Arboleda: Najważniejszy piłkarz Kolumbii? Na pewno nie Rodriguez czy Falcao

Piłka nożna
Arboleda: Najważniejszy piłkarz Kolumbii? Na pewno nie Rodriguez czy Falcao
fot. Cyfrasport

Gdyby ktoś miał wskazać największe gwiazdy reprezentacji Kolumbii, wymieniłby Jamesa Rodrigueza, Radamela Falcao i Juana Cuadrado. Według Manuela Arboledy, o wiele większą rolę w drużynie Jose Pekermana odgrywa ktoś zupełnie inny. - Wszystko opiera się na defensywnym pomocniku Carlosie Sanchezie z Fiorentiny - przyznał były obrońca Zagłębia Lubin i Lecha Poznań w rozmowie z Polsatsport.pl.

Cezary Kowalski: Co ludzie w Kolumbii myślą o wylosowaniu Polski i starciu z nami na mistrzostwach w Rosji?

 

Manuel Arboleda: Bardzo dużo mówi się teraz o Polsce. Dla nas Polska jest szczególna, bo to kraj ukochanego Jana Pawła II i przeciętny Kolumbijczyk właśnie z nim przede wszystkim was kojarzy. No i teraz dla młodych to Lewandowski jest numerem jeden. Panuje tu powszechne przekonanie, że grupa jest trudna, ale możemy i musimy z niej wyjść. Dla mnie osobiście marzeniem jest, aby awansowały Kolumbia i Polska. Bo część mojego serca na zawsze będzie polska. Spędziłem w Lubinie i Poznaniu szmat czasu i nigdy nie zapomnę ile od Polski dostałem. Jak mnie w niej dobrze traktowano i jak wiele radosnych momentów mojego życia u was przeżyłem. Zyskałem mnóstwo polskich przyjaciół, takich na całe życie. A moje dzieci wciąż pytają, tato, kiedy znowu pojedziemy do Polski. Wszystkim opowiadam jacy jesteście wspaniali i jaki to wspaniały kraj.

 

Brzmi jak laurka...

 

Ale szczera, my Kolumbijczycy jesteśmy szczerzy i otwarci. Zaprosiłem kilkunastu Polaków do siebie i byli też zachwyceni moim krajem. Nie spodziewali się, że tak tu pięknie. To są zupełnie inne zakątki świata, ale łączy nas wiara. Msza święta jest identyczna w Poznaniu, jak i w Bogocie, zwyczaje religijne takie same. Wiadomo, różni nas pogoda, kultura, historia, kuchnia. My jesteśmy bardziej bezpośredni, jesteśmy Latynosami. Każdy chce ci pomóc, pogadać z tobą, albo po prostu powiedzieć cześć. Pamiętam jak w pierwszych dniach w Polsce nie mogłem się nadziwić, że nieznajomi na ulicy się nie pozdrawiają, mało się do siebie uśmiechają. Wiadomo, że Europejczycy są inni, bardziej chłodni. Chociaż i tak Polacy na tle pozostałych krajów europejskich wyróżniają się swoją gościnnością i otwartością. Może właśnie dlatego tak dobrze mi się w Polsce żyło.

 

Co porabiasz obecnie w swojej ojczyźnie?

 

Cały czas jesteś blisko piłki? Prowadzę różne biznesy. Teraz m.in. firmą, która zajmuje się wszystkim związanym z domami. Sprzedaż i kupno apartamentów, meble, wynajmy itd. Ale także budujemy domy, drogi, infrastrukturę. Przy piłce też się udzielam. Jedną z moich firm prowadzę z rodziną Jamesa Rodrigueza. Nazywa się "Diez gol". Mamy z nimi umowę na realizację piłkarskiego międzynarodowego turnieju. Ściągamy ekipy z Peru, Ekwadoru, Chile i innych krajów Ameryki Południowej. Impreza jest coraz bardziej rozpoznawalna, a ja myślę, aby któregoś razu zaprosić polską drużynę. To byłoby wydarzenie. Generalnie dobrze mi idzie, żyję dostatnio, mam co robić, cieszę się rodziną.

 

Wracasz do Polski?

 

Byłem w ubiegłym roku. Próbowaliśmy zatrudnić młodych Kolumbijczyków w polskich klubach, ale nie przeszli testów. Ale nie rezygnuję. Teraz wybieram się w czerwcu. Mam przyjaciół, którzy będą się przyglądać graczom polecanym przeze mnie z Ameryki Południowej. Wiesz co jest ważne w moich relacjach z Polakami? Że to nie są relacje z jedynie z piłkarzem, który miał tu kontrakt i po prostu sobie pojechał. To są dobre relacje międzyludzkie. Między mną, Mańkiem, jak na mnie mówicie, a Polakami. Poklepują mnie po plecach i mówią "Maniek, przywieź z tej Kolumbii takiego gracza jak ty". A ja im odpowiadam "Aż takiego dobrego to będzie trudno. Arboleda był jeden" (śmiech).

 

W Lechu Poznań grałeś z Robertem Lewandowskim, razem zdobywaliście mistrzostwo Polski. Spodziewałeś się wtedy, że w krótkim czasie będzie on jednym z najbardziej rozpoznawalnych zawodników na świecie?

 

Dziś jak w Kolumbii opowiadam, że z Robusiem graliśmy razem to mnie ludzie proszą, abym załatwił jakiś autograf i nie za bardzo chcą w to wierzyć. Dla mnie było oczywiste już wtedy, że to piłkarz wielkiej klasy, że zrobi wielką karierę. Widziałem jak porusza się między obrońcami. Jak nas potrafi ogrywać podczas treningów, jak ma ułożoną stopę do strzału. To się po prostu czuło, że pójdzie w górę. Przychodził do Lecha jako młody chłopaczek i ewidentnie wyróżniał się pracą jaką wykonywał także poza boiskiem. Jak się zachowywał, jak się skupiał, jak się szykował na ten skok jakościowy. Niech się nikomu nie wydaje, że to było po prostu tak, że nagle jego talent eksplodował i tyle. Przeciwnie, to była solidnie zaplanowana, ułożona droga, nie było w tym wiele przypadku. Trener Franek Smuda na treningach rzucał nam dwóm piłkę i mówił "Walczcie, stoją naprzeciw siebie najlepszy obrońca w Polsce i najlepszy napastnik". Podczas meczów też współpracowaliśmy. Pamiętacie mnie, co prawda byłem twardym obrońcą, ale jednak chętnie grającym piłką. Dumny jestem, że grałem z tym chłopakiem, a on czasem traktował mnie jak kolegę, a czasem jak ojca (śmiech).

 

Wielu Polaków zapamiętało cię z tej słynnej prezentacji, kiedy na koszulce wymalowałeś sobie napisy: Jezus, Smuda, Michniewicz...

 

Zrobiłem to jako formę podziękowań. Jezus prowadzi mnie przez całe życie. Wszystko co mam jemu zawdzięczam i jestem mu całkowicie oddany. Wiadomo, że trener Michniewicz podał mi rękę, kiedy byłem w trudnym momencie, dobry trener, prawdziwy przyjaciel. Nasze relacje pozostały znakomite już po naszym rozstaniu zawodowym. Franek Smuda to mój polski ojciec. Potrafił wydobyć ze mnie to co najlepsze na boisku, ale także prywatnie bardzo mi pomagał. Uwielbia moją rodzinę, moje dzieci, moją żonę.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze