Silgado, to nie byle kto. Były pretendent do tytułu mistrzowskiego wprawdzie ostatnio zanotował cztery porażki, ale wcześniej miał serię 23 walk bez porażki, a łącznie pokonał 28 rywali.

 

Kilka pierwszych sekund rywale sprawdzali swoje umiejętności w półdystansie. W drugiej minucie pojedynku na środku ringu, w zwarciu, Polak wyprowadził lewy sierpowy, który trafił w skroń rywala. Kolumbijczyk znacznie dłużej leżał na deskach niż trwała walka, a sędziom nie pozostało nic innego niż ogłosić nokaut. - Cała energia uderzenia poszła na skroń. Poszło mu na błędnik i był koniec. Wcześniej dostałem jego lewym sierpem. Poczułem to. Miał ciężką rękę – komentował tuż po walce wypoczęty i zrelaksowany Głowacki.

 

Głowacki półtora roku temu stracił pas mistrzowski federacji WBO. Nadal zaliczany jest do ścisłej czołówki w swej kategorii. Tak spektakularne zwycięstwo zapewne przybliżyło go do ponownej szansy powalczenia o pas.

 

Sam pięściarz zarówno przed jak i po walce nie chciał wypowiadać się na temat przyszłości. - Skupiałem się tylko na tej walce. To jest boks, może się przytrafić jeden cis, który wszelkie plany pokrzyżuje - opowiadał.

 

Niepokonany na zawodowym ringu Paweł Stępień w pojedynku o pas międzynarodowego mistrza Polski od pierwszych rund zdominował Michała Ludwiczaka. Już w trzeciej rundzie powalił leszczynianina na deski i wydawało się, że to już koniec rywalizacji. Stępień jednak odpuścił w końcówce i dopiero w kolejnym starciu znokautował rywala. - Nie spieszyłem się, bo wiedziałem, że jak będę walczył swoje, to nokaut z czasem przyjdzie sam – mówił szczecinianin, dla którego było to dziewiąte zwycięstwo i ósmy nokaut w zawodowej karierze.

 

Najkrótszy pojedynek gali stoczył, mieszkający i trenujący w Warszawie Fiodor Czerkaszyn. Ukrainiec potrzebował 17 sekund by dwukrotnie trafić Daniela Urbańskiego. Polak cios sierpowy na głowę wytrzymał, ale podnosząc prawą rękę odsłonił wątrobę i ciosu na nią już nie przetrzymał.