Sytuacja Legii w tabeli, ekonomia (nieporównywalnie większy budżet od reszty stawki), liczba przyzwoitych zawodników do dyspozycji na ławce rezerwowych i szereg innych czynników sprawiają, że ktoś kto 10 lutego 2018 roku obstawiałby, że to nie klub z Warszawy będzie mistrzem Polski na koniec sezonu, może zostać potraktowany jako gość, który nie wie o czym mówi.

 

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na Legię. Tyle czy to jest jakaś nowość? Czy po to ściągano Romeo Jozaka i cały zastęp jego ludzi z Bałkanów i nie tylko, aby obronić mistrzowski tytuł? Wydaje się, że w tym przypadku poprzeczka jest zawieszona trochę wyżej. Tytuł z Legią w ostatnich latach zdobywali, może nie wszyscy, ale trenerzy z wielkimi nazwiskami jak Stanisław Czerczesow i debiutanci jak Jacek Magiera. Z całym szacunkiem, ale takie osiągnięcie nie jest wpisem do CV, które zbudowało ich na lata. Lekko przejaskrawiając można powiedzieć: ot, nie spartolili roboty.

 

Tzw. opcja chorwacka ma jednak przestawić Legię na zupełnie inne tory, zapowiedziany został przez prezesa Dariusza Mioduskiego zupełnie inny sposób myślenia o klubowej piłce. Zmiana piłkarskiej filozofii (choć to może zbyt szumne słowo). Zamiast działań doraźnych, długofalowe. Szkolenie, stawianie na swoich, przemyślane transfery obcokrajowców, odmładzanie składu, nieprzepłacanie itd... Fantastyczna sprawa na jaką długo w Polsce czekaliśmy. I to wszystko smacznie zapowiedziane przez wiarygodnego biznesmena erudytę jakim bez wątpienia jest obecny właściciel Legii. Mówiąc kolokwialnie, narobił nam prezes smaku na tę nową Legię.

 

I właśnie z tych zapowiedzi, a nie z obrony mistrzowskiego tytułu wypada klub rozliczać. Po pierwszym meczu autorskiego projektu Jozaka (jednak wcześniej korzystał z tego co zastał) stawianie jakichś jednoznacznych tez byłoby zbyt wcześnie. Wsłuchując się w głosy tzw środowiska, najczęstsza opinia była mniej więcej taka: "trudno powiedzieć". W niczym Legia nie zachwyciła, ale jednak zdobyła trzy punkty. Nowy gwiazdor Eduardo nie oczarował, ale wszedł i coś tam pomógł (karny w doliczonym czasie gry po faulu na nim). Nowy pomocnik Antolić zupełnie przyzwoity, obrońca Remy również.

 

Ale i tak najlepsi byli ci, których nigdzie nie trzeba szukać. Młode chłopaki z Polski, przez Jozaka już zastani. Szymański i Niezgoda. O tym drugim pozwoliłem sobie już lipcu ubiegłego roku, przez transferową ofensywą napisać, że to będzie najlepszy napastnik Legii. Chukwu, Sadiku, Pasquato, teraz Eduardo... Bądźmy poważni, nie mają do zawodnika ściągniętego w Wisły Puławy tzw. startu. Polak zagrał w trzynastu meczach w pierwszym składzie i strzelił dziewięć goli. Gdyby nie kontuzja, miałby ich więcej. Tak jak więcej asyst miałby Szymański, gdyby wcześniej nie było tak ciasno w składzie. Niby go Jozak chwalił, opowiadał, że gdyby był Chorwatem to Legia już teraz mogłaby wziąć za niego 20 mln euro, ale dopóki był Guilherme czy Moulin to zbyt wielu mu grać nie dał.

 

Przykład meczu z Lubinie wskazuje na to, że klucz do rzeczywistej przemiany ekipy mistrza Polski leży bliżej niż myślimy. Trzeba się tylko schylić i go podnieść, a nie na siłę szukać gdzieś po całym świecie.