Kot, Hula, Kubacki i Stoch. Polska drużyna na medal!

Zimowe
Kot, Hula, Kubacki i Stoch. Polska drużyna na medal!
fot. PAP

Polscy skoczkowie wywalczyli brązowy medal w konkursie drużynowym igrzysk olimpijskich Pjongczang 2018. Polacy wystąpili w składzie: Maciej Kot, Stefan Hula, Dawid Kubacki oraz Kamil Stoch. Przedstawiamy zdobywców pierwszego medalu olimpijskiego w drużynowej rywalizacji dla reprezentacji Polski:

Kamil Stoch w panteonie polskiego sportu

Kamil Stoch po raz czwarty w karierze stanie na olimpijskm podium. W Pjongczangu wywalczył razem z drużyną brąz. Wcześniej w karierze zdobył trzy złote medale igrzysk, ale indywidualnie. "W zespole smakuje to lepiej" - powtarza na każdym kroku.

Stoch jest ważnym, jeśli nie najważniejszym punktem polskiej ekipy. Jest liderem - na skoczni i poza nią. Nie boi się brać na siebie odpowiedzialności i najczęściej skacze jako czwarty. "Dla mnie drużynówka to zawsze coś szczególnego" - powtarza niemal w każdym wywiadzie.

Do historii przeszedł w wielu kategoriach, a teraz "dorzucił" też pierwszy w historii medal igrzysk w konkursie drużynowym. W poniedziałek Polacy w składzie z Maciejem Kotem, Stefanem Hulą i Dawidem Kubackim przegrali tylko z Norwegami i Niemcami.

Indywidualnie Stoch osiągnął już niemal wszystko. W Pjongczangu po raz trzeci został mistrzem olimpijskim - najstarszym w historii. W sobotę, gdy wygrał konkurs na dużym obiekcie miał 30 lat, osiem miesięcy i 24 dni. Dołączył też do eksluzywnego grona polskich sportowców z trzema złotymi medalami igrzysk. Przed nim takiego wyczynu dokonali lekkoatleci Irena Szewińska (3 złote, 2 srebrne, 2 brązowe) i Robert Korzeniowski (4 złote).

Już teraz można powiedzieć, że Stoch ma idealny sezon. Rok rozpoczął od drugiego z rzędu zwycięstwa w Turnieju Czterech Skoczni jako dopiero drugi zawodnik w historii, który triumfował na czterech obiektach. Został też wicemistrzem świata w lotach - a to jedyny medal, jakiego dotychczas nie miał w kolekcji.

W Pjongczangu zawodnik z Zębu po raz kolejny zapisał się w historii dyscypliny. Pierwszy raz dokonał tego w lutym 2014 roku, gdy w rosyjskim Soczi został trzecim w historii skoczkiem z dwoma złotymi medalami zdobytymi na jednych igrzyskach w konkursach indywidualnych - po Finie Mattim Nykaenenie (1984) i Szwajcarze Simonie Ammannie (2002 i 2010).

Na nartach wicemistrz świata w lotach zaczął jeździć już jako trzylatek, miał osiem lat, gdy zapisał się do klubu LKS Ząb i oddał pierwszy skok. Jak przyznał później, dyscyplina od zawsze go fascynowała. W podzakopiańskim Zębie, jednej z najwyżej położonych miejscowości w kraju, na świat przyszedł m.in. mistrz świata w biegach narciarskich Józef Łuszczek. Niedaleko od rodziców Stocha mieszkał też skoczek Stanisław Bobak.

Mając 12 lat zadebiutował na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Jako przedskoczek w zawodach PŚ w kombinacji norweskiej wylądował na 128. metrze. Tyle nie osiągnął wtedy żaden z dwuboistów.

W 2003 roku był już w reprezentacji seniorów, a 17 stycznia 2004 w Zakopanem po raz pierwszy wystąpił w zawodach Pucharu Świata i zajął 49. miejsce. W 2004 i 2005 wywalczył dwa srebrne medale mistrzostw świata juniorów, ale w konkursach drużynowych. Pierwszy liczący się rezultat wśród seniorów - siódme miejsce w PŚ zajął 11 lutego 2005 w Pragelato. Jednak rok później na tej samej skoczni podczas igrzysk w Turynie, zajął odległą lokatę.

