"Rozwodowy" wywiad Lewandowskiego. "Uderzył w największych bossów Bayernu. Latem zostanie sprzedany"

Piłka nożna

Jedna z największych gwiazd Bundesligi, o ile nie największa, Robert Lewandowski w magazynie „Der Spiegel” krytykuje Bayern Monachium, w którym występuje, a i wskazuje na ograniczenia samej ligi niemieckiej – w stosunku do ligi angielskiej i hiszpańskiej. Nie ma co ukrywać, to „rozwodowy” wywiad Polaka. Latem 2018 roku zostanie sprzedany, choć kontrakt ma do 2021 roku.

Już tytuł wywiadu w tygodniku „Der Spiegel” mówi, o czym będzie: „Fussball ist Kapitalismus pur”, czyli „Futbol to kapitalizm w czystej postaci”. Poniżej obszerne fragmenty rozmowy.
 
DER SPIEGEL: Na początku sezonu krytycy zarzucili panu, że sprawiał pan wrażenie niezmotywowanego i sfrustrowanego.
 
ROBERT LEWANDOWSKI: To dotyczyło przede wszystkim spotkań w czasie naszego tournée po Azji. Może nawet krytycy mieli rację. Muszę przyznać, że tego lata rzeczywiście trudno mi przyszła mi motywacja. 
 
Gdzie leżała przyczyna?
 
Od wielu lat gram w rytmie trzech dni – bez wielkich przerw. To nadzwyczajne obciążenie przede wszystkim dla głowy. To dlatego właściwie przygotowanie do sezonu jest dla mnie tak ważne, ponieważ tam znajduje się baza, aby właściwie funkcjonować w trakcie sezonu, gdy głowa jest zmęczona.
 
Nie dało się właściwie przygotować w Azji?
 
Zagraliśmy tam dużo meczów. Jako zawodowiec musiałem zdecydować – chcę w tych spotkaniach zaprezentować topową dyspozycję, czy też zależy mi, aby odpowiednio podejść do nielicznych zajęć treningowych, które pozwolą wypracować dyspozycję fizyczną na decydujące mecze w sezonie.
 
Co pan zdecydował?
 
Topowi piłkarze poddawani są permanentnym przeciążeniom. Bierze się to z napiętego kalendarza, a także coraz większej intensywności gry. Jedyna możliwość, aby zapobiec poważniejszym kontuzjom – poza dietą i regeneracją – to odpowiedni trening w przerwie letniej i zimowej. W Azji – to jasne – skupiłem się na treningu. Te liczne gry sparingowe nie dadzą mi wiele choćby w kontekście Bundesligi, gdy w grudniu po meczu Champions League z Realem, przyjdzie mi zagrać we Freiburgu, w czasie padającego śniegu.
 
Zabraknie panu motywacji?
 
Freiburg to tylko przykład – można wymienić inny zespół, który nie zalicza się do kandydatów do tytułu. Takie zespoły gromadzą dziesięciu ludzi na polu karnym, ja mam wokół siebie pięciu obrońców – brakuje miejsca, a jeszcze kopie się mnie po kostkach. Gdy w takim wypadku człowiek zmęczony jest po meczu w europejskiej rywalizacji, stadion jest mały, a dla widzów najważniejsze jest wygwizdanie piłkarzy Bayernu, to naprawdę trzeba ciężko popracować, aby dać z siebie wszystko. 
 
Lewandowski następnie opowiada to tym, jak szuka motywacji. Okazuje się, że wymyśla sobie przed meczem, że strzeli gola w „okienko” bramki albo pokaże jakiś szczególny trick w czasie dryblingu albo zagra niezwykłe podanie, które ćwiczy już od jakiegoś czasu... „Chodzi o przesuwanie granic w mojej głowie” - tłumaczy RL9.
 
DER SPIEGEL: Skoro tak jest, to znaczy, że niektóre mecze Bundesligi traktuje pan, jak trening, a nie prawdziwe starcie. Co pan w takim razie powie o poziomie ligi niemieckiej?
 
