkę poszedł na bok. O wiele więcej przyjemności mam z promowania tego sportu w Polsce. Stabilny tryb życia bardzo mi służy. Czuję się z tym dobrze, więc nie wiem, czy na wielkie korty jeszcze wrócę.

 

Przystąpił pan jednak jeszcze w tym sezonie do rywalizacji i wystąpił w czterech turniejach. Co zatem w głównym stopniu przyczyniło się do tego, że od połowy lutego kibice nie oglądają pana już na kortach? Kłopoty zdrowotne czy wypalenie?

 

Myślę, że kwestia zdrowia częściowo jest powodem częściowego wypalenia. Bo jednak miałem przez ostatnie trzy lata bardzo duże problemy zdrowotne. To jest też trochę wiek, na pewno również jakieś błędy w treningu. To jest powód mojego zaniechania gry i pójścia w inną stronę.

 

Ma pan plan, by startem w jakimś turnieju oficjalnie i z przytupem zakończyć karierę?

 

Myślę, że tak. Jest opcja ze Szczecinem. Tam się wszystko zaczęło dla mnie i dla Marcina Matkowskiego, mojego wieloletniego partnera deblowego. Chcemy tam wystąpić. Czy to będzie turniej, czy mecz pokazowy, to jeszcze nie wiem, ale bardzo chciałbym tam być. Może jeszcze gdzieś dla przyjemności zagram. Ranking jeszcze jakiś tam mam (150. ATP w deblu - PAP). Może uda się jeszcze coś wygrać, bo jak się gra dla przyjemności, to troszeczkę inaczej się do meczu podchodzi, luźniej i może coś fajnego z tego wyjdzie. Zobaczymy. Na razie koncentruję się na innych rzeczach.

 

A co z życiem po zakończeniu kariery? Promowanie tenisa czy ma pan jeszcze jakiś inny pomysł na siebie?

 

Na pewno zostanę przy tenisie w takiej czy innej roli. Kilkanaście lat spędziłem na kortach, grając dobre turnieje i chciałbym jakoś przekazać tę wiedzę oraz doświadczenie. To chyba naturalna potrzeba u każdego człowieka. Ja się z tym dobrze czuję.

 

Wykorzystując tę wiedzę i doświadczenie bardziej by się pan widział w roli działacza czy trenera?

 

Nigdy działacza, broń Boże. Za dużo papierków i siedzenia. Jako trener prędzej, może jakaś akademia tenisa. Wszystko mam już ułożone w głowie. Na razie nie chcę zapeszać, więc zostawię to dla siebie.

 

Mówił pan, że służy panu stabilny tryb życia. Co dokładnie?

 

Mam tu na myśli przede wszystkim brak lotnisk, ciągłego stresu związanego z logistyką, itd.

 

Klaudia Jans-Ignacik kilka miesięcy po zakończeniu kariery przyznał, że znajomi - przyzwyczajeni do tego, że przeważnie nie ma jej w domu - wciąż zapominali zapraszać ją na spotkania. U pana też tak jest?

 

Ja na razie ciągle dostaję SMS-y od zawodników typu: "Co się dzieje? Dlaczego cię nie ma? Kiedy widzimy się na turnieju?". I muszę wciąż wszystkim odpisywać, że myślę o zakończeniu kariery. Bardzo mi się podoba obecna sytuacja - lepiej mi się śpi, niczym się nie stresuję, lepiej jem. Ogólnie komfort życia mi się zwiększył po zaprzestaniu gry w tenisa, ale to jest chyba normalne. Tenis wiąże się z... wiadomo, ludzie myślą, że tenis to są wielkie, fajne miasta, poznaje się dużo ludzi i widzi się dużo. Ale jednak nie. To jest stres, trasa hotel-korty i korty-hotel. To, co zwiedzisz, to zwiedzisz, ale podświadomie ciągle myślisz o meczu i turnieju. Jest się w ciągłym stresie przez cały rok, więc teraz jak gdyby dopiero zaczynam czuć, jak w życiu może być przyjemnie.

 

Żona już się przyzwyczaiła, że jest pan znacznie częściej w domu?

 

Żona się budzi i mówi "O Jezu, ty tu". Żartuję oczywiście. Wreszcie dłużej jestem w domu. Często w szatni żartowaliśmy, że największym problemem dla zawodnika po skończeniu kariery jest to, że ciągle będzie w domu i obok będzie druga osoba. Nie ukrywam, że to trzeba przejść, trzeba się dotrzeć, mimo że już od 10 lat jesteśmy małżeństwem. Ale naprawdę świetnie to nam wychodzi i jest fajnie.

 

A któryś z kolegów z kortu próbował pana namówić na zmianę zdania i powrót do rywalizacji?

 

Ciągle dostaję wiadomości typu "Założę się, że wystąpisz w tym albo w tamtym turnieju" albo "A jak ci się znudzi siedzenie na tyłku, to wrócisz. Zobaczysz", "Przestań gadać takie rzeczy", itp. Ciągle mnie tam wyklinają, ale ja twardo trzymam przy swoim, że już dosyć.

 

Czyli głodu gry już w panu w ogóle nie ma?

 

Nie. Przez ostatni czas tenis za bardzo kojarzył mi się tylko z bólem i niemożnością trenowania tak, jak chcę. Teraz nie będzie stresu związanego ze sportem, ale będzie tenis w przyjemnej formie przekazywania wiedzy innym.

 

Podczas niedawnego turnieju French Open miał pan okazję spróbować swoich sił jako komentator telewizyjny. Jak wrażenia?

 

Nie jest to takie proste. Myślałem, że to jest o wiele łatwiejsze. Musiałem troszeczkę poczytać, aby dołączyć do kolegów-komentatorów. Oni jednak mają wiele lat doświadczenia, ja dopiero zaczynam i kuleję trochę w tym temacie. Ale cieszę się, że ludzie lubią posłuchać takich informacji, które tylko ja mogę przekazać, np. co się dzieje w szatni, rzeczy zza kulis. Trochę ocieplam wizerunek jednego zawodnika, a ochładzam innego. Można powiedzieć, że obalam mity.

 

Dla którego z tenisistów był pan najsurowszy?

 

Nikomu się chyba jakoś mocno nie dostało, ale na pewno próbowałem i cały czas próbuję ocieplić wizerunek Andy'ego Murraya. Nie znam człowieka, który lubiłby go oglądać. Wiadomo dlaczego - Szkot, trochę marudzi, krzyczy i zachowuje się fatalnie. Ale jest to jego charakter i poza kortem jest świetnym kolegą. Bardzo dużo żartuje. To taki angielski humor, mocno sarkastyczny, ale mi to akurat bardzo odpowiada i dobrze się z nim dogaduję.

 

Co sprawiało panu największą trudność podczas komentowania spotkań?

 

Nie było to łatwe w sensie samych informacji i wiedzy. Znam różne ważne historie, ale nie wszystkie, a komentarzy lubują się w tym i w statystykach. Czasem nie jestem świadomy tego wszystkiego, ale też dlatego się uczę.

 

Był kłopot z tym, że mówił pan za dużo bądź za mało?

 

Zostałem od razu przeszkolony, by nie dodawać nic w trakcie wymiany. Można mówić tylko między punktami. To jest tylko 20 sekund, więc na początku miałem z tym problem. Trzeba szybko i konkretnie coś powiedzieć, ale to kwestia nauki i wprawy.