Pierwszy sukces w konkursie PŚ odniósł 23 stycznia 2011 zwyciężając na Wielkiej Krokwi. Został wtedy czwartym polskim skoczkiem, który zwyciężył w zawodach tej rangi, po Bobaku, Piotrze Fijasie oraz Adamie Małyszu i stał się naturalnym kandydatem na następcę kończącego powoli karierę "Orła z Wisły".

Po triumfie pod Tatrami szybko przyszły kolejne zwycięstwa w Klingenthal i Planicy, kiedy po raz ostatni w oficjalnych zawodach rywalizował Małysz, który był wtedy trzeci. Słoweński mamut był miejscem symbolicznej zmiany warty - przed wejściem na podium ubrany w góralski strój Stoch zatańczył zbójnickiego, po czym zdjął kapelusz i ukłonił się przed Małyszem.

W sezonie 2012/13 zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ. We Włoszech na Trampolino Dal Ben w Predazzo w lutym 2013 roku został mistrzem świata.

"Kiedyś ojciec powiedział mi, że trzeba sto razy przegrać, by raz wygrać. Spełniło się. Dziękuję, tato" - przyznał tuż po skoku, który zapewnił mu złoty medal.

Bardzo udany był dla niego sezon 2013/14, z dwoma złotymi medalami olimpijskimi oraz triumfem w klasyfikacji generalnej PŚ, a później zwycięstwem w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i TVP na najlepszego sportowca Polski.

Po olimpijskim sezonie dwa kolejne - 2014/15 i 2015/16 - były mniej udane. Najpierw zajął dziewiąte miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ, a w następnym był dopiero 22. (ale i tak okazał się najlepszym z Polaków). W drużynie wywalczył brązowy medal MŚ 2015 (wcześniej dokonał tego w MŚ 2013).

W 2017 wraz z kolegami cieszył się z sukcesów w drużynie - złota podczas mistrzostw globu w Lahti i zwycięstwa - pierwszego w historii - w końcowej klasyfikacji Pucharu Narodów.

W obecnym sezonie - przed 66. Turniejem Czterech Skoczni - nie zdołał wygrać zawodów PŚ, ale trzy razy plasował się na podium - drugim stopniu w Wiśle i szwajcarskim Engelbergu oraz trzecim także w Szwajcarii.

Jak przyznał w wielu wywiadach, był dzieckiem pełnym energii, która na skoczni eksplodowała. Gdy jeden z kolegów nazwał się "torpedą", Stoch ochrzcił się "rakietą". Później jeden z serwismenów podpisał jego narty "Rakieta z Zębu" i przydomek na dobre przylgnął do mistrza świata i trzykrotnego mistrza olimpijskiego oraz triumfatora TCS.

Jest kolejnym utytułowanym absolwentem Zespołu Szkół Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem. Uczyli się w niej m.in. Justyna Kowalczyk, medalistki igrzysk olimpijskich w Vancouver w łyżwiarstwie szybkim oraz wicemistrzyni świata w biathlonie Krystyna Guzik (wcześniej pod nazwiskiem Pałka). W 2012 roku został magistrem wychowania fizycznego, kończąc wcześniej krakowską AWF. Jego wielką pasją są szybowce.

Jesienią 2014 brał udział w założeniu klubu narciarskiego KS Eve-nement Zakopane, w którym prowadzona jest m.in. szkółka dla młodych skoczków. W 2017 roku Stoch otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Miasta i Gminy Proszowice. W tej podkrakowskiej miejscowości działa prężnie fanklub zawodnika (powstał w 2011 r.), stamtąd pochodzi jego żona Ewa.

 

 

Stefan Hula – lepiej późno niż wcale

Najstarszy w kadrze skoczków narciarskich Stefan Hula w wieku 31 lat osiągnął życiową formę. "Lepiej późno niż wcale” - powiedział, kiedy w styczniu - po 12 latach starów w wielkich imprezach - wywalczył pierwszy medal. W poniedziałek dołożył olimpijski brąz.

"Pewnie to, że jestem medalistą, dotrze do mnie, jak opadną emocje. Na razie widzę, że medal jest. Bardzo się z niego cieszę, jest dla mnie bardzo ważny, jest spełnieniem marzeń. Jestem wzruszony, nawet trochę się popłakałem" – mówił Hula po zdobyciu z drużyną biało-czerwonych brązowego medalu mistrzostw świata w lotach.

Kiedy zawodnik wchodził na podium zawodów w Oberstdorfie, jego wieloletnia kariera zatoczyła koło. 10 lat wcześniej na tym samym obiekcie, również podczas drużynowych MŚ, wylądował na 120. metrze i pogrzebał szanse Polaków na zajęcie miejsca w czołowej ósemce. W 2018 roku skakał daleko i równo przyczyniając się do zdobycia przez biało-czerwonych pierwszego medalu w lotach, a później był silnym punktem drużyny, która po raz pierwszy w historii stanęła na olimpijskim podium.

"To typowy przykład zawodnika, którego wielu już skreśliło. A on mimo wszystko cały czas się rozwijał" - mówił o nim Adam Małysz, który przez wiele lat skakał wspólnie z Hulą.

Hula w tym sezonie wywalczył też tytuł mistrza Polski, otarł się o podium PŚ w Zakopanem i był mocnym punktem drużyny, która wygrała na Wielkiej Krokwi zawody drużynowe.

Zanim pochodzący ze Szczyrku skoczek został jednym z ulubieńcem kibiców i bohaterem mediów, przez lata zmagał się ze słabą formą, kontuzjami, własnymi ambicjami, a czasem także z ludzką złośliwością i drwiną.

Inspiracji do skakania nie musiał daleko szukać, gdyż narciarskie tradycje wyniósł z domu. Deski przypiął w wieku zaledwie dwóch lat, a chwilę później zaczął ćwiczyć pierwsze najazdy.

"Mój 12-letni syn Stefan junior interesuje się skokami. Wygrał już ponad 20 konkursów w kraju i poza granicami ze swymi rówieśnikami. Wierzę, że pójdzie w moje ślady i wystartuje w igrzyskach" - mówił prawie 20 lat temu Stefan Hula senior, w przeszłości znakomity kombinator norweski, olimpijczyk z Sapporo i Innsbrucku.

Kariera młodego skoczka nie potoczyła się jednak po myśli ojca. Choć z początku określano go jako wielki talent to nierówne i często bardzo krótkie skoki sprowadziły go w oczach wielu kibiców do roli zawodnika lekceważonego, który z trudem walczył o wejście do drugiej serii konkursów. Złośliwi literę "H" w jego nazwisku zamieniali na "B" (bula - lądowanie na niej to synonim nieudanej próby) i ironizowali, że Hula jest jedynym powodem dla którego, w czasach Małysza, a potem Stocha, warto w ogóle oglądać początek drugiej serii skoków.

Oprócz panującej wokół skoczka złej atmosfery, w budowaniu formy przeszkodziła mu także kontuzja. W 2011 roku, po lepszym niż poprzednie sezonie, doznał poważnego urazu kolana i przeszedł zabieg artroskopii obu łękotek. Jak przyznawał, operacja zabrała mu pewność siebie i zatrzymała rozwój. W czterech kolejnych sezonach PŚ zdobył w sumie ledwie kilkanaście punktów.

"To był dla mnie trudny czas, ale on należy do przeszłości. Nie zamierzam tego rozpamiętywać. Warto czekać, warto mieć marzenia i ciężko na nie pracować. Dziękuję mojej rodzinie, rodzicom, żonie. Oni zawsze mnie wspierali" - mówił po tegorocznych sukcesach.

W tym trudnym okresie, wspólnie z żoną, zdecydowali się założyć firmę zajmującą się szyciem kombinezonów narciarskich. Przedsięwzięcie okazało się udane, a stroje marki "Huligan's" nosił m.in. Kamil Stoch.