LEWANDOWSKI: Wiem, że nie każdemu spodoba się to, co powiem, ale Bundesliga potrzebuje więcej takich drużyn, jak RB Lipsk. Silne zespoły spowodują, że będziemy w stanie więcej zainwestować. Bundesliga nie może żyć z tego, że dominuje jedna drużyna – nawet walka dwóch zespołów o tytuł to za mało. Potrzebujemy czterech, pięciu drużyn, które będą prezentowały najwyższy poziom. Ta konkurencja pozwoli również Bayernowi zachować najwyższą koncentrację do końca sezonu. Z kolei silna liga pozwoli napędzić koniunkturę marketingową. 
 
Marketingową?
 
Jeśli jest więcej meczów znaczących, jeśli chodzi o czołówkę, to jest więcej show, więcej „trara”, telewizja może nadawać więcej i dłużej na całym świecie. Kibice chcą oglądać starcia wielkich, gwiazd ligi, bojów o mistrzostwo. To spowodowałoby jeszcze większe zainteresowanie Bundesligą za granicą. Być może nawet dużo większe zainteresowanie, niż liczne podróże do Azji i Ameryki....
 
Lewandowski tłumaczy dziennikarzowi, że te podróże nie mają takiego znaczenia jeszcze z jednego powodu – języka. Zaznacza, że są wielkie społeczności na świecie, które posługują się hiszpańskim i angielskim, stąd naturalny fokus na ligi hiszpańską i angielską. Robert uderza w tym momencie w samego Karlheinza Rummenigge, które nawet przed Ulim Hoenessem bronił wyjazdu do Azji. Hoeness zastanawiał się – po kolejnej klęsce – czy to ma sens, a Rummenigge mówił, żeby ochłonął. Na koniec już po pierwszym krytycznych słowach Lewandowskiego w „Bild-Zeitung”, co do azjatyckiego tournée, klub sięgnął po liczby. Okazuje się, że na jednej wyprawie zarobił 14 milionów euro. 
 
Słowa Roberta o skuteczności marketingu, to jednak dopiero początek argumentacji rozwodowej. Bayern Monachium właśnie otworzył kompleks treningowy dla młodzieży – za 100 milionów euro. Sam Hoeness ogłosił: „To nasza odpowiedź na szaleństwo transferowe”. Lewandowski to jednak całkowicie podważa. Widać, że filozofia Bayernu to nie jest filozofia Roberta. Już „Kicker” niedawno napisał wielkie story pod hasłem „Lewandowski za duży na Bayern”. Teraz sam piłkarz daje sygnał, że nie pasuje do biznesowej filozofii najpotężniejszego niemieckiego klubu. Zresztą przeczytajcie sami. 
 
DER SPIEGEL: Na razie największe gwiazdy wybierają Anglię i Hiszpanię, a nie Niemcy.
 
LEWANDOWSKI: Dotychczas Bayern nigdy nie zapłacił więcej niż 40 milionów euro za jednego zawodnika. W międzynarodowym futbolu to już od dłuższego czasu jest suma raczej średnia, niż znacząca. Nie było takiego wzrostu rynku, jakie notują Real Madryt czy Manchester United. I teraz różnica w stosunku do tych, którzy oferują najwyższe sumy jest naprawdę ogromna. 
 
Ulrich Hoeness powiedział, że nie chce uczestniczyć – w jak to określił - „transferowym szaleństwie”. 
 
Aby przyciągnąć topowego zawodnika, pieniądz odgrywa ważną rolę, choć należy dodać, że nie jedyną. Chodzi także o perspektywę sportową, siłę drużyny, samo miasto, a także otoczenie. Bayern musi dać się ponieść i wykazać kreatywnością, aby dalej przyciągać do Monachium piłkarzy klasy światowej. I jeśli chce się grać o najwyższe stawki, potrzeba jakości najlepszych graczy. Także dlatego, że właśnie takie gwiazdy sprawiają, że inni piłkarze idą w górę. Wielka konkurencja w kadrze pomaga, aby osiągnąć to niezbędne kilka procent...
 
Ciąg dalszy na stronie nr 2.
 
Lewandowski uderza bezpośrednio w największych bossów Bayernu, Rummenigge i Hoenessa. To właśnie ci ludzie wyznaczyli współczesną siłę Bayernu. To właśnie ten duet spowodował, że Bayern zagrał w finale Ligi Mistrzów w 2010 i 2012, że wygrał Ligę Mistrzów w 2013. Że w latach 2014, 2015, 2016 był w półfinale Ligi Mistrzów. Ćwierćfinał w 2017 to wyjątek w obecnej dekadzie! Dla Rummenigge to cios podwójny. To właśnie Karlheinz powiedział swego czasu Lewandowskiego, coś, co oczarowało samego zawodnika, a wręcz zachwyciło jego menedżera Cezarego Kucharskiego. „Jeśli przyjdziesz do nas, sprawimy, że będziesz walczył o miano najlepszego piłkarza w Europie” - miał rzecz Rummenigge, który sam był dwa razy otrzymał „Złotą Piłkę” dla najlepszego gracza Starego Kontynentu... Z kolei Hoeness ostatnio mówił, że o pozycji Lewandowskiego w Bayernie świadczą liczby w jego kontrakcie, a także fakt, że nie ma żadnego zmiennika, czy też konkurenta. Tymczasem „Lewy” sam mówi o konieczności konkurencji... 
 
A propos płac piłkarzy. Mówi się, że Alexis Sanchez chciał przejść z Arsenalu do Bayernu, ale zażądał 25 milionów euro rocznie. Lewandowski zarabia 18,5 miliona, Thomas Mueller i Manuel Neuer po 15 milionów. Nic dziwnego, że RL9 mówi: „Gdyby doszło do transferu Sancheza, kilku z nas udałoby się do zarządu klubu i zażądało podwyżek. Tak duże różnice w gażach w jednej strukturze płac mogłoby być niebezpieczne i prowadziłoby do zazdrości, a nawet zawiści”.
 
DER SPIEGEL: PSG nie przyprawia to o ból głowy. Klub z Paryża kupił Neymera za 222 miliony euro i uczynił go – z wielką przewagą nad innymi – najlepiej zarabiającym w zespole.
 
LEWANDOWSKI: Gdy przybyłem z Polski do Niemiec jednym z pierwszych słów, które się nauczyłem było słowo „Ordnung”, czyli „porządek”. Przede wszystkim w księgowości – w finansach. Stąd jestem przekonany, że taki transfer jak Neymara w Niemczech  nie mógłby się zdarzyć.
 
Wielkość sum transferowych jest mocno krytykowana – jak pan sam odnosi się do tego?
 
Być może sam jestem zbyt dużym realistą, aby rzeczywiście zżymać się na ich wielkość. Przecież są kluby, które są gotowe zapłacić taką sumę – taką, którą dyktuje nowy rynek. I trzeba się w tym wszystkim znaleźć i szukać rozwiązań. W futbolu będą jeszcze większe inwestycje w najbliższych latach, więc takich „deal'ów” będzie więcej. 
 
UEFA przed laty wprowadziła zasadę finansowego fair-play, zgodnie z którą kluby nie mogą wydawać więcej niż zarabiają. Ta interwencja wydaje się nieskuteczna. Czy futbol na samej szpicy jest niemożliwy do okiełznania? Futbol to kapitalizm w czystej postaci – każdy chce w tej branży zarabiać kasę. Nie ma zresztą w tym nic nagannego – tak funkcjonuje całe zachodnie społeczeństwo. Mimo to władze federacji powinny poszukać reguł, aby rynek całkowicie nie wymknął się spod kontroli. 
 
Pada kwestia lojalności do klubu. Swego czasu Robert sam to przeżył, że będąc w innym klubie chciał odejść – mając kontrakt z Borussią do 2014, próbował odejść w 2012 i 2013. Dortmund jednak nie zgadzał się. Ostatecznie udało się dopiero po zakończeniu kontraktu z BVB, ale mając już porozumienie z Bayernem zgłosił się Real. Dało to efekt podniesienia umowy z monachijczykami. Real przyszedł jeszcze raz – wiosną 2016 roku. Ostatecznie jednak „Lewy” - w grudniu 2017 – przedłużył kontrakt z Bayernem do 2021 (początkowo miał do 2019). 
 
„DER SPIEGEL”: Ousama Dembele, Philippe Coutinho, Mbappe – letni rynek transferowy udowodnił, że lojalność w stosunku do klubu nie odgrywa żadnej roli. Kontrakty piłkarzy nie mają już znaczenia?
 
LEWANDOWSKI: W zawodowym futbolu nie powinno się mówić o takich emocjach. Lojalność to co prawda piękne słowo, mające cudowny romantyczny sens i jest ważne również w życiu prywatnym. Jednak w sporcie liczą się inne czynniki – sukces i pieniądz. I właśnie te dwa komponenty rozstrzygają o transferach, nic innego.
 
To legitymizuje także piłkarzy, którzy poprzez strajk chcą wymusić transfer?
 
Strajk jest najgorszym ze wszystkich środków i coś takiego w klubach z czołówki nie wchodzi w grę. Zawodnik, który decyduje się na coś takiego, zdradza wspólnotę, a ta tego nigdy się nie wybaczy. To także niesłychane ryzyko dla samego zawodnika, że już nigdy nie pozbędzie się takiej, a nie innej reputacji. Jednak takie strajki są dla mnie w rzeczywistości tylko symptomem pewnego zjawiska, którego problem leży gdzieś indziej.
 
Mianowicie gdzie?
 
Władza w futbolu w ostatnich latach radykalnie się zmieniła – i to na korzyść zawodników. Jeśli piłkarz chce zmienić klub, może to z reguły przeprowadzić. Dlatego dobrze postrzegam fakt, że niektóre federacje chcą, aby w kontraktach znalazła się konkretna suma odstępnego za jaką dany zawodnik w każdej chwili może odejść. Można w tym modelu wprowadzić jeszcze udoskonalenie – bogatsze kluby chcące skorzystać z klauzuli musiałyby zapłacić 20 procent więcej, a biedniejsze – jeśli gracz decydowałby się na takie – odpowiednio mniej.
 
Sądzi pan, że ten system oznaczałby więcej sprawiedliwości?
 
Tym sposobem dochodziłoby do podziału części pieniędzy. W dodatku taki model nie tylko chroniłby kluby przed strajkiem zawodników, ale i zawodników przed degradacją w klubach. Często mówi się o niewłaściwym zachowaniu piłkarzy. Jednak w mojej karierze wiele razy doświadczyłem, co klub może zrobić, jeśli chce się pozbyć zawodnika. Trening z rezerwami to przy tym często najmilsza forma odstrzelenia... 
 
Jednak nawet w pańskim modelu futbolu nie zapobiegnie pan, że piłka nożna będzie stawała się coraz bardziej branżą biznesową. 
 
W przyszłości do futbolu trafi jeszcze więcej pieniędzy, niż możemy to sobie obecnie wyobrazić. Gdziekolwiek pojadę na świecie, wszędzie tam śledzi się futbol. I to dlatego ta pasja, to emocjonalne zaangażowanie fanów powoduje, że przychodzi coraz więcej inwestorów. Dzięki temu potrafią oni dotrzeć do młodych i starych, mężczyzn i kobiet, a także dzieci, które swoją miłością do futbolu wpływają na sprzedaż biletów, a także obroty merchandisingu oraz na abonamenty telewizyjne. Szansa zysków w futbolu tym sposobem jest większa niż w innych branżach. 
 
Lewandowski rozważa jeszcze kwestie globalizacji, a także oprawy widowisk piłkarskich – na wzór Superbowl. Pada pytanie: „Czy w przyszłości futbol będzie tylko spektaklem – takim show?”. Robert odpowiada: „Sama gra zawsze będzie najważniejsza, ale w przyszłości wszystko to, co wykracza poza 90 minut rywalizacji pójdzie w kierunku Hollywood. I to jest nie do zatrzymania”. Podobnie jak RL9 jest nie do zatrzymania dla Bayernu latem 2018 roku. To widać, to słychać, to można wyczytać z tego wywiadu dla magazynu „Der Spiegel”, który ja nazywam „rozwodowym”. 
Roman Kołtoń, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze