MŚ w lekkoatletyce rozgrywane są od 1983 roku (Helsinki), ale była to najważniejsza dyscyplina pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich 1896 roku w Atenach. Od tego czasu przechodziła wiele zmian. Tym metamorfozom towarzyszyły zwiększająca się wydolność zawodników, wspomagana nowinkami treningowymi i sprzętowymi.

Dziś już nikogo nie dziwi pchnięcie kulą techniką obrotową lub skok wzwyż stylem flop. Kiedyś była to rewolucja. Nastąpiły także zmiany sprzętowe i w infrastrukturze stadionów, więc obecna lekkoatletyka, choć wywodzi swój rodowód ze starożytności, nie przypomina nawet już tej znanej z początku sportów nowożytnych.

Ten "bieg" przez dziesięciolecia zmian można zacząć od najkrótszego dystansu - sprintu na 100 m. I tak uczestnicy olimpijskiego finału w Atenach w 1896 r. mieli do dyspozycji ziemną bieżnię, bez takich współczesnych "fanaberii" jak tartan czy bloki startowe. Oni i ich następcy aż do połowy XX wieku musieli wykopywać dołki na linii startu, by ułatwić sobie rozpoczęcie biegu. Dopiero w latach 60. ubiegłego stulecia na tartanowych bieżniach pojawiły się bloki startowe, które dziś są tak czułe, że wychwytują nawet minimalny falstart.

Notabene, jeszcze w igrzyskach olimpijskich w 1964 roku w Tokio nie było tartanowej bieżni i Ewa Kłobukowska narzekała na pierwszy, zniszczony tor, który wylosowała w biegu indywidualnym na 100 m. Była w nim "tylko" trzecia. Powetowała sobie to niepowodzenie, kończąc sztafetę 4x100 m w finale na pierwszym miejscu. Tym razem Polki biegły na znacznie lepszym, piątym torze.

Po raz pierwszy rywalizowano na tartanowej bieżni w 1963 roku w miejscowości St. Paul w USA (stan Minnesota). 67 lat wcześniej w Atenach na Stadionie Panatenajskim tory wyznaczały biegaczom linki rozciągnięte na półmetrowych słupkach. Ówcześni sprinterzy nie zdecydowali się, poza jednym, na tzw. niski start. Tego "odmieńca" widzowie oglądali ze zdumieniem i nie dawali mu żadnych szans na zwycięstwo. A właśnie skazywany na porażkę prekursor zmian Amerykanin Thomas Burke startując z przyklęku pokonał czterech rywali i został pierwszym mistrzem sprintu - jego czas to 12 s.

Sędziowie, dystyngowani panowie w słomkowych kapeluszach lub melonikach, mierzyli czas zawodników na swoich zegarkach, reagując, jak biegacze, na huk rewolweru startera. Stopery pojawiły się po raz pierwszy dopiero podczas igrzysk w 1932 roku w Los Angeles. Czas mierzono z dokładnością do 0,1 s. Długo także utrzymywano taśmę zrywaną przez zwycięzcę.

Lekkoatleci pierwszych igrzysk ubrani byli głównie w bawełniane i flanelowe kostiumy, które zupełnie nie przypominały obecnie stosowanych aerodynamicznych strojów. Jednak już wtedy zadbano, by sportowcy nosili emblematy przynależności państwowej, ew. klubowej, oraz numery.

O kolcach lekkoatletycznych nikomu się wówczas nie śniło. Biegacze mieli na stopach mniej lub bardziej lekkie pantofle. Słynny Jesse Owens biegał i skakał podczas igrzysk w 1936 roku w Berlinie w wykonanych przez firmę Adi Dasslera butach z kolcami, które upowszechniły się dopiero po II wojnie światowej. Triumfował wówczas w czterech konkurencjach - na 100, 200 i 4x100 m oraz w skoku w dal.

Po raz pierwszy skonstruowaną przez firmę Omega fotokomórkę do precyzyjnego pomiaru czasu zastosowano w 1948 roku. Minęło jeszcze kilka lat, zanim stała się powszechnym wyposażeniem stadionów. W 1952 roku urządzenie to połączono z drukarką podającą wyniki. W 1960 roku podczas olimpiady w Rzymie Omega zamontowała ogromną, elektroniczną tablicę wyników, pierwowzór dzisiejszych telebimów.

Obecnie najnowocześniejsza technika służy zarówno biegaczom, jak i przedstawicielom konkurencji technicznych. Już dość dawno zniknęła taśma służąca do mierzenia skoków czy rzutów.

W przypadku skoku w dal, gdy sędzia wciąż śledzi, czy stopa zawodnika nie wykroczyła poza belkę (w czym pomaga mu linia z plasteliny), przez lata niewiele się zmieniło. Jednak na początku odbijano się bez rozbiegu. Mistrzem skoku w dal, trójskoku i skoku wzwyż z miejsca był Amerykanin Ray Ewry. Niezrównany multimedalista igrzysk lat 1900-08 potrafił skoczyć z miejsca 3,48 m, a w 1900 roku w Paryżu uzyskał wzwyż z miejsca 1,65 m.

Skok wzwyż przeżył "rewolucję" zarówno pod względem techniki zawodników, jak i wyposażenia skoczni. Ta konkurencja wiązała się z pewnym ryzykiem, bowiem lądowano w zwykłej piaskownicy. Dlatego zawodnicy stosowali bezpieczną technikę nożycową. Po pewnym czasie co odważniejsi pokonywali sztywną poprzeczkę stylem przerzutowym, choć nadal lądowali w piasku. Skacząc w ten sposób potrafili uzyskać 2,18 m.

Gdy zawodnikom oddano do dyspozycji miękkie materace na zeskoku, wykorzystali ten komfort, by ryzykować skoki bardziej akrobatyczne. Jednak prawdziwego przewrotu dokonał Amerykanin Dick (Richard) Fosbury. Podczas igrzysk w Meksyku w 1968 roku zadziwił świat i zaskoczył rywali skokami w stylu flop. Flop to określenie odgłosu, jaki było słychać, gdy lądował na materacu po pokonaniu poprzeczki powszechnym dzisiaj stylem "plecowym". W Meksyku zdobył złoty medal wynikiem 2,24.

Warto wspomnieć o innym "wynalazcy", który w latach 50. poprzedniego wieku eksperymentował na skoczni. Reprezentant ZSRR Jurij Stiepanow założył na nogę odbijającą pantofel z grubszą podeszwą. Źródła nie podają, z jakiego materiału ją sporządzono. Szybko poprawiał jednak swoje rekordy życiowe. Zanim zorientowano się, co to za "cudowny but", Stiepanow w 1957 roku ustanowił uznany przez IAAF rekord świata - 2,16 m. W końcu jednak światowa federacja zabroniła stosowania tej nowinki i radziecki skoczek zniknął ze sportowych aren. Tajemnica jego sukcesów do dzisiaj nie została wyjaśniona.

Jeszcze większą ewolucję przeszedł skok o tyczce. Ta niemal akrobatyczna konkurencja, obecna w programie zawodów od pierwszych igrzysk, zmieniła się radykalnie. Zwycięzca z Aten (1896) Amerykanin Welles Hoyt osiągnął skromne 3,30 m. Dawni sportowcy mieli do dyspozycji drewniane lub lżejsze bambusowe tyczki. Przy ich pomocy nie dało się skoczyć zbyt wysoko. Później używano tyczek z aluminium. W 1957 roku rekord na takim sprzęcie ustanowił Amerykanin polskiego pochodzenia Bob Gutowski - 4,78 m.

Kolejnym etapem zmian było pojawienie się tyczki z włókna szklanego. Ta elastyczna "katapulta" pozwalała na wyższe skoki. Obecny rekord należy do Francuza Renaud Lavillenie i wynosi 6,16, choć "carem tyczki" przez lata pozostawał Ukrainiec Siergiej Bubka, który jako pierwszy pokonał granicę sześciu metrów.

Ewolucja nie ominęła także innych konkurencji technicznych, np. oszczep o prostej drewnianej konstrukcji pozwalał osiągać kilkudziesięciometrowe odległości. Gdy Amerykanin Franklin Held skonstruował wraz z bratem oszczep metalowy, potrafił rzucić nim ponad 80 metrów, bijąc rekord świata (80,41 w 1953 roku). Kolejni zawodnicy poprawiali to osiągnięcie aż reprezentant NRD Uwe Hoehn w 1984 roku w Jenie "przerzucił" stadion, uzyskując 104,84 m.

W trosce o bezpieczeństwo zawodników i widzów światowa federacja zmieniła punkt ciężkości oszczepu, ale i tak obecnie najlepsi zawodnicy zbliżają się do granicy 100 metrów.

W latach 50. oryginalny sposób rzucania oszczepem zastosował pewien ekscentryczny Bask Felix Erausquin. Postanowił bowiem rzucać bez rozbiegu, za to... obrotowo, wcześniej startował jako dyskobol. Nieliczni naśladowcy eksperymentalnej metody miotania potrafili osiągać odległości do 90 m.

Przed igrzyskami 1956 roku IAAF zabroniła rzutów "techniką hiszpańską", uznając ją za niebezpieczną dla osób postronnych. Oszczepy lądowały w bardzo różnych punktach boiska, często odległych od prawidłowego kierunku.

Dynamika i siła lekkoatletów, szczególnie w rzutach dyskiem i młotem, skłoniły IAAF do zastosowania siatek ochronnych, bez których dziś nie sposób wyobrazić sobie rozegranie tych konkurencji. Ograniczenie takie w stosunku do rzutu oszczepem byłoby jednak mocno niepraktyczne.

W pierwszych nowożytnych igrzyskach w 1896 roku kobiety nie startowały. Jakby nawiązywano tym samym do antycznej tradycji, gdy nawet wstęp na widownię był dla pań zabroniony. Jako lekkoatletki kobiety pojawiły się na olimpijskich obiektach dopiero w 1928 roku.

W historii kobiecej lekkoatletyki zdarzył się ciekawy incydent, świadczący o trosce działaczy IAAF wobec pań biegaczek. Gdy w 1928 roku, podczas igrzysk w Amsterdamie, po raz pierwszy kobiety pobiegły na 800 m, oficjele IAAF uznali, że to zbyt wyczerpujący dystans. Przerazili się tak bardzo widokiem "zmordowanych", słaniających się na mecie biegaczek, że wykreślili go z programu igrzysk. Ponownie pozwolono kobietom na starty w biegu na dwa okrążenia dopiero 32 lata później w Rzymie.

Obecnie prawie wszystkie konkurencje są uprawiane przez płeć piękną, nie wyłączając tak męczących jak rzut młotem czy maraton. Ostatni męski bastion padł, gdy organizatorzy sierpniowych mistrzostw świata w Londynie włączyli do programu chód kobiet na 50 km.

Lekkoatletyka nie chce skostnieć w obecnych formach. Myśli się o nowinkach, które mają zwiększyć atrakcyjność zawodów dla kibiców. Planuje się np. rozgrywanie sztafet w mieszanych, damsko-męskich składach. Sprinterzy mają rywalizować na nietypowych dystansach 150 czy 300 m, oszczepnicy trafialiby do celu, a w biegach długodystansowych po każdym okrążeniu odpadałby ostatni w stawce. Choć niektóre z tych zmian wydają się bardzo śmiałe, to historia tej dyscypliny uczy, że kolejna metamorfoza "królowej sportu" jest tylko kwestią czasu.