"Każde z nas ma swoje sugestie i pomysły. Stefan, gdy tylko jest w Polsce, spędza bardzo dużo czasu w pracowni. To jego odskocznia od... skoczni. Opracowuje formy i wykrawa. Potem ja zajmuję się szyciem" - tłumaczyła w jednym z wywiadów Marcelina Hula.

Hula zaczął skakać nieco lepiej w koszmarnym dla polskich skoczków sezonie 2015/16, po którym z reprezentacją pożegnał się trener Łukasz Kruczek. Zawodnik ze Szczyrku punktował niemal w każdych zawodach, jednak w czasie kryzysu reszty ekipy jego postępy nie zostały docenione. W kolejnym roku prezentował się już słabiej.

Sezon olimpijski jest dla 31-letniego zawodnika najlepszym w karierze. Od początku skakał bardzo dobrze, choć ciągle nie potrafił stanąć na podium. Prawdziwy przełom w karierze zawodnika nastąpił pod koniec 2017 roku, kiedy najpierw w MP, potem MŚ, a następnie w kolejnych konkursach PŚ zaczął wybijać się na czołowego skoczka reprezentacji.

Doświadczony sportowo i życiowo skoczek, prywatnie maż i ojciec dwójki dzieci, podchodzi do ostatnich sukcesów z dystansem. Ostatnie wyniki na pewno dały mu jednak dużo pewności siebie. W Pjongczangu - na swoich trzecich igrzyskach - wreszcie mógł powalczyć o spełnienie marzeń swoich i ojca.

 

 

Dawid Kubacki – uciekł przeciętności

Dawid Kubacki przez lata skakał nierówno. "Albo coś zmienię, albo zostanę przeciętniakiem" - powiedział sobie po tym, jak w 2015 roku został odsunięty od kadry A. Dwa lata później pierwszy raz stanął na podium zawodów Pucharu Świata, a w Pjongczangu zdobył olimpijski medal.

Urodzony w Nowym Targu 13 marca 1990 roku Kubacki na nartach zaczął jeździć zanim jeszcze nauczył się dobrze chodzić. Rodzinna anegdota mówi, że zdecydował się postawić na skoki już jako pięciolatek po tym, jak w telewizji zobaczył lot Japończyka Kazuyoshiego Funakiego

Młody chłopak szybko rozpoczął treningi w Zakopanem, gdzie trafił pod skrzydła Zbigniewa Klimowskiego.

"Nieraz były śnieżyce, mrozy, mnie nie było na miejscu, nie było jak go zawieźć na trening, a on plecaczek zakładał, do autobusu, a dalej z z buta i na skocznię" - wspominał ojciec zawodnika Edward Kubacki.

Latanie było i jest prawdziwą pasją Kubackiego również poza skocznią. W przeszłości budował z kolegami kartonowe makiety szybowców, które potem spuszczał z górskich szczytów. Dziś zajmuje się profesjonalnym modelarstwem lotniczym.

W zawodach Pucharu Świata zadebiutował w styczniu 2009 roku w Zakopanem zajmując 49. miejsce. W kolejnych sezonach daleko latał tylko na igelicie, kiedy m.in. dwukrotnie stanął na podium zawodów Letniej Grand Prix. "Jest lato, to Dawid fruwa" – mieli wtedy żartować jego koledzy z reprezentacji.

Zimą wiodło mu się jednak dużo gorzej. Pierwsze punkty PŚ zdobył pod koniec 2012 roku w fińskim Kuusamo. Choć wraz z drużyną zdobył brązowy medal MŚ w Val di Fiemme (2013), nieźle prezentował się latem (mistrzostwo Polski w 2013 roku) i potrafił zaskoczyć bardzo dalekimi skokami na treningach i w kwalifikacjach, to wciąż nie mógł się odnaleźć w najważniejszych zawodach.

W 2015 roku trener Łukasz Kruczek podjął decyzję o przeniesieniu Kubackiego do kadry B.

"Oczywiście byłem zaskoczony i musiałem przetrawić to, że zostałem odsunięty na boczny tor, ale jednocześnie uznałem, że nowy trener, nowy sztab i nowa koncepcja moich skoków może przynieść dobre rezultaty. Przeanalizowałem parę spraw, doszedłem do kilku wniosków i rozpocząłem mocną pracę nad sobą. Usiedliśmy, porozmawialiśmy i wprowadzamy ustalenia w życie. Jak widać - skutkuje. Dużo daje mi także systematyczna współpraca z psychologiem" - zaznaczył.

Praca pod okiem Macieja Maciusiaka i Wojciecha Topora szybko przyniosła skutki. Latem 2016 roku Kubacki wrócił do kadry A, którą objął Austriak Stefan Horngacher, i zaczął regularnie punktować w PŚ. Przed rokiem wspólnie z kolegami wywalczył też złoty medal MŚ w Lahti. Szczyt formy przypadł jednak latem 2017, kiedy zdominował cykl Grand Prix wygrywając wszystkie pięć konkursów, w których wystartował.

"To duży sukces, ale cała koncentracja jest na sezonie zimowym. Mam nadzieję, że do tego czasu poprawię jeszcze kilka rzeczy" – mówił wówczas Kubacki

Sezon olimpijski zaczął nieźle, ale... poniżej oczekiwań. Do letniej dyspozycji wrócił dopiero pod sam koniec roku, kiedy w inauguracyjnym konkursie Turnieju Czterech Skoczni w niemieckim Oberstdorfie zajął trzecie miejsce i po raz pierwszy w karierze zimą stanął na podium zawodów PŚ. W pozostałych konkursach prestiżowej imprezy nie skakał już jednak tak równo i daleko, a w całym cyklu zajął szóste miejsce.

"Formę ma taką, że mógłby osiągać wielkie wyniki, ale moim zdaniem zjadają go niestety emocje. Gdy to opanuje, a dyspozycja pozostanie, będzie wygrywał" - ocenił tamte występy Kazimierz Długopolski, olimpijczyk z Sapporo (1972) i Lake Placid (1980).

Emocje udało mu się opanować na ostatnim przedolimpijskim sprawdzianie w niemieckim Willingen, gdzie ponownie "wskoczył" na podium zajmując trzecią lokatę.

Po dobrych wynikach na przełomie 2017 i 2018 roku 27-letni Kubacki mógł wreszcie nadzieję, że uwolnił się od koszmaru uzyskiwania dobrych rezultatów wyłącznie na treningach, w kwalifikacjach czy latem. Jako młody zawodnik przez lata ćwiczył ze starszymi od siebie kolegami i raczej nigdy nie był wymieniany jako największy talent czy "nadzieja polskich skoków". Jego trenerzy podkreślają jednak, że lata skakania w takiej otoczce sprawiły, że zaczął wyróżniać się sumiennością i pracowitością. Jest też bardzo dociekliwy i analityczny, a swoje skoki rozkłada na części pierwsze, by potem niczym model złożyć z nich imponującą całość.

"Przez cały czas trzeba być skoncentrowanym na tym, co ma się do zrobienia, a wyniki poznamy dopiero po konkursach. Wybieganie w przyszłość to po prostu błędne myślenie" – mówił przed wylotem do Pjongczangu.

Igrzyska nie zaczęły się po jego myśli. W pierwszym konkursie - na obiekcie normalnym - przegrał z wiatrem i zajął 35. miejsce. Na dużej skoczni był piąty po pierwszej serii i realnie mógł liczyć, że włączy się do walki o medal. Drugi skok miał jednak słabszy i ostatecznie spadł na 10. pozycję. Pełnię możliwości zademonstrował dopiero w zawodach drużynowych - szybował daleko, w swojej grupie był najlepszy w pierwszej serii i drugi w finale. Miał wielki wkład w pierwszy w historii - brązowy - medal olimpijski zespołu.

"To spełnienie marzeń każdego z nas, niezależnie od koloru medalu, to medal olimpijski. Nie każdy ma okazję w ogóle o niego walczyć, a my go zdobyliśmy. Te radosne chwile długo będą w naszej pamięci i będziemy je przywoływać" – powiedział po konkursie.

 

 

Maciej Kot – szybki debiut, późne sukcesy

Kariera Macieja Kota to historia szybkiego debiutu i późnych sukcesów. Najmłodszy skoczek polskiej kadry startował w Pucharze Świata już jako nastolatek, ale jego talent rozwijał się powoli, a pierwsze sukcesy przyszły po dekadzie. Ich ukoronowaniem jest olimpijski brąz w drużynie.

Urodził się w Limanowej, skąd pochodzą jego dziadkowie, ale wychował się i mieszka w Zakopanem. Przygodę z nartami zaczynał od zjazdówek, ale w ogarniętym "Małyszomanią" kraju od omijania tyczek bardziej popularne było szukanie pagórków i muld. Początkowo niechętni jego nowej pasji rodzicie zdecydowali się zapisać 10-letniego Maćka i jego starszego brata Jakuba na trening skoków licząc, że ta trudna i techniczna dyscyplina szybko się im znudzi. Zapał jednak nie minął, a Kot pod okiem doświadczonego trenera i olimpijczyka Kazimierza Długopolskiego połknął bakcyla.

Kilka lat później talent w robiącym szybkie postępy zawodniku dostrzegł fiński szkoleniowiec reprezentacji Polski Hannu Lepistoe, który powołał Kota na drużynowy konkurs PŚ w Lahti w marcu 2007 roku.

"Pamiętam jakby to było wczoraj. Ten chłopak miał w sobie potencjał, ale jednocześnie jego talent trzeba było szlifować" - powiedział Fin wspominając debiut w poważnych zawodach niespełna 16-letniego skoczka.

To było ogromne wyróżnienie dla młokosa. Jak przyznał, w pucharowym debiucie - oprócz sportowej tremy - towarzyszył mu też stres związany z obecnością w kadrze Adama Małysza. Kot nie wiedział, w jaki sposób miał zwracać się do swojego idola.

"Starałem się mówić bezosobowo. Nie pytałem: 'ej, a ty wiesz o której jutro trenujemy?', tylko mówiłem na głos coś w stylu: 'ciekawe, o której mamy jutro trening...'. Wiesz, oglądasz Adama w telewizji, jego plakat wisi nad twoim łóżkiem, a nagle jesteście kumplami z jednej drużyny. I to reprezentacji Polski!" - wspominał po latach Kot.

Szybki debiut nie zapowiadał jednak błyskawicznej kariery. Choć począwszy od sezonu 2007/08 występował w PŚ coraz częściej, to nie potrafił zakwalifikować się do drugiej serii konkursów. Nieco lepiej wiodło się Kotowi w zawodach Letniej Grand Prix, na Uniwersjadzie oraz przede wszystkim w MŚ juniorów, gdzie w 2008 i 2009 roku wywalczył trzy medale.

Pewne przełamanie nadeszło dopiero w latach 2012-14, gdy zaczął regularnie zdobywać punkty w PŚ oraz pomógł drużynie wywalczyć brąz MŚ w Predazzo. Kiedy w 2014 roku w igrzyskach w Soczi zajął siódme miejsce na normalnym obiekcie, wydawało się, że jest u progu wielkich wyników. W kolejnym sezonie prezentował się jednak bardzo słabo i w efekcie nie pojechał na kolejne MŚ.

"To było bardzo bolesne przeżycie. Zastanawiałem się nawet, czy nie rzucić skoków, ale dzięki pomocy życzliwych osób i ciężkiej pracy znów odnalazłem w tym wszystkim radość. Teraz zamierzam czerpać z tamtego doświadczenia" – wspominał niedawno zawodnik.

Sytuację skoczka zmieniło przejęcie kadry przez Stefan Horngachera wiosną 2016 roku. Będący na zakręcie kariery Kot, prywatnie wielki miłośnik rajdów samochodowych, znalazł w osobie Austriaka wyśmienitego pilota, który błyskawicznie pomógł mu wyjechać na prostą.

"Moment przełomu poczułem tak naprawdę, gdy dowiedziałem się, że Stefan zastąpił Łukasza Kruczka na stanowisku trenera. Wynika to z tego, że zawsze miałem nieodparte wrażenie, iż Niemcy oraz Austriacy skaczą inaczej, inaczej również trenują. Nie wiedziałem do końca, o co w tym chodzi, ale wierzyłem, że Stefan te tajniki przed nami otworzy. Od pierwszych obozów przygotowawczych niemal wszystko trzeba było robić inaczej. To był dla mnie dobry znak, bo gdyby Stefan miał te same metody, co były wcześniej, to pewnie nic by się u mnie nie zmieniło" – mówił o trenerze Kot.

Wkrótce po objęciu kadry przez Austriaka Kot wygrał klasyfikację generalną Letniej Grand Prix, a w grudniu 2017, po blisko 10 latach od swojego debiutu w Lahti, po raz pierwszy stanął na podium zawodów PŚ - w norweskim Lillehammer był drugi, za Kamilem Stochem.

"Czekałem na taki występ co roku, bo wiedziałem, że jest utalentowany. Prawda jest jednak także taka, że chyba Maciej nie koncentrował się wyłącznie na skokach, wiele rzeczy go zajmowało. Nie skupiał się na pracy. Teraz widać w nim zmianę. We wszystkim. Ale też to, że współpraca z innym trenerem dużo mu dała" – mówił po tamtym występie Lepistoe.

Kolejne sukcesy w sezonie 2016/17 przyniosły zawody w Azji. W Sapporo Kot wygrał, ex aequo ze Słoweńcem Peterem Prevcem, a tydzień później już samodzielnie triumfował na olimpijskim obiekcie w Pjongczangu. W klasyfikacji generalnej PŚ zajął piąte miejsce.

"Pokory i cierpliwości uczyłem się latami. Zawsze chciałem wygrywać, nawet gdy nie byłem jeszcze gotowy. I dostałem po nosie" - mówił w jednym z wywiadów zawodnik, który choć obecny sezon rozpoczął słabiej to na igrzyska zdążył z formą, choć nie bywał już w lepszej dyspozycji. Indywidualnie poszło mu jednak przeciętnie - dwukrotnie był 19. Stanowił jednak silny punkt zespołu, który sięgnął po brązowy medal.

"Nie ukrywam, że było mi ciężko skakać na najwyższym poziomie po tym, co działo się w konkursach drużynowych. Ale usiedliśmy z trenerami, przygotowaliśmy jasny plan do wykonania. Można gdybać co by było, gdyby forma była jak rok temu, ale cieszę się, że jestem częścią tej drużyny" - powiedział po konkursie.

Po latach pełnej wzlotów i upadków kariery Kot sposobem zachowania zaczyna przypominać swoich sportowych idoli z przeszłości, słynących ze spokoju i skromności Małysza, Kazuyoshi Funakiego czy Ayrtona Sennę. Podobnie jak "Orzeł z Wisły" on też przechadza się w skupieniu po skoczni i tylko zamiast "dwóch równych skoków" w tajemniczym półuśmiechu zawsze mówi o tym, "co można byłoby jeszcze poprawić".

 

Od 9 do 25 lutego w ramach „otwartego okna” wszyscy abonenci Cyfrowego Polsatu będą mieli nieograniczony dostęp do 3 uruchomionych specjalnie na czas Zimowych Igrzysk Olimpijskich kanałów: Eurosport 3, Eurosport 4 i Eurosport 5, gdzie będzie można oglądać relacje z igrzysk w jakości HD i bez reklam.

 

Kanały dostępne będą na dekoderach Cyfrowego Polsatu pod numerami 222, 223, 224.

 

Dodatkowo zapewnimy polską oprawę komentatorską wydarzenia na tych kanałach, realizowaną przez dziennikarzy i ekspertów Polsatu Sport.

RM, PAP

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze