Pięć porażek 37-letniego Cotto: 2008 rok, z Antonio Margarito, 2009 rok z Manny Pacquiao, 2012 rok z Floydem Mayweaterem Juniorem i Austinem Troutem oraz 2015 rok z Canelo Alvarezem. Żadnych pięściarskich wpadek z przeciętniakami, każda z wymienionych to przynajmniej jedenaście rund z najlepszymi. Także z tymi, którzy – podobnie jak on – mają zapewnione miejsce w Pięściarskiej Galerii Sław.

 

Margarito, z którym Cotto przegrał przez KO w jedenastej rundzie i który został złapany w następnej walce (z Shane Mosley’em) na korzystaniu ze „wzmocnionych” rękawic, do dziś zarzeka się, że przeciwko Cotto wszystko było w porządku. Byłem na tej walce i pamiętam, jak Miguela każdy cios Margarito rzucał po ringu. Cotto też w to nie wierzy, wielokrotnie opowiadając, że nigdy przedtem - ani potem – ciosy rywala tyle nie ważyły. - Wszyscy wiemy, co się zdarzyło w pierwszej naszej walce. Nie ma co dyskutować – mówił Cotto. Trzy lata później, podczas rewanżu w Madison Square Garden, Cotto nie musiał już nic mówić – przez dziewięć rund niemiłosiernie obijał Margarito, zanim Meksykanin nie miał już więcej sił przyjmować ciosów Portorykańczyka.

 

Cotto od pierwszej do ostatniej walki pozostał stuprocentowym profesjonalistą – zawsze przygotowany, nigdy nie dający się poganiać przez promotorów paroma dodatkowymi dolarami. Boks to był zawód, który chciał wykonywać jak najlepiej, nigdy długo nie przeżywał tak zwycięstw, jak i porażek. Na obozie treningowym w Los Angeles, przyjeżdżał do sali Freddie Roacha trenować w różowych bamboszach, nosząc pod ręką małego francuskiego buldoga... bo nie musi nikomu udowadniać, że jest prawdziwym facetem. Cotto nigdy nie był ulubieńcem dziennikarzy, bo nie był kimś, kto dostarczał jakichś specjalnie dowcipnych, ciekawych czy kontrowersyjnych cytatów. Mówił jak było.

 

Przed sobotnią walką z Alim, tak odpowiedział krytykom wyboru rywala: - Wydaje mi się, że miałem znakomitą karierę podczas której osiągnąłem najważniejszy cel: zaoferowałem mojej rodzinie dobrą przyszłość. Nigdy nie oczekiwałem, że kogoś usatysfakcjonuję, nigdy nie zastanawiałem się, co inni myślą. Zawsze byłem pięściarzem, który próbował jednego – dać mojej rodzinie to, co najlepsze. Chcę teraz zacząć nowe życie jak najbliżej nich, przeżywać z nimi każdą chwilę. Nie chcę niczego innego – mówił Miguel podczas telekonferencji prasowej HBO. Zakończy karierę w swoim drugim domu, w nowojorskiej Madison Square Garden, gdzie żaden inny pięściarz nie walczył częściej od niego.

 

Zaczęło się od tego, że byłem zwykłym chłopakiem, który chciał zostać pięściarzem, a później mężczyzną. Przez całe życie, całą karierę, wszystko chciałem robić jak najlepiej. Każdego dnia. Dziękujemy.