Odkąd pamiętam, gdy jako mała dziewczynka rozpoczęłam przygodę z gimnastyką artystyczną, w środowisku krążyły legendy o tym, jak i ile trenują najlepsze na świecie i o tym, ile trzeba trenować, by najlepszą na świecie zostać. Historie o tym, że w wieku 14 lat kończą edukację, by oddać się tylko sportowi, że spędzają na treningach 11 godzin dziennie – codziennie, rozbudzały wyobraźnię, a zarazem prowokowały pytania, czy aby na pewno jest to możliwe i czy nie są to zwykłe mity. Te pytania i chęć uzyskania odpowiedzi na nie sprowokowały tę rozmowę, ale nie tylko one…

 

Jakiś czas temu, miałam przyjemność spotkać utalentowanego nastoletniego polskiego sportowca – przedstawiciela dyscypliny olimpijskiej – znacznie łatwiejszej technicznie od gimnastyki, ale również wymagającej sporej liczby godzin treningów. Czołowy polski sportowiec poza szkołą i treningami zajmował się jeszcze jedną profesją, czasami z treningami kolidującą, ale przynoszącą, jak dla tak młodego człowieka całkiem spore korzyści finansowe. Zapytałam go, co woli – odpowiedział, że sport. Zapytałam, o czym w sporcie marzy. Odpowiedział, że chciałby pojechać na igrzyska olimpijskie do Tokio, ale że "ma jeszcze czas, bo kolega mu powiedział, że żeby zakwalifikować się na igrzyska, to wystarczy ostatni rok przed kwalifikacjami mocniej na treningach pocisnąć…". Żeby w tej dyscyplinie na igrzyska olimpijskie pojechać, może tak…, ale żeby zostać prawdziwym sportowcem – mistrzem na pewno nie…

 

Oto historia mistrzyni – nie olimpijskiej, bo "tylko" brązowej medalistki najważniejszej imprezy sportowej świata, ale prawdziwej mistrzyni cierpliwości, wytrwałości, odporności psychicznej i fizycznej, mistrzyni pokory i tytanicznej pracy, która zdecydowała się poświęcić wszystko jednemu celowi – medalowi olimpijskiemu. Oto historia Anny Rizatdinovej.

 

fot. Piotr Korczyński Photography

 

Aleksandra Szutenberg: W Polsce krąży wiele legend o tym, jak trenują najlepsze zawodniczki na świecie. Jaka jest Twoja historia? Jak to się stało, że zaczęłaś trenować gimnastykę artystyczną? Ile miałaś lat?

 

Anna Rizatdinova: Pochodzę z Symferopolu na Krymie i właśnie tam zaczęłam trenować. Miałam pięć lat. Moja mama jest trenerką gimnastyki artystycznej i to właśnie ona była moim pierwszym trenerem. W wieku 16 lat przeprowadziłam się do Kijowa, by tam rozpocząć treningi w ośrodku szkoleniowym reprezentacji Ukrainy prowadzonym przez Albinę i Irinę Deriuginy. To było dla mnie bardzo trudne doświadczenie, bo treningi w kadrze to zupełnie inny świat. To życie bez rodziców, bez przyjaciół, bez wszystkiego. Bez nocnego życia, bez mężczyzn, bez alkoholu. Ale… z jednym wielkim marzeniem - o medalu olimpijskim.

 

Po igrzyskach w Londynie obudziłam się z jednym marzeniem i celem w głowie. Chciałam medalu olimpijskiego w Rio. Pracowałam bardzo ciężko. Pierwszy trening rozpoczynałam o 9 rano, a do domu wracałam o 20. Cały dzień spędzałam w sali, a moje życie 24 godziny na dobę kręciło się wokół gimnastyki. Ale moje marzenie się spełniło - mam medal z Rio i moje życie się całkowicie zmieniło.

 

fot. Piotr Korczyński Photography 

 

Jak to się stało, że trafiłaś do ośrodka szkoleniowego w Kijowie? Zostałaś wybrana, czy to była Twoja decyzja?

 

Albina Dierugina zaproponowała mi rozpoczęcie treningów w jej ośrodku w Kijowie. Zapytała, czy tego chcę. Odpowiedziałam, że tak. Chciałam bardzo, to było moje marzenie, ale też bardzo trudny czas dla mojej rodziny. Jestem jedynaczką, wyprowadziłam się z domu. Było mi ciężko, moim rodzicom też, ale bardzo mnie wspierali w mojej decyzji i w wieku 16 lat zamieszkałam w Kijowie sama. Miałam trzy trenerki: Albinę Deriuginę, Irinę Deriuginę i Ireeshę Blokhinę.

