Tym bardziej, że w trzech z czterech ostatnich Superpucharów Legia występowała w roli gospodarza. W piątek 7 lipca o 20.30 (transmisja w Polsacie Sport) drużyna Jacka Magiery będzie chciała przerwać tę niemoc. I sięgnąć po piąty w historii Superpuchar.

Ostatni triumf „Legionistów” w tym spotkaniu miał miejsce w 2008 roku. Wtedy to ekipa zdobywców Pucharu Polski pod wodzą Jana Urbana, z Magierą w roli asystenta, w Ostrowcu Świętokrzyskim pokonała Wisłę Kraków 2:1. Gole dla stołecznej drużyny strzelali Takesure Chinyama i Piotr Rocki, a w składzie występowali m.in. Jan Mucha, Dickson Choto, Maciej Rybus, Jakub Wawrzyniak, obecny bliski współpracownik „Magica” Aleksandar Vuković, Roger czy cieszący się w czerwcu tego roku z mistrzostwa Polski Miroslav Radović oraz Jakub Rzeźniczak. Wisła wystąpiła w zdecydowanie bardziej rezerwowym zestawieniu z Juszczykiem, Szabatem, Kowalskim czy synem Kazimierza Kmiecika, Grzegorzem, który zdobył zresztą dla „Białej Gwiazdy” gola...

Na kolejny występ w Superpucharze Legia czekała do 2012 roku. Ale najpierw był bałagan. Jak pamiętamy – spotkanie pod tytułem Superpuchar Ekstraklasy S.A. 2011 (wtedy meczem zajmowała się jeszcze ligowa spółka) z Wisłą Kraków  miało być rozegrane nie latem tego roku, a w lutym... następnego. Termin miał być  korzystny,  bo oba kluby chciały mieć przetarcie przed 1/16 finału Ligi Europy (tak, tak, mieliśmy dwa kluby na wiosnę w pucharach: Legia grała ze Sportingiem Lizbona, krakowianie Standardem Liege). A do tego planowano w ten sposób otworzyć i przetestować przed EURO Stadion Narodowy. Ale ze względów bezpieczeństwa, braku odpowiedniej łączności na stadionie i ryzyka  związanego z ewentualną konfrontacją między kibicami obu klubów mecz odwołano, a do historii przeszła wypowiedź ówczesnej minister Sportu Joanny Muchy, która spytała, „kto wybrał akurat te dwa kluby do tego spotkania”...

Latem tego samego roku Superpuchar Ekstraklasy wreszcie doszedł do skutku. Ale oczywiście już w innym zestawieniu. Tym razem na Łazienkowskiej pojawił się Śląsk Wrocław, który w piknikowej atmosferze, przy zaledwie czterech tysiącach widzów,  bez tradycyjnej dla „Żylety” oprawy i prawie bez dopingu wygrał w Warszawie po rzutach karnych (po 90 minutach było 1:1). Drużyna prowadzona przez Oresta Lenczyka do mistrzostwa dołożyła Superpuchar. Wracający do Legii Jan Urban (zastąpił Macieja Skorżę, który w końcówce ligi zaprzepaścił szansę na tytuł właśnie na rzecz wrocławian) znów przekonał się, jak ciężko gra się bez wsparcia kibica.

Rok 2013 to czas reformy w polskiej piłce (ESA-37), więc terminu Superpucharu... nie udało się znaleźć. Porządek zaprowadziły dopiero nowe władze PZPN-u, które ustaliły sztywny termin – zawsze na tydzień przed startem ligi, a także gospodarza, którym od tego momentu miał być zawsze mistrz Polski. Wcześniej z miejscem rozegrania tego meczu często był wielki kłopot, a mecze odbywały się w Grodzisku Wielkopolskim, Radomiu czy Starachowicach. Inna sprawa, że wtedy nie mieliśmy takich obiektów jak teraz.
 
Zatem od 2014 roku – na trzy kolejne Superpuchary - organizacja dwukrotnie przypadała Legii Warszawa, sięgającej ostatnio najczęściej po mistrzostwo.  Początek nowej ery nie był jednak szczególnie odświętny - ze względu na decyzje Henninga Berga.  Skandynawski trener szykując się do walki o Ligę Mistrzów uznał, że ważniejszy będzie dla niego zaplanowany na dzień przed Superpucharem z Zawiszą Bydgoszcz sparing z Hapoelem Beer Szewa. To tam przy niemal pustych trybunach zagrała „pierwsza Legia”. Na spotkanie o „stawkę” 24 godziny później Norweg desygnował za to Konrada Jałochę, Adama Ryczkowskiego, Mateusza Wieteskę czy Bartłomieja Kalinkowskiego. Rywal to wykorzystał, wygrał 3:2, a na Berga spadła krytyka, także z wewnątrz klubu.
 
Rok później Norweg nie wykonał już takiego ruchu, choć w Poznaniu przy Bułgarskiej (ponad 40 tysięcy widzów, rekord frekwencji w historii Superpucharu) znów zaskoczył postawieniem na Adama Ryczkowskiego, który zagrał nie na swojej pozycji i ustawieniem w pomocy grającego już wtedy na stałe na stoperze Michała Pazdana. „Kolejorz” wygrał 3:1. Podobnie jak przed rokiem gdy w roli szkoleniowca Legii w oficjalnym spotkaniu debiutował Besnik Hasi. Przegrana z „poznańską lokomotywą” była jeszcze bardziej bolesna (1:4), tym bardziej, że poniesiona przed własną publicznością. Fakt, Legia zagrała bez odpoczywających po EURO 2016 Pazdana, Nemanji Nikolića ale i Lech z tego samego powodu nie mógł skorzystać z Karola Linetty’ego, dopiero kilka tygodni później sprzedanego do Sampdorii Genua, a także węgierskich rodaków Nikolicia: Tamasa Kadara i Gergo Lovrencsicsa.
   
W piątek Magiera też nie będzie w komfortowej kadrowej sytuacji, bo Legia z pewnością nie jest w tej chwili tak mocna jak na koniec ubiegłego sezonu. Pewne jest jednak to, że w przeciwieństwie do swoich zagranicznych poprzedników, zrobi wszystko, by mimo zamętu z Vadisem Odjidją-Ofoe czy kontuzją Miroslava Radovića oraz wakacyjnego terminu zadowolić swojego kibica. Szlachectwo zobowiązuje, poza tym „Magic” wie, że nic tak nie poprawia atmosfery jak wygrana w meczu o trofeum. Taka firma jak Legia nie może - i nie chce - pozwolić sobie na to, by przegrać piąty raz z rzędu w meczu o Superpuchar.