Tomasz Lorek: W rodzinie Szczepaniaków mawia się, że to najbardziej spokojni ludzie w żużlu. Czy rzeczywiście trzeba zachować trzeźwość myślenia, żeby ścigać się i wygrywać wyścigi?

Michał Szczepaniak: Trzeba się skupić, skoncentrować, ustawić ten motocykl, dobrze przemyśleć kilka spraw. Nam nieraz to pomaga, a nieraz przeszkadza.

Czasami można byłoby być łotrem.

Dokładnie. Czasami przemyślane decyzje zbyt mocno w żużlu nie pomagają, ale czasami pomagają, więc nie ma złotego przepisu na to.

Przed rokiem Lech Kędziora przychodząc do Częstochowy miał misję do wykonania. Nikt nie liczył na to, że Włókniarz utrzyma się w ekstralidze. Okazało się, że byli blisko nawet fazy play-off, piąte miejsce ujmy nie przynosi. Czy Lech Kędziora jest takim człowiekiem dla którego wy więcej zrobicie, bo to jest autorytet jeździecki?

Wydaje mi się, że tak. To jest człowiek, który w żużlu jest od naprawdę wielu lat. My staramy się słuchać jego zaleceń, robimy to co nam karze. Do tej pory odjechaliśmy kilka treningów. Na razie ta współpraca jest coraz lepsza i mam nadzieję, że tak będzie do końca sezonu.

Skąd pomysł, żeby zmienić klimat i przenieść się do gdańskiego Wybrzeża? To jest ciekawy zespół. Jest Anders Thomsen, odszedł Troy Batchelor, nie ma Kacpra Gomólskiego. Otarli się o ekstraligę, a teraz macie trochę inne ustawienia kadrowe. Czy to jest zespół, który musi wejść, czy może wejść do PGE Ekstraligi?

Trudno powiedzieć jak to jest postrzegane, ale wydaje mi się, że jeżeli to wszystko się ułoży to ten wynik naprawdę może być dobry. Stać tych wszystkich zawodników, którzy są w Gdańsku na dobry wynik. Tym bardziej, że ten tor jest specyficzny i pomaga on w jeździe u siebie, ale przede wszystkim na wyjazdach. Ten tor jest dosyć ciężki technicznie i na wyjazdach też on pomaga jeździć na torach mniej technicznych. Z nadzieją podchodzimy do tego sezonu, że to wszystko się zazębi i ten wynik przyjdzie sam.

Kiedy w Gdańsku jeździł Tony Rickardsson i później Darcy Ward, to mówili, że to jest obiekt niedoceniany, a tam naprawdę trzeba wiedzieć jak trzymać pędzel, żeby się świetnie rozwijać i rozpędzać.

Ten tor jest trochę specyficzny, techniczny, ciężki do spasowania. Jak się tego dokona, to jest się naprawdę szybkim. Na wyjazdach to też pomaga, bo jest wtedy łatwiej poradzić sobie gdzieś na tych torach dziurawych. Ten tor jest bardzo szybki i wymagający, bo trzeba mieć szybkie silniki, sporo siły w rękach, żeby te cztery kółka szybko przejechać.

Speedway się zmienia. Niektórzy trenują jogę, inni wyjeżdżają na motocross do Hiszpanii. Czy ty jako przedstawiciel starszej generacji widzisz pozytywne zmiany? Czy masz swoje sprawdzone metody i co robisz zimą?

Każdy ma swoje sposoby, żeby tę zimę przeczekać do wyjazdu na tor. Ja staram się coś zmieniać z roku na rok. Wiadomo, że jestem coraz starszy i tych treningów musi być coraz więcej, żeby ta forma była taka jak kilka lat temu. Co roku dokładamy coś nowego, staramy się szukać lepszych rozwiązań. Więcej nie mogę zdradzić, chciałbym zachować to dla siebie, ale widzę, że ta zmiana jest dosyć duża w żużlu. Zawodnicy korzystają z wyjazdów do Hiszpanii na motocross. Widzę plusy tego, bo wiadomo, że im więcej kontaktu mamy z motocyklem, tym dla nas to jest lepsze rozwiązanie.

Dla zawodnika, która wsiada na motor pasja jest numerem jeden. Jaką motywacją jest dla ciebie, brat – Mateusz Szczepaniak, bardzo szanowany w kręgach żużlowych, czego dowodem jest Poole Pirates. Czy to działa mobilizująco, że chcę być lepszy od brata? Czy czasami brat potrafi ściągać cię w dół?

To chyba działa mobilizująco. Wiadomo, że staramy się, aby ta pomoc była z dwóch stron. Ja jemu, on mi. W żużlu jest różnie. Raz on jest lepszy, raz ja. Ten sprzęt jest zawsze robiony przez ojca na czas, w stu procentach przygotowany. Jak widać na naszym przykładzie, jednak sprzęt to nie wszystko. Musi też kilka rzeczy dodatkowych zagrać, ten klimat musi być. Jest kilka tych czynników, które oddziałują na wynik. My pomagamy sobie, nie działa to źle, mobilizuje nas to do pracy. Każdy z nas stara się być lepszy. Jeżeli coś nie wychodzi to można liczyć na pomoc brata.

Przed laty była głośna historia kiedy Chris „Bomber” Harris wyciągnął jedenastoletni silnik oraz motocykl od Marka Simonsa i wygrał na nim poważne zawody w Cardiff. Czy czasami taki odgrzewany kotlet potrafi zagrać? Nie musi to być nowiutki sprzęt od sponsora?

Czasami tak bywa. Czasami silnik, który kosztował ogromne pieniądze, liczymy na niego, a są gdzieś tam z nim jakieś problemy. Zdarza się, że już na pierwszym wyjeździe urywa się korbowód i ten silnik jest do wyrzucenia. Zdarza się, że po prostu on nie jedzie. Wszystko jest zrobione jak być powinno, a on jechać nie chce. Wyciągamy jakąś babcię spod stołu i ona naprawdę jedzie. Jest to trochę loteria, ale taki ten sport jest.

Czasami stary silnik potrafi zawieźć cię po trzy punkty i na szachownicę.

Dokładnie. Jakieś stare, sprawdzone rzeczy gdzieś tam, które jadą odstawiamy i kupujemy nowe. Wierzymy w nie. Nie do końca to się sprawdza, wracamy do tych starych rozwiązań i to pomaga. Wiadomo, że trzeba iść do przodu. To jest sport motorowy. Jakieś nowe rozwiązania cały czas są wdrażane, trzeba na tym nadążyć. Czasami trzeba zrobić krok do tyłu, żeby zrobić dwa do przodu i tak to wygląda.

Lepiej jeździło się na „stojaku”, czy na „leżących” silnikach?

Powiem szczerze, że ja na „stojaku” jeździłem tylko w szkółce. Jak już zdawałem licencję to już były silniki „leżące” i nie mam takiego porównania, żeby cokolwiek na ten temat powiedzieć.

Rozmowa z Michałem Szczepaniakiem w załączonym materiale wideo.

Start sezonu Nice 1 PLŻ już w weekend 7-8 kwietnia na sportowych antenach Polsatu. 8 kwietnia Speed Car Motor Lublin podejmie Orzeł Łódź.