 

Czy gdy przeprowadziłaś się do Kijowa, chodziłaś do szkoły?

 

Tak.

 

Do takiej normalnej?

 

Nie. Do sportowej. Musiałam wybrać szkoła albo sport. Wybrałam sport i można powiedzieć, że uczyłam się zaocznie. Miałam dużo prac domowych. Uczyłam się po treningach, podróżując na zawody i po zawodach. Tak samo skończyłam uniwersytet, oczywiście na kierunku sport. Mam wyższe wykształcenie.

 

Ile godzin dziennie trenowałaś w ośrodku Deriugin?

 

Pierwszy trening rozpoczynał się o 9.00 i kończył w granicach 14. Potem około 1,5 godziny czasu wolnego i drugi trening, który kończył się około 20 i tak sześć razy w tygodniu. Przed igrzyskami olimpijskimi w niedziele też trenowałam.

 

fot. Piotr Korczyński Photography 

 

Co robiłaś w dzień wolny?

 

Spałam. Naprawdę lubię spać. A jak już się wyspałam, to ewentualnie szłam ze znajomymi do kina. To wszystko.

 

Jak wyglądały Twoje treningi?

 

Przed igrzyskami trening zaczynał się od dwóch godzin baletu, potem dużo skoków, a następnie praca nad układami z przyborami – ze wszystkimi czterema przyborami. Potem chwila przerwy i drugi trening, który rozpoczynał się od rozgrzewki i znowu pracy z wszystkimi czterema przyborami.

 

Czy w świecie ukraińskiej gimnastyki jest dużo pieniędzy? Miałaś jakieś stypendium, zarabiałaś coś za treningi?

 

W naszej federacji na Ukrainie nie ma dużych pieniędzy. Na co dzień nie zarabiałam. Niezłe pieniądze mogłam wygrać tylko dobrze startując na zawodach lub biorąc udział we włoskiej Serie A (zawodowa liga gimnastyczna). Oczywiście wysoką nagrodę finansową dostałam za medal olimpijski, ale to wszystko. Nie zarabiałyśmy za treningi, nie miałyśmy stypendium. Dla mnie najważniejsze były medale. Nigdy nie trenowałam dla pieniędzy, więc nie było to dla mnie ważne.

 

Ale nie musiałaś do tego dokładać?

 

Nie, nie. Za treningi i wyjazdy na zawody płaciła nasza federacja.

 

Trenowałaś prawie 20 lat. Co było dla Ciebie najtrudniejsze?

 

Naprawdę kocham gimnastykę. Dla mnie to najlepszy sport dla dziewcząt, dla kobiet. Trudne na pewno było przygotowanie do igrzysk. Wiedziałam, jak ciężko muszę trenować każdego dnia. Ale ciężki trening nie był dla mnie problemem, koncentracja też nie była dla mnie problemem. Trudna była tylko relacja z trenerkami. Kiedy miałam 20 lat, kiedy byłam już gwiazdą światowej gimnastyki, ta relacja była trudna.

 

fot. Piotr Korczyński Photography

 

Jak trenerki Cię traktowały?

 

Trenerki mnie kochały, bo byłam bardzo pracowitą zawodniczką i lubiłam ciężko trenować. Dla mnie najlepszą trenerką jest Albina Deriugina – mój pierwszy wielki trener w drużynie narodowej. Ale przed Rio i do Rio na zawody latałam z Ireeshą Blokhiną. Ona była dla mnie przyjacielem, psychologiem, trenerem, wszystkim. Dobra relacja trener – zawodnik w tym sporcie jest bardzo ważna, dla mnie była bardzo ważna.

 

Która relacja z Albiną Deriuginą, czy z Ireeshą Blokhiną była Ci bliższa?

 

Obie.

 

Podczas najważniejszych zawodów, ukraińska federacja wielokrotnie składała protesty na zaniżone noty swoich zawodniczek w tym także Twoje. Tajemnicą Poliszynela w tym świecie jest fakt, że ukraińskie zawodniczki niejednokrotnie były niesprawiedliwie oceniane, a ich noty zaniżane. Ty też mogłaś to odczuć, na własnej skórze…

 

Ten temat już dla mnie nie istnieje. Jestem szczęśliwa i kocham wszystkie sędziny, bo wywalczyłam medal olimpijski.

 

Czyli tych złych rzeczy już nie pamiętasz?

 

Nie pamiętam. Nie pamiętam już żadnych złych momentów, teraz mam w pamięci tylko te najpiękniejsze chwile i poczucie wielkiego szczęścia.

 

Czy miałaś w swojej karierze takie momenty, że chciałaś zrezygnować. Z powodu, czy ciężkich treningów, czy właśnie niesprawiedliwego sędziowania?

 

Oczywiście. To normalne dla profesjonalnych sportowców. Po igrzyskach w Londynie, chciałam zakończyć karierę, ale wtedy bardzo pomogli mi rodzice. Mój tata, który kiedyś był pływakiem, powiedział mi: teraz nie możesz się poddać, właśnie teraz musisz kontynuować i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Rok po igrzyskach w Londynie sięgnęłam po złoty medal mistrzostw świata w Kijowie. To był bardzo ważny rok dla mojej sportowej kariery.

 

fot. Piotr Korczyński Photography

 

Jeśli tyle czasu spędzałaś w sali treningowej, jak to się stało, że spotkałaś swojego partnera?

 

Żyłam bez mężczyzn. Naprawdę. Mam dziecko ze sportu. Dla mnie najważniejszy w życiu był sport, a normalne życie zaczęłam dopiero po igrzyskach w Rio. Przez 17 lat liczył się tylko sport, tylko treningi, tylko zawody, żyłam tylko dla tego.

 

Po igrzyskach miałam czas wolny, miałam czas na podróże, na relaks, na normalne życie. Spotkałam mojego męża i rok później urodził się nasz syn. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, ale jestem szczęśliwa. Po igrzyskach prawie każdy sportowiec wpada w depresję, ale mnie to nie dotyczy. Po Rio zaczęłam żyć, zaczęłam życie rodzinne i jestem bardzo szczęśliwa.

 

Jesteś gwiazdą na Ukrainie?

 

Tak.

 

A jak było przed medalem w Rio?

 

Było podobnie. Bywałam w telewizji, gazetach, magazynach. Udzielałam wielu wywiadów. Po igrzyskach jest tego oczywiście jeszcze więcej. Otrzymuję wiele zaproszeń do magazynów takich jak Vogue, L’Officiel, itp. Kiedy byłam młoda, marzyłam o tym. Marzyłam o życiu, jakie mam teraz. To bardzo ważne, by marzyć.

 

Jak teraz wygląda Twoje życie?

 

Teraz mieszkam w Barcelonie i żyję dla mojej rodziny, dla mojego pięciomiesięcznego synka. Ma na imię Roman i kiedyś na pewno będzie sportowcem. Nie wiem, jeszcze jakim, czy piłkarzem, czy tenisistą, ale na pewno będzie sportowcem, bo to bardzo ważne dla życia, dla rozwoju.

 

Pozostałam w świecie gimnastyki. Prowadzę bardzo dużo treningów gimnastycznych, tzw. "master class" na całym świecie – w Hiszpanii, Europie, w Japonii, w Stanach Zjednoczonych. Praktycznie nie ma tygodnia, żebym gdzieś nie podróżowała. W przyszłości chciałabym napisać książki – o gimnastyce, o psychice i sile mentalnej w gimnastyce artystycznej, bo to bardzo ważne dla młodych zawodniczek. Chciałbym także otworzyć swoją szkołę gimnastyki – jeszcze nie wiem, gdzie i może stworzyć jakiś swój turniej. To wszystko jednak sprawy przyszłości. Teraz potrzebuję czasu dla mojego synka, dla mojej rodziny, dla siebie.

 

Dużo podróżujesz z dzieckiem? W Polsce nie ma go z Tobą…

 

Nie, teraz jest z moją mamą i swoim tatą, ale zostawiam go pod ich opieką na maksimum dwa dni.

 

Czy jako zawodniczka współpracowałaś z psychologiem?

 

Nie. Tylko z trenerkami.

 

Jakiej rady udzieliłabyś młodym zawodniczkom, młodym sportowcom?

 

Najważniejsza jest ciężka praca. Kiedy byłam mała, nikt we mnie nie wierzył. Nie miałam ani „gimnastycznej” figury, ani długich nóg. Byłam niska, ale bardzo, ale to bardzo kochałam gimnastykę. To bardzo ważne. To, co było najważniejsze, to bardzo ciężka praca, praca i jeszcze raz praca, każdego dnia. I marzenia! To wszystko.

 

fot. PAP

 

Anna Rizatdinova - ukraińska gimnastyczka artystyczna, brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w Rio, multimedalistka mistrzostw świata i mistrzostw Europy