Niewiele brakowało, by nasz mistrz z Zębu wziął całą pulę. Ostatecznie zaledwie 7 pkt dzieliło go od zdobycia małej Kryształowej Kuli za loty. I choć to on był jedynym, który wygrał w tym sezonie dwa konkursy na mamucie (oba w Planicy), pozycję lidera obronił Andreas Stjernen, który został pierwszym Norwegiem z tym trofeum. Nie chce się wierzyć, ale to prawda, choć Norwegia jest przecież krajem narciarskich lotników.

 

Pod koniec stycznia w Oberstdorfie Stoch był też bliski zdobycia złotego medalu podczas mistrzostw świata w lotach. Odwołano wtedy ostatnią, czwartą serię i w tej sytuacji na najwyższym stopniu podium stanął inny Norweg, Daniel Andre Tande.

 

Z igrzysk w Pjongczangu nasz najlepszy skoczek też mógł przywieźć jeden medal więcej. Na mniejszej skoczni był przecież o włos od podium. Wystarczyłoby, żeby polski sędzia ocenił jego skok pół punktu lepiej i miałby brązowy medal.

 

Kamil jednak nie narzeka. Jako trzeci zawodnik w historii obronił mistrzostwo na większym obiekcie i zdobył swój trzeci złoty olimpijski medal. A przecież wspólnie z kolegami stanął też na podium w konkursie drużynowym. Pesymiści będą narzekać, że dał się zepchnąć z drugiego miejsca Andreasowi Wellingerowi, ale taki jest sport. 22 letni Niemiec był w Pjongczangu znakomity, zdobył trzy medale, złoty i dwa srebrne. Do takich jak on należy przyszłość. Wellinger próbował jeszcze walczyć o Kryształową Kulę. Nie brakowało głosów, że jest jedynym, który może zagrozić Stochowi, ale szybko odpadł z tej rywalizacji, bo Polak narzucił szalone tempo, a młodego Niemca dopadł kryzys.

 

Polacy przed rokiem wygrali drużynową rywalizację w Pucharze Narodów, po raz pierwszy w historii. W tym sezonie bezkonkurencyjni byli znakomicie skoczkowie z Norwegii. Nasz zespół walczył o drugie miejsce z Niemcami i wydawało się, że wyprzedzi ich na finiszu. Rywale pokazali jednak charakter i odparli atak, między innymi dzięki Wellingerowi i Richardowi Freitagowi, który po kontuzji, której doznał w Turnieju Czterech Skoczni, długo nie mógł wrócić do mistrzowskiej formy.

 

O tych kilku straconych szansach piszę tylko dlatego, by pokazać jak trudno dziś odnosić zwycięstwa w rywalizacji najlepszych skoczków. Austriacy, do niedawna dominatorzy, dostawali lanie na każdym polu. Finowie, kiedyś elita, dziś się nie liczą. Japończycy próbują, walczą, ale nie są w stanie wcisnąć się na podium prestiżowych imprez. Słoweńcom udało się to jedynie podczas mistrzostw świata w lotach.

 

A Polacy na czele ze Stochem są elitą. Tak jak Norwegia i Niemcy. Trzy najlepsze drużyny w Pucharze Narodów i podczas igrzysk w Pjongczangu. Ich trenerami są Austriacy, ale Austria z innym cenionym austriackim trenerem, Heinzem Kuttinem została upokorzona. Tylko Stefan Kraft, skoczek, który w minionym sezonie wygrywał wszystko, co było do wygrania, próbował walczyć. Słynny Gregor Schlierenzauer (53 pucharowe zwycięstwa) nie jest w stanie wytłumaczyć sobie porażek i poważnie myśli o zakończeniu kariery, a przecież jest młodszy od Stocha i Stefana Huli, dla którego był to najlepszy sezon w karierze.

 

Sukcesy Stocha psują humory jego rywalom. Szedł od zwycięstwa do zwycięstwa: najpierw wszystkie wygrane konkursy w Turnieju Czterech Skoczni, później medale na MŚ w lotach, zwycięstwa w mini turnieju Willingen Five, złoto i brąz na igrzyskach, wygrane w turniejach Row Air i Planica 7. Kryształową Kulę zapewnił sobie już w Vikersund, na tydzień przed zakończeniem rywalizacji w Pucharze Świata. A na koniec znokautował rywali na Velikance wygrywając oba konkursy. Czy można chcieć czegoś więcej?

 

Chyba tylko tego, by dalej chciał pracować tak jak do tej pory, tak cieszyć się skakaniem i wygrywać w kolejnych sezonach. Stoch ciągnie za sobą innych, to też jest jego siła. Jest liderem, którego mogą nam tylko zazdrościć.