Quantum Bellator Fire zdewastowało „Złotą piątkę” w jej inauguracyjnym meczu. To był znak, że Polacy będą musieli się sporo namęczyć, by w USA osiągnąć coś więcej niż tylko podpisanie listy obecności. Mecz z fnatic udowodnił jednak, że bezradność Virtus.pro jest większa niż można byłoby się tego spodziewać. Nie przewidzieli jej nawet eksperci, a argument o tym, że Polakom trudniej gra się na nieznanych oponentów stracił ważność. Dwie bolesne porażki i tylko dziewięć łącznie zdobytych rund zobrazowały nam drużynę przede wszystkim niepewną - nie tylko swych posunięć taktycznych, ale również umiejętności indywidualnych. A przecież to pewność siebie zbudowana na fundamentach niepowtarzalnego w światowym esporcie doświadczenia była dotychczas jednym z największych atutów formacji znad Wisły. Szczególnie na Majorach.

 

Spółka Filipa ‘NEO’ Kubskiego obecna była na wszystkich zawodach mistrzowskich w historii Counter-Strike’a: Global Offensive. Tylko raz nie wyszła z grupy - jednak nawet wówczas zwyciężyła swój inauguracyjny pojedynek. Za każdym razem Polacy pewnie wchodzili w turniej, ogrywając swoich pierwszych rywali. Nie tym razem. Przed meczem z Quantum Bellator Fire wszyscy obecni w studio w Atlancie eksperci byli pewni, że Virtusi powiększą swoją „inauguracyjną passę”. Po przegranej z utalentowanymi debiutantami już tylko dwóch z dziesięciu analityków uwierzyło w Polaków mierzących się z fnatic. Przed starciem z Cloud9 wiarę tę stracili już wszyscy z nich, a Janko Paunovic przyznał, że przywdział elegancki strój na pogrzeb Virtus.pro.

 

A przecież formacja znad Wisły w pojedynkach z Cloud9 - na marginesie o wysoką stawkę - zawsze radziła sobie wyśmienicie. Za najbardziej dobitny przykład, a w dodatku dość aktualny, może posłużyć ostatnie starcie obu zespołów. Przypomnijmy, że przecież podczas PGL Majora w Krakowie to również od wyniku potyczki z Amerykanami zależał dalszy los biało-czerwonych. Wówczas przy skrajnie innym bilansie meczowym (2-2) „Złota piątka” okazała się lepsza na Train i awansowała do fazy pucharowej (a następnie do półfinału). A gracze C9 wrócili do domów.

 

Czy opieranie się podczas przewidywań o tę zależność jest jednak rozsądne? Abstrahując już od znaczących zmian w składzie rywali (wymiana duetu), dwie ostatnie wygrane z Cloud9 zdarzyły się przecież w Krakowie i Katowicach - na polskiej ziemi. Nawet mimo to, że Virtusi podobno czują się w Atlancie bardzo dobrze, dziś to Amerykanie mają zapewniony komfort gry „u siebie”. Dwie porażki kadry Willa ‘RUSHa’ Wierzby na ELEAGUE Majorze trudno traktować ponadto równoznacznie z przegranymi „Złotej piątki”. Nie tylko dlatego, że jak równy z równym walczyła z silnym Space Soldiers, a z G2 Esports ugrała niemal tyle rund, co VP w dwóch starciach łącznie. C9 w Atlancie ma na koncie przecież już trzy zwycięstwa. Ogranie Teamu EnVyUs, a także zmiażdżenie Sprout Esports czy mocnego mousesports nie wzięły się znikąd. Amerykanie są świadomi, że potrafią wygrywać i to właśnie dodatkowe morale w pojedynku o życie mogą zdjąć im nóż z gardła.

 

 

Ale… Virtus.pro to zespół wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. W przypadku meczów z ich udziałem niejednokrotnie okazywało się, że warto czasem zrezygnować z chłodnej kalkulacji na rzecz… tego, co wskazuje serducho. Wie o tym między innymi Olaf Ostrowski, związany z redakcją ESPORTNOW dziennikarz, prężnie działający również na swoim fanpage’u Szeregowy E-Sport News. Zapytany o przyszłość spółki NEO zaznaczył, że nie da się o niej rozmawiać w oderwaniu od emocji.

 

- Virtus.pro jest ulepione z twardej gliny. Teraz są podłamani, ale to samo jest z Cloud9, które mimo niezłej dyspozycji w fazie pretendentów, aktualnie radzi sobie średnio i ma bilans 0/2 - mówi Ostrowski w rozmowie o dzisiejszym starciu. - W takich momentach, poznaje się prawdziwą drużynę. Jeśli jesteś blisko odpadnięcia, musisz się zjednoczyć, zagrać razem, odrzucić na bok to, co działo się we wcześniejszych meczach. Jeżeli VP podejdzie z czystą głową do tej konfrontacji i zdobędzie parę punktów na początku, a następnie narzuci swój styl, który gdzieś zgubili, to moim zdaniem nadal może wygrać. Amerykański skład, to przecież rywal, który zawsze im pasował, więc… musi być dobrze - opowiada naszej redakcji. W czym Polacy powinni szukać swojej szansy? - Pistoletówki, pierwsze rundy na fullu, od tego wiele zależy w BO1, dlatego te elementy będą kluczowe. Grunt, żeby znowu nie zacząć się budzić przy 0:8, tylko od 0:0 zagrać na pełnym skupieniu i pokazać, że legendy jeszcze ostatecznie nie upadły - słyszymy.

 

Z podobnego założenia wyszedł Damian Dąbrowski, znany na Facebooku jako DD Esport. Mimo wielu nieprzychylnych komentarzy nie skreślił jeszcze Virtusów. I widzi szansę nie tylko na wygranie z Amerykanami, ale nawet awans do kolejnego etapu. - Nadszedł ten moment, w którym możemy nie mieć Virtus.pro na przyszłym Majorze ze statusem legend. Od IEM Katowice 2014 do dziś byli nimi zawsze, a teraz... może być nieco inaczej - mówi, nie tracąc jednak nadziei. - Wierzę, że uda im się wywalczyć bilans 1-2, a następnie 3-2 i będę się tego trzymać do końca. Virtus.pro zawsze potrafiło rozgryźć amerykański styl, więc w tak ciężkim momencie musi to znowu udowodnić. Chciałbym, żeby historia North z Atlanty 2017 przytrafiła się dziś „Złotej piątce”. Duńczycy zanotowali wówczas 0-2 w meczach, a mimo to udało im się awansować do dalszej fazy. Trzeba trzymać mocno kciuki, nie ma innej opcji.

 

I z takim nastawieniem zostawiamy was przed wieczornym meczem. Meczem - co trzeba podkreślić - o być, albo nie być nie tylko w kontekście ELEAGUE Majora, ale być może wszystkich Majorów w ogóle. Bo jeśli Virtus.pro straci status legendy - wydawałoby się, że zarezerwowany dla nich do końca świata i jeszcze dłużej - czy będzie w stanie powrócić na zawody najwyższej rangi w niezmienionym składzie?

 

Starcie Virtus.pro z Cloud9 zaplanowano na 23:30.