Zarówno Cilic, jak i 49. w rankingu ATP Edmund niespodziewanie znaleźli się w czołowej czwórce. Pierwszy dostał się do niej po kreczu w piątym secie lidera światowej listy Hiszpana Rafaela Nadala, drugi pokonał występującego z "trójką" Bułgara Grigora Dimitrowa, zwycięzcę listopadowego ATP Finals. Brytyjczyk zaskoczył już wcześniej, pokonując na otwarcie Kevina Andersona z RPA (11.), finalistę ostatniej edycji US Open. Bardziej doświadczony i starszy o rywal zakończył w czwartek jego pasmo sukcesów.

 

Zarówno prawie 30-letni gracz z Bałkanów, jak i młodszy o siedem lat Edmund swoją grę w dużym stopniu opierają na potężnym serwisie. Nawet jeśli nie zdobywają punktów bezpośrednio dzięki niemu, to i tak ułatwia im on szybkie zakończenie wymiany, gdy rywal ma kłopoty z odbiorem piłki. Cilic posłał tego dnia 11 asów (przy siedmiu u rywala), ale na uwagę zasługuje przede wszystkim jego 90-procentowa skuteczność pierwszego podania.

 

Po pierwszej, szybko przegranej odsłonie Brytyjczyk poprosił o przerwę medyczną. W drugiej, przy stanie 2:2, zdenerwowany decyzją sędziego wdał się w dyskusję z nim, a później także z supervisorem. Urodzony w Johannesburgu gracz nie zdołał przekonać ich do swojej racji, ale nie wpłynęło to negatywnie na jego determinację. Spisywał się coraz lepiej, nieraz zdobywał punkty, gdy piłka trafiała w linię. Gdy jednak dochodziło do dłuższych wymian, to przeważnie górą był jego przeciwnik. Edmund w tym secie skutecznie pilnował własnego podania i doszło do tie-breaka. W nim od stanu 3-3 trzy kolejne akcje rozstrzygnął na swoją korzyść Chorwat, co pozwoliło mu później spokojnie zapisać i tego seta na swoim koncie. W trzecim dominował on już wyraźnie.

 

"Byłem skupiony i starałem się koncentrować na każdym kolejnym punkcie. To było kluczowe, by wytrzymać presję w tie-breaku. Dzisiejsze spotkanie miało inną intensywność niż mój mecz z Rafą Nadalem. Ogółem czuję się dobrze. Teraz mam dwa dni przerwy, więc mam nadzieję, że w niedzielę będzie w porządku" - zaznaczył Cilic.

 

Jest on dopiero drugim zawodnikiem spoza tzw. Wielkiej Czwórki - do której zaliczani są: Nadal, Szwajcar Roger Federer, Serb Novak Djokovic i Brytyjczyk Andy Murray - który dotarł do finału Australian Open w ostatnich 10 latach. Pierwszym był Szwajcar Stan Wawrinka, który wygrał ten turniej cztery lata temu.

 

Chorwat ma w dorobku jeden tytuł wielkoszlemowy - cztery lata temu zwyciężył w US Open. Do finału zawodów tej rangi dotarł jeszcze raz - w ostatniej edycji Wimbledonu. W Melbourne, zapewniając sobie udział w decydującym meczu, już zanotował najlepszy wynik w tej imprezie. Dotychczas mógł się pochwalić półfinałem z 2010 roku. O pierwszy - zarówno dla siebie, jak i dla swojej ojczyzny - triumf w tym turnieju powalczy ze zwycięzcą piątkowego meczu między Szwajcarem Rogerem Federerem (2.) i jedną z największych rewelacji tegorocznej edycji - Koreańczykiem Hyeonem Chungiem (58. ATP).

 

Edmund nigdy wcześniej w Wielkim Szlemie nie przeszedł 1/8 finału, a do "16" dotarł tylko raz - dwa lata temu w US Open. W Australii w latach 2015-16 przegrał mecz otwarcia, a w poprzednim sezonie zatrzymał się na drugiej rundzie.

 

Tegoroczny sukces urodzonego w Johannesburgu zawodnika wynagrodził brytyjskim kibicom nieobecność w Melbourne pauzującego od lipca z powodu kłopotów zdrowotnych Murraya. Szkot pięć razy dotarł do finału tego turnieju, ale nigdy go nie wygrał. Edmund był pierwszym - poza Murrayem - Brytyjczykiem w czołowej czwórce Australian Open od 1977 roku.

 

Zarówno on, jak i Cilic dzięki dobrej postawie z ostatnich dni w poniedziałek zaliczą awans w rankingu ATP. Chorwat przesunie się na trzecie, najwyższe w karierze miejsce, a Edmund zadebiutuje w Top30.