Greg Hancock - wyjątkowy mistrz

Żużel
Greg Hancock - wyjątkowy mistrz
fot. CyfraSport

Gdy Amerykanin Jack Milne został indywidualnym mistrzem świata na żużlu w 1937 roku, nie istniała tak zacna uroczystość jak gala FIM. Wyścigi szosowe, motocross, trial i enduro były melodią przyszłości. Jack Milne nie miał szans, aby utonąć w luksusie. Jego dłonie nie dotknęły przepysznych wiktuałów. Nie sypiał w opętańczo luksusowych hotelach, nie raczył się drogim szampanem. Jack w pocie czoła pracował na chleb. Ścigał się w epoce romantycznego speedwaya.

CZĘŚĆ I: O DWÓCH TAKICH, CO BŁYSNĘLI NA WEMBLEY

W 1936 roku Jack i jego brat Cordy zaokrętowali się na statek płynący z San Francisco do Australii. W tamtych czasach można było pomarzyć o podróży lotniczej, więc rejs do krainy pachnącej żużlem i wirtuozami gry na didgeridoo trwał blisko dwa miesiące. Bilet za kołysankę na falach oceanu kosztował 350 dolarów amerykańskich. Bracia Milne wysupłali pieniążki z własnych sakiewek. Gdyby eskapada na australijskie tory nie powiodła się, nie mieliby za co wrócić do domu...  Jack zanotował bardzo obiecujący debiut poza granicami ojczyzny, bo zajął trzecie miejsce w międzynarodowych mistrzostwach Australii w 1936 roku.

Zainspirowany sukcesem, rok później ponownie udał się w długą podróż do Australii. Tym razem na Jacka nie było mocnych. Zwycięstwo odbiło się szerokim echem w brytyjskich kręgach żużlowych. W szampańskim nastroju Jack i jego braciszek popłynęli przez Kanał Sueski do Europy. Sześć tygodni na łajbie. Wystarczająco dużo czasu, aby popracować przy motocyklach śpiących pod pokładem... Jack Milne zrobił furorę na Wyspach Brytyjskich. Jeździł w barwach New Cross Tamers, bawił tłumy widowiskową jazdą i czarował umiejętnościami. Tytaniczna praca Jacka zaowocowała tytułem indywidualnego mistrza świata jaki wywalczył w 1937 roku na Wembley. Finał oglądało 85 000 widzów. 2 września 1937 roku Jack Milne sięgnął po złoto, jego rodak Wilbur Lamoreaux został wicemistrzem świata, a brązowy medal zdobył brat Jacka – Cordy. Całe podium zajęli reprezentanci Stanów Zjednoczonych. Jack darzył speedway miłością pierwszą. Stracił lewego kciuka w wypadku na torze, ale wciąż ścigał się sześć razy w tygodniu!!! Katorżnicza dawka pracy...
 
Na nieszczęście, wybuch II wojny światowej położył kres prospericie braci Milne. Działania wojenne sprawiły, że Jack i Cordy nie mieli czego szukać w Anglii. Wałęsali się po brytyjskich portach próbując zaokrętować się na statek płynący do USA. Ostatecznie wylądowali na okręcie, który był przystrojony jak choinka. Rejs pomiędzy balami drewna… Statek był upstrzony we flagi amerykańskie w nadziei, że Niemcy nie zatopią okrętu o neutralnej banderze.  

Jack i Cordy szczęśliwie przepłynęli przez Atlantyk. Otworzyli sklep z akcesoriami motoryzacyjnymi w Kalifornii, który przynosił przyzwoite zyski. Z czasem interes rozrósł się do rozmiarów salonu samochodowego… Bracia byli na tyle zamożni, że wskrzesili speedway w Kalifornii organizując zawody towarzyskie i turnieje pokazowe z udziałem dwóch wybitnych żużlowców z Kiwilandii: Ivana Maugera i Barry’ego Briggsa.

Jack Milne dożył wspaniałych chwil. Oglądał z trybun Wembley Stadium triumf Bruce’a Penhalla w ostatnim finale światowym rozegranym na legendarnym stadionie w 1981 roku. Brytyjczycy zaprosili go jako wyjątkowego gościa i byłego mistrza świata, aby obejrzał na własne oczy finał w 1981 roku… Jack radował się kiedy w 1993 roku w bawarskim Pocking po złoty medal IMŚ sięgnął “Sudden” Sam Ermolenko. Niestety, sędziwy, 88-letni Jack zmarł w grudniu 1995 roku. Nie doczekał się złotego medalu Grega Hancocka zdobytego w cyklu Grand Prix w 1997 roku. Cieszył się, gdy Greg wygrał deszczową rundę Speedway Grand Prix na londyńskim Hackney w 1995 roku...

Greg Hancock miał to szczęście, że nie musiał okrętować się na statek podczas wojennej zawieruchy, ale “Grin” doskonale wie, że aby wejść na szczyt w wyczynowym sporcie potrzebne są następujące półprodukty: pasja, poświęcenie, determinacja, ciężka praca i odrobina szczęścia. W pewnym sensie Greg Hancock uruchomił wehikuł czasu i otarł się o dawnych wspomnień czar, gdy spotkał Sammy’ego Millera w Jerez de la Frontera podczas gali mistrzów świata w 2014 roku. Sammy to wielki przyjaciel Johna Surteesa, jedynego człowieka na świecie, który został mistrzem świata na dwóch i czterech kółkach. John był zaproszony na galę, ale nie dotarł do Andaluzji z uwagi na chorobę żony. Surtees, mistrz świata w motocyklowych wyścigach szosowych i w Formule 1… Niepojęta skala talentu. Świeć Panie nad jego duszą...

Sammy Miller, wielki mistrz trialu rodem z Belfastu to kopalnia humoru. Żartował, że władze FIM powinny go zapraszać co roku na galę, aby obłaskawiał gości fascynującymi opowieściami. Nocleg w namiocie w drodze na Mistrzostwa Europy w trialu? Żaden problem dla Millera. W latach 50-tych Sammy zabierał motocykl na łajbę płynącą z Belfastu do Liverpoolu. Następnie z Liverpoolu wyruszał w trasę na motocyklu. Zmęczony docierał na arenę zmagań mistrzostw w trialu. Sammy brał udział w zawodach, następnie instalował światła na motocyklu i ruszał w drogę powrotną do domu. Sammy Miller używał tego samego motocykla do wyścigów szosowych oraz do startów na torach trawiastych! Zmieniał oponę, zębatkę i śmigał, że aż miło. Gdy był uroczym brzdącem, nie dysponował większą sumką pieniędzy, więc ojciec kupił mu pierwszy silnik. Sammy pamięta, że wygrał na tej jednostce zawody w trialu! Stary, wysłużony osiołek spisywał się przyzwoicie. Miller dał prztyczka w nos zawodnikom, którzy dysponowali lepszym sprzętem.

Sammy miał duszę psotnika, ale hołdował rzetelnej wiedzy. Nauczył się rasowania silników, zgłębił tajniki inżynierii, wiedział wszystko o gaźnikach. 11 razy triumfował w mistrzostwach Wielkiej Brytanii w trialu. 11 razy z rzędu był niepokonany… Jason Crump przez 10 lat nie schodził z podium w końcowej klasyfikacji cyklu Speedway GP… Gdy Sammy skończył karierę zawodniczą, zajął się udoskonalaniem motocykli. Przeprowadził rewolucję w tak znanych firmach produkujących sprzęt motocyklowy jak Bultaco, Ariel i Honda. Najczystszy wymiar pasji. Miller ma dziś 84 lata. Sammy funkcjonuje w świecie motocykli od 67 lat. Wciąż zachowuje tyle energii, aby prowadzić muzeum sportów motorowych w angielskim New Milton. W tymże muzeum pachnącym idyllą prowincji są również żużlowe motocykle: poczciwe JAP-y. Gdy Sammy był zawodnikiem, stawiał czoła stu rywalom. Nikt nie przyrządzał dla niego posiłków. Nikt nie przestrzegał rygorystycznej diety, a ściganie na motocyklu do trialu było przednie. “Wówczas zawody trwały trzy dni, a dziś zawodnicy piją napoje energetyczne co 5 minut, dbają o kalorie, zajadają się frykasami. Lubiłem jeździć w deszczu, bo wtedy konkurencja nie dotrzymywała mi kroku. Często modliłem się o deszcz…” – wspomina Sammy Miller.  

Jego nadludzki wysiłek, miłość do sportu i osiągnięcia zostały zauważone przez królową Elżbietę II. Wizyta w pałacu Buckingham i uroczysty odbiór Orderu Imperium Brytyjskiego to wielkie wyróżnienie. Jednak era, w której tworzył Miller miała też czarny odcień. Sammy stracił sześciu przyjaciół. Zginęli w wyścigach szosowych, prekursorze dzisiejszej znakomitej serii Moto GP… Wiele ofiar pochłonęły ówczesne wyścigi. Sir Jackie Stewart, trzykrotny mistrz świata w Formule 1 (1969, 1971, 1973) na każdy wyścig zabierał ze sobą czarny garnitur. Szkocki kierowca nigdy nie wiedział kiedy się przyda...

Sammy to człowiek tryskający wachlarzem talentów. Potrafi znaleźć wspólny język z koniem andaluzyjskim. A najpiękniej rozmawia mu się z nieznajomymi końmi (nie tylko mechanicznymi) w klasztorze u mnichów nieopodal Cadiz. Sporo wie o królowej sportów motorowych: Formule 1. Wzruszył się, że mógł skosztować znakomitej sherry serwowanej z beczki, na której autografy złożyli legendarni kierowcy: Ayrton Senna, Alain Prost i Mika Hakkinen. Sammy jest też wielkim fanem speedwaya. Regularnie ogląda mecze z udziałem Poole Pirates. “Nie mogę odżałować tragedii jaka przydarzyła się Darcy’emu Wardowi. To był największy artysta speedwaya. Płynął na motocyklu, wszystko czynił z zadziwiającą lekkością. Najprawdziwszy geniusz. Takim ludziom nie wolno rozkazywać, nie wolno zamykać ich pod kloszem przeciętności. Za żadne skarby świata nie wolno stawiać przy nich gwardii przybocznej…” – twierdzi Sammy Miller.  

CZĘŚĆ II: NIECH TELEFON NIE MILKNIE

Greg Hancock twierdzi, że prawdziwego mistrza cechuje to, że po zakończeniu kariery jego telefon nie stygnie. Czasami milknie, ale generalnie wiele osób wciąż łaknie kontaktu z byłym championem. Pod warunkiem, że zapisał się w pamięci ludzi jako pogodny, dobry człowiek. Sammy Miller i Greg Hancock są prawdziwymi entuzjastami sportów motorowych. Wystarczy przypomnieć wizytę Grega w chorwackim Gorican w kwietniu 2012 roku kiedy Kalifornijczyk z błyskiem w oku opowiadał młodym adeptom speedwaya o zakamarkach tego sportu. Takie rzeczy robią tylko ludzie pozytywnie zakręceni na punkcie sportu… Wspinają się na szczyt wzgórza zwanego rozkoszą. Sammy i Greg wspaniale bawili się w Andaluzji, bo radują się przebywając w gronie szalonych entuzjastów spalin.

Kiedy w lutym kierowcy Formuły 1 przyjeżdżają na testy do Jerez de la Frontera, miasto budzi się z błogiego snu. W listopadzie częściej usłyszymy przepiękne rytmy flamenco aniżeli ryk silników… Andaluzja – wyjątkowe miejsce, aby przycupnąć i porozmawiać z legendarnym żużlowcem, trzykrotnym indywidualnym mistrzem świata, Gregiem Hancockiem...
 
“Każda gala FIM jest wyjątkowa, niezależnie od lokalizacji. Nieistotne czy jest mglisto (foggy) czy gości na niej Foggy. (przepiękna gra słów Grega: Foggy to wyścigowy przydomek czterokrotnego mistrza świata w wyścigach superbikes, niepokornego Brytyjczyka Carla Fogarty’ego, ale foggy znaczy też mglisto w odniesieniu do aury) Gościłem na gali FIM w Helsinkach w 1997 roku. Wolałbym odwiedzić cieplejsze miejsce niż Finlandia. Przyleciałem do Helsinek w środku skandynawskiej zimy, ale było miło. Każdy kto przystępuje do walki o mistrzostwo świata, pragnie zdobyć złoty medal, więc wyprawa na galę jest wisienką na torcie” – uważa Greg Hancock.
Jerez de la Frontera wraz ze słynnym torem Circuito de Velocidad, na którym odbywają się wyścigi Moto GP, cieszy się wyjątkowym położeniem. Południowo-zachodni zakątek Andaluzji, niewielka odległość od Atlantyku, bliskość masywu górskiego Gaditana i 3200 godzin słońca w skali roku. Czegóż chcieć więcej? Aura panująca w Jerez de la Frontera nie rozczarowała dżentelmena żużlowych torów urodzonego w kalifornijskim Whittier.
 
“Nie orientuję się tak precyzyjnie w geograficznym aspekcie Jerez de la Frontera, ale pogoda nie zajmuje aż tak bardzo mojego umysłu. Kluczem do dobrego samopoczucia są ludzie, którzy cię otaczają. Klimat międzyludzki to podstawa sukcesu. Odebranie złotego medalu w gronie wielkich mistrzów smakuje wyjątkowo. Dobre towarzystwo wprawia mnie zawsze w doskonały humor” – mówi Greg, który gościł na galach FIM w Helsinkach, Estoril, Jerez de la Frontera i Berlinie. Nawet jeśli Włoch Armando Castagna przez zwyczajne ludzkie gapiostwo i typowo włoskie roztargnienie zapomni wykonać Gregowi pamiątkową fotografię, zawsze znajdzie się pod ręką uczynna duszyczka, która uwieczni Hancocka na fotce w gronie mistrzów dwóch kółek.  

Na dziedzińcu ozdobionym krużgankami, po którym w promieniach zachodzącego słońca wesoło biegały kucharki, odbyła się oddzielna, specjalna konferencja prasowa z udziałem Hiszpana Marca Marqueza. Zodiakalny Wodnik jest beczułką wesołości. Szczerze wyznał, że nie jest na tyle odważny, aby wprowadzić umysł w stan awantury, dlatego nie najedzie za żadne skarby na rampę, aby wykonać trik ruler backflip. “Nie mam w sobie aż tyle szaleństwa jak mój dobry przyjaciel Dany Torres (gwiazda freestyle motocrossu). Oczy bolą mnie od samego widoku rampy, a co dopiero działoby się z moimi jelitami, gdybym miał wykonać najazd. To nie dla mnie…” – uśmiechnął się niczym dorodny smyk mistrz świata Moto GP. Marc wspaniale rozwija się. Czy równie zafascynowany freestyle motocrossem Maciej “Magic” Janowski, który trzykrotnie zakołysał piracką łodzią w Poole (2013, 2014, 2015), podąża tą samą drogą co hiszpański mistrz?

“Trudno porównywać te dwie dyscypliny sportu, ale Maciek ma talent i ogromne aspiracje, aby wdrapać się na żużlowy Olimp. “Magic” przechowuje w ręku wszystkie niezbędne składniki, aby być najlepszym w swoim fachu. Jest niezwykle dojrzały emocjonalnie. Ma głowę na karku. Wciąż jest bardzo młodym zawodnikiem, ale przy tym jest jak owoc, który stopniowo dojrzewa. Podejrzewam, że jestem niewłaściwą osobą, aby snuć opowieści o Maćku, bo jestem mu bardzo przychylny i bardzo faworyzuję tego uroczego dzieciaka, więc nie usłyszysz ode mnie nic negatywnego na temat Maćka” – uśmiechnął się Greg. “Nie mam zamiaru mówić negatywnie o Maćku ani słuchać niepochlebnych opinii o człowieku, który jest bardzo pozytywną jednostką” – odparłem. “Pewnie chciałbym przeobrażeń i ciągłego rozwoju Maćka, ale podoba mi się, że pomimo przyjaźni, jesteśmy innymi ludźmi. Różnimy się w uroczy sposób. Świat byłby nudny, gdyby wszyscy byli tacy jak Greg Hancock” – zauważa inteligentnie Greg. Amerykanin to osoba, która jest szalenie otwarta na świat. Fascynują go nowe trendy. Nie samym sportem człowiek żyje. Greg chętnie poznałby opinię dzieci Roda Stewarta (a troszkę ich śmiga po świecie – osiem!) o wykonawcy słynnych numerów pt. “Da ya think I’m sexy?” czy “Hot legs”. Hancock wie, że Rod Stewart, legendarny brytyjski wokalista, chodził z siostrami: Mary i Peggy na speedway na Harringay Stadium. Tak, tak, sławny londyński tor Harringay Canaries, Tigers, a później Racers. Wielką gwiazdą w powojennej historii żużlowego klubu Harringay był Australijczyk Vic Duggan. Później prym wiódł Anglik Split Waterman… Nuta i chrypka mieszkają blisko speedwaya…  

Sekundkę, sekundkę, “Grin”… Jesteś mężem Lwicy, Szwedki o imieniu – Jennie. Maciek też jest Lwem, a zatem… Lwiątka to osoby o bystrym umyśle...
 
“Cóż, moja żona Jennie lubi operować konkretem. To bardzo silna osobowość. Jeśli Maciek ma choćby 25% mocy, którą posiada moja małżonka, to znaczy, że znakomicie poradzi sobie w życiu” – szczerze uśmiecha się Greg, wspaniały ambasador speedwaya.  

“Magic”, wrocławianin z krwi i kości, jak większość chłopaków zafascynowanych żużlem, od dawna marzył o startach w światowej elicie. Zanim Maciej wygrał GP Łotwy w Daugavpils (2015), GP Danii w Horsens (2016, 2017) oraz GP Wielkiej Brytanii w Cardiff (2017), z uśmiechem na ustach podjął trud żużlowej edukacji na Wyspach Brytyjskich. Jak przed laty Greg Hancock na niezapomnianym obiekcie zarządzanym przez pogańskie dusze: Cradley Heath przy Dudley Wood Road… Maciek poszerzał wachlarz umiejętności broniąc barw King’s Lynn Stars, Swindon Robins i Poole Pirates. Regularne starty na rozmaitych torach wydatnie pomogły Maciejowi uzyskać status żużlowca światowej klasy. “Magic” uzyskał awans do cyklu Speedway Grand Prix’2015 dzięki bardzo dobrej jeździe na włoskim torze w Lonigo w turnieju GP Challenge. 20 września 2014 roku po wsze czasy będzie stanowił ważną datę w dzienniku Maćka. Czwarte miejsce we Włoszech, ale przy skromnej pomocy byłej gwiazdy Belle Vue Aces, Mateja Zagara, który obronił pozycję w najlepszej ósemce Grand Prix, Maciej przedostał się na salony. “With a little help from my friends” – utwór doskonałej formacji The Beatles (świetnie ten numer zaśpiewał też Joe Cocker)… Słoweńsko – polskie przymierze… Czy Maciej zasięgnął porad u Grega przed wyprawą do Italii?
 
“Nie. I właśnie to jest wspaniałe. Nie jestem ojcem sukcesów Maćka, nie przypisuję sobie zasług. Po prostu lubię spędzać czas w jego towarzystwie. Lubię mu pomagać, bo Maciek posiada wyjątkowy dar: potrafi słuchać. Bywa tak, że zadzwoni do mnie z głupia frant i zasypie mnie kilkoma pytaniami. Wówczas czuję, że świat nie stoi w miejscu i dostrzegam jak wspaniale rozwija się “Magic”… On niewiarygodnie szybko przyswaja sobie wiedzę. Bardzo mi się to podoba, że trawersuje nowe stoki gór… Nie jestem typem mentora, który obraża się, gdy Maciej zmniejsza intensywność rozmów telefonicznych. Spoglądam na jego wyniki w lidze szwedzkiej, polskiej i GP. Doceniam jak pięknie rozwija się jego talent. Staje się coraz bardziej samodzielny. To już niemalże ukształtowany zawodnik. Obserwacja Maćka na torze i poza nim to ogromna frajda. Nie potrzebuje już opiekuńczych skrzydeł, zbudował jakość wokół siebie” – Greg jest dumny z osiągnięć Macieja Janowskiego.

 

Część III na kolejnej stronie...

 

CZĘŚĆ III: ODRODZENIE GREGA

Sezon 2010, dość osobliwy jak na standardy wypracowane przez Grega Hancocka… Zaledwie 4 punkty na otwarcie cyklu podczas GP Europy w Lesznie. Szczypta optymizmu na Ullevi w Goeteborgu, gdzie Hancock zajął czwarte miejsce. W okolicach klasztoru benedyktynów w boskiej Pradze Greg uzbierał 7 oczek. Zawodami, o których Hancock chciał jak najszybciej zapomnieć był występ w Kopenhadze (3 punkty). Na MotoArenie Greg wypadł przeciętnie (6 punktów). W Cardiff, gdzie Kalifornijczyk uwielbia się ścigać, do skarbca Grega wpadło 7 punktów. “Zacząłem od zwycięstwa. Nie wiem tylko co wydarzyło się później. Na przestrzeni całej kariery, nigdy nie zlekceważyłem żadnego rywala. Speedway stał się piekielnie wyrównaną zabawą. Dziś każdy jest w stanie wygrać turniej GP. Zwycięstwo Chrisa Holdera jest dowodem na to, że wszystko jest możliwe. Tai Woffinden wygrywa pojedyncze wyścigi i sugeruje, że będzie groźny w przyszłości. Od dawna nie byłem w tak kiepskim położeniu. Nawet nie chcę rozmyślać o czarnym scenariuszu. Wierzę, że nie zabraknie dla mnie miejsca w czołowej ósemce cyklu. Nie dopuszczam myśli, że zabraknie mnie w stawce mistrzostw świata” – mówił Greg Hancock po zawodach rozegranych 10 lipca 2010 roku w stolicy Walii.

Kalifornijczyk zajmował trzynaste miejsce po sześciu rundach… Los odmienił się w Malilli. Greg zgromadził 12 oczek w szwedzkim lesie. Prawdziwa moc pojawiła się w chorwackim Gorican. W niedzielę 29 sierpnia 2010 roku “Grin” wykręcił aż 22 punkty. Był prawie nie do powstrzymania. Przyjechał za plecami Rune Holty w drugim wyścigu. W dwunastym wyścigu Greg uległ Bomberowi Harrisowi, a w pozostałych biegach był poza zasięgiem rywali. Po zwycięstwie w Gorican, Greg poszybował na szóste miejsce w klasyfikacji. Popraw mnie jeśli się mylę, Greg, ale czy Maciek nie podzielił się z tobą cennymi radami przed GP Chorwacji? Wszak “Magic” ścigał się w finale indywidualnych mistrzostw świata juniorów na torze w Gorican… Zawody u Zvonko Pavlica były przełomem w karierze Grega...
 
“Wiesz co? Wymieniamy się informacjami. W zależności od tego gdzie bywaliśmy i co zaobserwowaliśmy, przekazujemy sobie cenne dane. Jeśli Maciek był na jakimś torze zanim ja tam dotarłem, słucham jego uwag i vice versa. Informacja jest podwaliną sukcesu…” – uważa Greg.


Badania i analiza danych jak w centrum NASA... “NASA, masz całkowitą rację” – szeroki uśmiech pojawił się na twarzy Grega. “Sporo danych dotyczy silników. Był taki okres w mojej karierze, kiedy nie byłem pewien po jakie silniki sięgnąć. Wówczas pożyczałem jednostki napędowe od Maćka. “Magic” bardzo mi wówczas pomógł. W drugą stronę mechanizm zadziałał podobnie. Ja pomagałem Maćkowi, gdy był w tarapatach. To przemiłe. Czasami wystarczy sięgnąć po cudzy silnik, gdy ma się mętlik w głowie przy swoich furach i nie sposób dojść do ładu ze sprzętem” – przyznaje Greg.
 
Musi być coś wyjątkowego w dżentelmenach z Wrocławia. Bartek Bardecki, jegomość ze stolicy Dolnego Śląska… Greg pamięta początki Bartka na żużlu. W Stanach spiker wyczytuje jego imię i nazwisko z porażająco uroczym akcentem: Bart Bardeki! Dziś Bartek mieszka i pracuje w Kalifornii. Bartek od zawsze marzył o jeździe na żużlu i zabawie w supercross. Móc żyć i pracować w USA: to było jego wielkim marzeniem. Idźmy dalej wrocławskim tropem. Rafał Haj, czołowy mechanik w teamie Grega. On nie potrzebuje usłyszeć zaproszenia po dwakroć… Pytasz Rafała: lecimy do Stanów? A on odpowiada: nie ma problemu, śmigamy dude. Bodzio Spólny, kopalnia wiedzy i człowiek niezwykle pozytywnie nastawiony do życia, nie stroniący od żartów. Maciej Janowski, kolejny rodowity wrocławianin. Bawił się jazdą na motocyklu podczas Monster Energy Speedway Invitational w Kalifornii. Greg, kiedy spoglądasz na tych chłopców, dostrzegasz w nich wyjątkową  miłość do sportu?

“Hm, oni wszyscy wydeptali sobie własną ścieżkę do USA. To spory hazard, bo wyjazd do Stanów nie jest tak prostą czynnością jak mogłoby to się wydawać. Podnieść się do lotu: oto w czym tkwi problem. Pomagałem przy kwestiach typu zaproszenia itd. Maciek był już wielokrotnie w USA. Bywały tak spontaniczne reakcje jak wyjazd Maćka do Auburn przed kilkoma laty. Wpaść do Stanów, aby pokręcić kilkadziesiąt kółek na żużlowym torze i odsapnąć od startowego zgiełku… Maciek lubi odwiedzać USA. Przeprawia się za ocean nie tylko po to, aby pojeździć na żużlu. Każdy potrzebuje chwili wytchnienia i wakacji. W 2011 roku urządziliśmy sobie krótki  wypad we dwóch po USA. Po drodze chwileczkę popracowaliśmy biorąc udział w akcji promocyjnej dla naszego sponsora: Troy Lee Designs. Włóczyliśmy się, spędziliśmy czas nie rozmyślając o speedwayu. Maciek ma niezwykłą zdolność nawiązywania kontaktów. Lubi się uczyć, odkrywać nowe lądy, poznawać nowych ludzi. Wiele osób będąc na jego miejscu nie wiedziałoby co powiedzieć, a “Magic” nie ma najmniejszych kłopotów z wyrażaniem swoich myśli, gdy wkracza w nowe środowisko. Otwarty umysł to wielki skarb. On pragnie poznać rozmaite odcienie życia. Czasami mu powtarzam: miej otwartą głowę i nie nawiązuj zbyt często kontaktów z nieznajomymi dziwakami” – mądre słowa popłynęły z ust Kalifornijczyka.
 
Michael Scott, szanowany dziennikarz brytyjski pisujący o Moto GP, wypatrzył Macieja w tłumie mistrzów świata podczas gali FIM w portugalskim Estoril. Greg też był w słynnym kasynie w 2011 roku, bo odbierał wówczas złoty medal z rąk Tony’ego Rickardssona. Przy szklaneczce wybornego porto, Michael wyznał: “Janowski, ten gość z Polski jest cudownym dzieciakiem. Swobodnie artykułuje myśli, ma intrygujące spojrzenie na sport. Ciekawa postać”. Speedway jest maleńkim brzdącem w zderzeniu z gigantyczną machiną Moto GP pod względem zasięgu, rozpoznawalności i finansów, ale wielką sztuką jest zostać zauważonym przez człowieka bywającego na motocyklowych salonach.


“To bardzo istotna kwestia. Maciek w pocie czoła zapracował na kontrakt sponsorski z Red Bullem. Z takich kontaktów płyną same korzyści. “Magic” odbiera nagrodę za otwartość i zdolność wsłuchiwania się w potrzeby drugiego człowieka. Nie warto zamykać sobie drzwi, nie warto palić mostów. To wymarzony zawodnik dla mediów. Zawsze chętnie porozmawia, nie powtarza banałów. W sporcie, jak w każdej dziedzinie, musisz być mądry i umieć korzystać z arterii, które otwierają się przed tobą. A Maciek to mądry chłopak” – uważa Greg.
 
Hancock zachowuje pokorę wobec życia, zna swoją wartość, ale jest skromnym człowiekiem. Posiada talent lingwistyczny, bo o jego potoczystym szwedzkim języku w samych superlatywach wypowiadają się dziennikarze sportowi ze “Svenska Dagbladet”. Jak Greg opanował język Gunde Svana, Bjorna Borga i Pera Jonssona?

“Próbowałem, eksperymentowałem, popełniałem błędy, podejmowałem wyzwania… Sam wiesz po sobie, bo znakomicie władasz angielskim, że najlepszą metodą przyswojenia sobie języka jest częsta konwersacja. Należy mówić, mówić i jeszcze raz mówić… Spędzam sporo czasu w Szwecji, więc nie miałem wyjścia. Owszem, nie obyło się bez nerwowości, bo nigdy nie będę władał szwedzkim tak jak angielskim, ale jestem człowiekiem, który lubi wyzwania, więc przy prośbach o wywiad, odpowiadam: wolę mówić po angielsku, ale porozmawiajmy po szwedzku. Dla kurażu… Zdarza mi się, że wplątuję szwedzkie słówka w rozmowę po angielsku i vice versa. Czasami brakuje mi szwedzkiego słówka, więc pytam: jak to brzmi po szwedzku? Powtarzam nowe słówko trzy razy jak dziecko, bo chcę zapamiętać. Oto mój sposób na naukę języka obcego!” – mówi mistrz świata w jeździe parami z Lonigo w 1992 roku. Wówczas Greg wywalczył tytuł wspólnie z Samem Ermolenko i Ronnie Correyem.

CZĘŚĆ IV: DROGA PO MARZENIA

Jesteśmy tylko ludźmi… Bywają dni, kiedy nie chce nam się opuścić łóżka. Marzymy o tym, aby wyjąć wtyczkę z gniazdka, zapomnieć o Bożym świecie, wyciszyć się, pospać, poczytać dobrą książkę, wypić boską herbatę z cytryną i nic nie robić. Zawodowy sportowiec to człowiek, któremu wiatr wiecznie hula w głowie… To musi być piękne, ale i zarazem okrutne, aby wstawać każdego ranka i marzyć o tytule mistrza świata… Codziennie chcieć być tak dobrym jak Jack Milne, Bruce Penhall, Sam Ermolenko, Billy Hamill… Greg, czy rozmyślasz czasami o tym, że zdobyłeś najwięcej złotych medali w indywidualnych mistrzostwach świata spośród amerykańskich żużlowców?
 
“Nie. To nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Nie wytyczam sobie progu, który muszę osiągnąć. Cieszę się, że wciąż ścigam się na wysokim poziomie. Nie leżę w łóżku i nie rozmyślam: muszę zdobyć 5 złotych medali IMŚ zanim zakończę karierę. To nie w moim stylu. Chcę być najlepszy, ale zdaję sobie sprawę, że pomimo moich ogromnych aspiracji i najszczerszych chęci, istnieją dwa elementy, które mogą wydłużyć drogę na szczyt: kłopoty sprzętowe i kontuzje. Reszta zależy ode mnie. To człowiek zakładający kask decyduje o sukcesie lub fiasku operacji. Staram się jak mogę, aby spełniły się moje najskrytsze marzenia” – Greg popadł w filozoficzny ton.


A zatem, któż to wie, Greg, może w przyszłości twoich trzech synów plus pociecha Billy’ego – Kurtis Hamill stworzą magiczny skład Amerykanów na Drużynowy Puchar Świata?
 
“Nigdy nie wiadomo co wyrośnie z moich brzdąców. Drzwi są szeroko otwarte. Nie mam pojęcia, w którym kierunku będą chciały się rozwijać moje dzieciaki. Jeden z moich synów zdradza zainteresowanie motocyklami, ale czy będzie miał smykałkę, aby ścigać się na torze? Nie wiem. Dwóch pozostałych smyków na tą chwilę nie przejawia oznak szaleństwa na punkcie speedwaya” – twierdzi Greg. A więc będą celować w karierę naukową?
 
“Tak bym tego nie określił. Najstarszy syn Wilbur lubi speedway, ale wyczuwam w nim żyłkę wynalazcy tudzież naukowca. Wilbur to mądry dzieciak. Co nie oznacza, że inni synowie nie są bystrzy (śmiech). Najmłodszy stawia pierwsze kroki w posługiwaniu się językiem, ale ma dwóch wspaniałych starszych braci, których naśladuje i podpatruje, więc wachlarz możliwości jest spory” – mówi dumny tata.

Sekwoje, jesiony, proces górotwórczy, ekonomia – wybierz skrawek z tortu ludzkiej działalności, a Greg zapewne będzie wdzięcznym rozmówcą. Ma trzech wspaniałych synów i doskonale rozumiejącą trudy sportowego życia, małżonkę Jennie. Trzeciego czerwca skończył 46 lat, ale w głębi duszy jest młodzieniaszkiem, a entuzjazmem zakłada na pierwszym wirażu niejednego dwudziestolatka. Hancock to perfekcjonista, który jest wiecznie głodny sportowych emocji, ale… To również człowiek troszczący się o duszę i ciało człowieka. W lipcu 2016 roku Greg wybrał się na coroczną przejażdżkę rowerową pod szyldem „The Ride”. 100 kilometrów w siodełku, a wszystko w zbożnym celu. Ponad stu uczestników stanęło na starcie wyścigu, aby poprawić ubiegłoroczny rekord. W 2015 roku uzbierano 60 000 szwedzkich koron na fundację Hjart – Lungfonden (fundacja wspierająca chorych na serce i zmagających się ze schorzeniami płuc). „The Ride to akcja, która ma na celu wesprzeć mojego serdecznego przyjaciela – Andy’ego Johnsona. Kilka lat temu Andy usłyszał niepokojącą wiadomość przekazaną mu przez lekarzy. Cierpiał na otyłość i musiał dokonać drastycznych zmian w diecie. Podjął trud ćwiczeń i zaczął żyć aktywnie. Andy to leniuszek, więc zacząłem namawiać  go do krótkich przejażdżek rowerowych. Po pierwszych, mało obiecujących próbach, Andy przekonał się do kolarstwa. Dziś pedałuje jak szalony po szwedzkich drogach! Jeszcze nie nadaje się na Vuelta Espana i Tour de France, ale czyni stałe postępy. Odstawił leki. Rower zmienił jego życie, więc wpadłem na pomysł, aby co roku, przy pomocy grona przyjaciół, organizować wyścig amatorów. Promujemy zdrowy styl życia. Pragnę podziękować wszystkim uczestnikom za donację. The Ride rośnie w siłę…” – uśmiecha się Greg Hancock.

Gala FIM to znakomita okazja, aby poszerzyć listę bezcennych kontaktów. Istotnych nawet dla tak legendarnego dżentelmena jak Greg Hancock. Idealny moment, aby podczas długiego wieczoru zdobyć się na głębszą refleksję na temat swojego życia. Ponadto jest to wymarzona szansa, aby uruchomić zmysł obserwacji i podpatrzeć innych wielkich mistrzów takich jak Max Biaggi, Marc Marquez, Valentino Rossi, Doug Lampkin, Carl Fogarty, Emma Bristow, Toni Bou, Jonathan Rea. Greg, czy istnieje jakakolwiek cząstka talentu u tych gwiazd, którą chciałbyś wnieść do swojego repertuaru?

“Powalczyłbym z nimi na torze na łokcie, najchętniej na pierwszej szykanie. To naturalne, że w tak doborowym towarzystwie pragnę rozmawiać z nimi i jak najefektywniej wykorzystać weekend przeznaczony na świętowanie. Pamiętam, że podczas gali w Helsinkach kilku mistrzów było niezmiernie miłych. Czułem się znakomicie w ich gronie, bo rozmawialiśmy i żartowaliśmy jakbyśmy znali się od dwóch czy trzech dekad. Są też rzecz jasna mistrzowie, w pobliże których trudno się dostać. Nie dbają o to, aby mieć nadmiar ludzi wokół siebie, a może taka po prostu jest cena sławy? Rozumiem taką postawę, bo są dyscypliny w sportach motorowych, które są rozpieszczane przez media i sponsorów. Gwiazdy Moto GP czy wyścigów superbikes mają tak wiele próśb o wywiady, że z pewnością nie mogą opędzić się od dziennikarzy, więc musi dojść do selekcji. Są mistrzowie zalewani petycjami o rozmowę, zatem ktoś musi uporządkować ich harmonogram dnia. To normalne. Podejrzewam, że wielkie gwiazdy nie marzą o tym, aby podczas gali musiały przeciskać się przez ocean reporterów. Wyznaję filozofię, aby na każdą galę jechać i czuć się jak bohater oraz człowiek, który podziwia wielu bohaterów. Rozmowa z mistrzem świata zawsze jest ciekawym eksperymentem. Szanuję intymność, nie muszę rozmawiać z każdym. Miło konwersuje mi się z czterokrotnym mistrzem świata w supercrossie, Ryanem Dungeyem. Niektórym mistrzom wystarczy pomachać na powitanie i rzec: hej, jak się masz, koleżko? Uścisk dłoni, uśmiech i sama obecność w tak zacnym towarzystwie to wystarczające powody, aby się radować. Gale są super!” – Greg wyjaśnia swój stosunek do mistrzów świata w innych dyscyplinach pachnących spalinami.
 
A zatem, w idealnym świecie, w ferworze rywalizacji Greg chciałby dotknąć łokcia byłego króla Moto GP – Micka Doohana na torze Phillip Island ewentualnie zmierzyć się z Carlem Fogartym na Brands Hatch...

“Oczywiście, że chciałbym. Na ich podwórku, prawda Tomasz? – śmieje się Greg. Gdy zdobyłem swój pierwszy złoty medal IMŚ w 1997 roku, na ceremonii w Finlandii obecny był Australijczyk Mick Doohan. Mick był wówczas mistrzem świata w wyścigach szosowych (po raz czwarty w karierze, ogółem Doohan sięgnął po 5 złotych medali). "Wielki mistrz” – wspomina Greg.

Wedle opinii wielkiego miłośnika speedwaya – Marka Webbera, byłego kierowcy Formuły 1, realia ery Doohana wyglądały tak, że z toru wiało nudą, bo z góry było wiadomo kto wygra. Mick był zbyt szybki i za dobry w te klocki. Nie był tak barwną postacią jak Włoch Valentino Rossi. Gdy Mick przekraczał linię: start/meta, myślał już o kolejnym wyścigu i o tym jak błyskawicznie przemieścić się na lotnisko.  
A jaki jest Doohan na salonach? “Doskonale bawiłem się w Helsinkach. Poznałem inną twarz Micka Doohana. Było wesoło jak na przyzwoitym australijskim barbecue (grillu)” – wyznał Greg.
 
Greg, nie chcę, abyś kończył karierę, ale być może ciekawym pomysłem na twój pożegnalny turniej byłby wspólnie wykonany trik z ikoną freestyle motocrossu, Travisem Pastraną...

“Ha, ha, ha…” – Greg uśmiecha się uroczo. "...może wykręcilibyście trik pt. cordoba backflip albo rock solid?"

“... nigdy nie mów nigdy. Pragnę zauważyć, że Travis jest delikatnie bardziej szalony niż ja. Gdybyśmy znaleźli się w okolicach rampy, pewnie zacząłby mnie namawiać, abym wykręcił przedziwne triki i zachęcałby mnie do dziwacznych numerów!” – Hancock wylądował w ogrodzie radości...

 

Część V na kolejnej stronie...



CZĘŚĆ V: ŚLADAMI BRUCE’A

Istnieje coś co łączy Travisa i Grega. Hancock wydatnie pomógł Rafałowi Hajowi. Rafał przeistoczył się z żużlowca w jednego z najlepszych mechaników na świecie. Były zawodnik Sparty Wrocław perfekcyjnie czyta tor, wie co założyć i jakich zmian dokonać, aby motocykl Grega był piekielnie szybki. Rafał jest zahartowany w boju… Z kolei Travis Pastrana obudził życie w jegomościu ze stanu Nevada. Aaron “Wheelz” Fotheringham, bo o nim mowa, walczył z rozszczepem kręgosłupa. Siedział przed komputerem zamknięty w czterech ścianach. Pastrana namówił go na udział w widowisku Nitro Circus Live. Aaron poczuł się jak człowiek, który nie jeździ na wózku inwalidzkim. Znalazł prawdziwych przyjaciół. Wykonuje salto w przód (frontflip) i salto do tyłu (backflip) na wózku, podróżuje po świecie i cieszy się, bo odnalazł nowy odcień życia. Z jednej strony Travis dba o sukces komercyjny udoskonalając show, a z drugiej ma odwagę, aby pokazać, że warto pomagać ludziom okaleczonym przez los. Pastrana nie wstydzi się pokazać prawdziwej strony duszy ludzi uprawiających sporty ekstremalne. Greg jest wyznawcą podobnej filozofii życia: jeśli możesz pomóc, pomóż. Czyż to nie zasługa taty Billa Hancocka, który przykładał się do właściwego wychowania Grega?

“Oczywiście, że kształt mojej duszy to w głównej mierze zasługa rodziców. Tata i mama są kluczową częścią instalacji komputerowej dziecka – Greg zaprezentował dar do tworzenia znakomitych metafor. To rodzice instalują program w głowie dziecka. Później wiele zależy od inwencji brzdąca. Znam doskonale swoich rodziców: mamę Caroll i tatę Billa. Po części jestem taki sam jak oni, a mimo to różnimy się. Oczywiście, że chciałoby się podążać tropem rodziców, ale są też elementy, które chciałoby się zmienić. Cieszę się, że odziedziczyłem po rodzicach wiele dobrych cech. Mam nadzieję, że ukształtowali mnie jako człowieka, z którego są dumni. A wychowanie to długi proces wymagający ogromnej cierpliwości” – podkreśla Hancock.

5 października 2013 roku Bruce Penhall był gościem specjalnym podczas GP w Toruniu. Bruce był bajecznie utalentowanym żużlowcem. Zdobył złoty medal indywidualnych mistrzostw świata na Wembley w 1981 roku oraz w Los Angeles w 1982 roku. Greg jeździł jak natchniony podczas GP w Toruniu w 2013 roku. Bardzo chciał wygrać na oczach Bruce’a Penhalla, ale w finale szybszy był Adrian Miedziński. To był wieczór pełen czarodziejskich wyścigów. Greg, kim dla ciebie jest Bruce Penhall w wymiarze ludzkim i sportowym?

“Pewnie słyszałeś wiele pochwał z moich ust na temat Bruce’a… On od zawsze był dla mnie bohaterem. Podziwiałem go, gdy byłem brzdącem i gdy wchodziłem w wiek nastolatka... Był taki okres kiedy Bruce sponsorował moje starty. Udzielał mi bezcennych wskazówek. Chłonąłem jego rady, a potem chciałem je wprowadzić w życie. Nie zawsze od razu udawało mi się przełożyć wskazówki Bruce’a na styl jazdy i konkretny wynik, ale próbowałem… Gdy leczyłem kontuzję jesienią 2014 roku i szykowałem się do występu w GP na Friends Arena w Sztokholmie, połączyłem się telefonicznie z Brucem, bo chciałem posłuchać rad mistrza. Często wisimy na telefonie, a gdy spotykam się z Brucem w Stanach, czuję się jakby uderzała we mnie fala ciepła. Penhall to gość z charyzmą. Dla mnie to wciąż wielki mistrz i bohater. Super, że mogę się na nim wzorować. Znam go o wiele lepiej niż w czasach, gdy miałem mleko pod nosem. Wymieniamy szalone dawki informacji na rozmaite tematy…” – Greg spogląda za horyzont...

Przyjaźń, gorące serduszko, tytuły mistrzów świata – cudowna mikstura. Nie musimy cofać się do XV wieku, gdy mnisi zaczęli troszczyć się o przepięknego konia andaluzyjskiego. Istnieje szokująca liczba imprez, podczas których można rozkochać się w muzyce i jeździectwie. Wystarczy zasiąść wygodnie na szezlongu, ująć w dłoń szklaneczkę wybornej sherry i podziwiać krajobrazy tocząc konwersację z Gregiem Hancockiem. Odlecisz w stronę księżyca słuchając fascynujących wynurzeń Grega i wyobrażając sobie, że w tle ktoś grzeje żużlowy motocykl… Niekoniecznie czterozaworówkę… A, to pewnie Sammy Miller w przebraniu mnicha...

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze