Mioduski z Leśnodorskim nie kopią się po kostkach. Oni walą się bejsbolami po głowie

Piłka nożna
Mioduski z Leśnodorskim nie kopią się po kostkach. Oni walą się bejsbolami po głowie
fot. Cyfrasport

Na początku czerwca na stronie Polsatsport.pl zadałem dyskretne pytanie: czy Mioduski i Leśnodorski znów zaczną kopać się po kostkach? Po rozejściu się współwłaścicieli Legii i jeszcze niepewnej sytuacji sportowo-finansowej można było zakładać, że do jakichś zgrzytów dwóch nieznoszących się dżentelmenów będzie dochodzić. Dziś, kiedy jest jasne, że doszło do katastrofy i na boisku i w klubowej kasie panowie po kostkach się nie kopią. Oni się walą kijami bejsbolowymi po głowie…

Obecny prezes udzielił właśnie ciekawego wywiadu „Rzeczpospolitej”, w którym nie owijał w bawełnę i przekonywał, że cała wina za obecny stan rzeczy powinna spadać na jego rozrzutnego niedawnego wspólnika. Mówił o kampanii destabilizacyjnej, która jest prowadzona od pierwszego dnia ich rozłąki, szeptanym działaniu, które wskoczyło na wyższy poziom, podjudzaniu zawodników, rozbijaniu mentalnym szatni, przeciekach, upublicznieniu wewnętrznych spraw, wykorzystywaniu zaprzyjaźnionych mediów itd.

I szczerze mówiąc wcale nie wykluczone, że taka jest prawda. Tyle, że to wygląda jak spłakiwanie się obecnego właściciela, któremu wydawało się, że jak sowicie i szybko spłacił dawnych wspólników to teraz będzie miał z górki. Znów awansuje do Ligi Mistrzów, znów wpadnie te 100 mln złotych, dziury się pozasypuje i będzie… będzie zabawa. Okazało się jednak, że sytuacja jest dramatyczna. Nie dość, że wyszły nici z zakładanych zysków, to nie ma nawet na załatanie dziury w budżecie (pewnie około 35 mln złotych), bo drużyna skompromitowała się i nawet nie awansowała do Ligi Europy.

Przecież biznesmen takiej klasy musiał zakładać jakiś plan B… Okazuje się, że najwyraźniej go nie miał. Nie brał pod uwagę, że będzie aż taka klapa sportowa, przeliczył się. Teoretycznie teraz ratunkiem byłaby szybka sprzedaż jak największej liczby zawodników, zejście z kosztów, renegocjacje kontraktów (podobno lada chwila ma dojść do takiej próby). Tyle, że chętnych na takich graczy brak, a cały zastęp przepłaconych najemników raczej nie będzie szedł Legii na rękę i rezygnować ze znakomitych uposażeń. Bo nie przyszli tu z miłości do warszawskiego klubu.

Mioduski zarzuca Leśnodorskiemu, że jego ekipa, która odpowiadała za transfery naściągała wielu zawodników oferując im bajońskie kontrakty, a teraz nie ma jak im płacić. Pytam się zatem: czy w momencie przejmowania klubu, zakładając, że wcześniej nic o kontraktach nie wiedział, nie można było zajrzeć do listy płac i sprawdzić ilu i jakich zawodników ma się na stanie? Bo na chłopski rozum to nie ładujemy się przecież w biznes, o którym wiemy, że za chwilę będą wypadać trupy z szafy. Prezes ma oczywiście rację, że Legia płaciła kwoty nieadekwatne do klasy graczy. Tak się jednak szczęśliwie dla jego dawnego wspólnika składa, że ma doskonałe alibi. Może powiedzieć tak: Skoro zdobywałem kolejne mistrzostwa, wprowadzałem drużynę do Ligi Europy i Ligi Mistrzów, a trener Besnik Hasi po odejściu od nas poprowadził także Olympiakos Pireus do Champions League to chyba polityka personalna nie była najgorsza.

Ujawnione właśnie przez sport.pl fakty na temat tej polityki na przykładzie korespondencji mailowej najważniejszych ludzi w klubie, mówiąc językiem dziennikarzy zajmujących się polityką, są: porażające. Z jednej strony szokuje infantylność języka, sposób załatwiania transferów i zawyżanie wartości graczy. Z drugiej fakt, że coś takiego wypływa świadczy o braku elementarnej kultury i jakiejkolwiek lojalności wobec pracodawcy. A jak twierdzą wtajemniczeni, to ma być dopiero początek wyciągania tzw. kwitów. I żeby nie było wątpliwości obciąża to obie strony naparzanki. I Mioduski i Leśnodorski byli wówczas w klubie.

Mioduski, który stał się właścicielem najbardziej rozpoznawalnej marki sportowej w Polsce wyraźnie nie trzyma ciśnienia z tym związanego. Łatwo go wyprowadzić z równowagi o czym świadczą wypowiedzi w mediach. A to oczywiście jest drugiej stronie rękę. Wystarczyło, że w Interii.pl ktoś puścił bączka, że Leśnodorski spróbuje odkupić klub, a obecny prezes wytacza najcięższe działa, grzmi o próbie destabilizacji i zarzeka się, że nie odsprzeda klubu prosząc reportera o postawienie wykrzykników.

Leśnodorski nawet jak wywrócił się tak, że gorzej się nie da (zatrudnił kierowniczkę drużyny, która źle policzyła kartki Bereszyńskiego i Legia straciła szansę na Ligę Mistrzów), zdołał zamieść sprawę pod dywan i jeszcze zwrócił opinię publiczną przeciwko UEFA, która „zabijała ducha sportu”. Owszem, jest mistrzem bajeru, ale atmosferę robił dobrą. A to mimo wszystko bardzo ważna sprawa, co zresztą Mioduski potwierdza, mówiąc, że Leśnodorski jątrzy i ją teraz psuje.

W obecnej Legii ład jest raczej korporacyjny, coś na wzór dawnych właścicieli z ITI. Zatrudnieni przez Mioduskiego ludzie dopiero uczą się piłki nożnej, podział kompetencji nie jest do końca jasny. Pełno jest dyrektorów, pełnomocników, członków zarządu. Pozamykano treningi dla mediów, próbowano pouszczelniać co się da, a i tak wszystko wypływa… To oczywiście informacja-paszkwil z wewnątrz klubu, ale raczej sympatyka poprzedniej władzy.

Ewidentnie jednak widać, że jest w Legii jakiś problem z doborem kadr i nie chodzi jedynie o zawodników. Jeden z agentów piłkarskich, który współpracuje z Legią i jak się wyraża: zna Darka i Bogusia doskonale, twierdzi, że obecny właściciel jest idealistą, który jeszcze bardzo słabo w świecie sportu się porusza. A zanim się nauczy to może jeszcze sporo przegrać, wartość klubu spadnie i rzeczywiście ktoś będzie próbował Legię kupić.

Szczęśliwie dla obecnego układu przy tej całej zawierusze Legia traci tylko punkt do lidera ekstraklasy. Tylko po ostatnich jej popisach na arenie międzynarodowej pytanie co ta ekstraklasa jest warta?

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze