Relacje pomiędzy klubem a kibicami powinny być zdrowe, czyli partnerskie, kiedy obie strony nie tylko zyskują, ale także dają coś od siebie. To wyraża się chociażby tym, że klub udostępnia swoje pomieszczenia na flagi i inne elementy meczowych opraw. Jego przedstawiciele powinni jednak mieć nad tym kontrolę. Poza tym pewne granice nie mogą zostać przekroczone, o łamaniu prawa nie wspominając" – podkreślił badacz środowisk kibicowskich.

 

Autor książki "Od chuliganów do aktywistów? Polscy kibice i zmiana społeczna" uważa jednak, że to głównie kluby naginają określone zasady i w wielu sprawach idą swoim kibicom za bardzo na rękę.

 

"Kluby mają więcej do stracenia i skłonne są do różnych ustępstw, a druga strona jest tego świadoma i to wykorzystuje. Na dłuższą metę, co pokazują przykłady, taki mechanizm nie zda jednak egzaminu. Na szczęście radykalnych wydarzeń, jak w niedzielę w Poznaniu, nie jest dużo, aczkolwiek całkowicie wyeliminować się ich nie uda" – ocenił.

 

Adiunkt w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa UG przekonywał, że przez działalność tzw. najbardziej wiernych sympatyków, klub często ponosi spore straty.

 

"Są to straty nie tylko wizerunkowe, ale również wymierne, czyli finansowe. Najlepiej widać to na przykładzie Lecha, bo kto teraz zdecyduje się nabyć karnet, jeśli nie będzie mógł obejrzeć ośmiu pierwszych meczów w nowym sezonie?! Piłka nożna jest dla ludzi, jest dla kibiców, ale dla wszystkich osób, które znalazły się na stadionie. Nie tylko dla tych, które robię atmosferę, ale także dla tzw. pikników, bo oni też utrzymują klub poprzez to, że kupią bilet, koszulkę, jakąś pamiątkę i zjedzą coś w trakcie meczu" – zauważył.

 

Kossakowski utrzymuje, że w ramach relacji z kibicami klub może zgodzić się - jak np. podczas ostatniego meczu w sezonie - na użycie pirotechniki, ale to fani powinni ponieść konsekwencje złamania prawa.

 

"Trzeba dotrzeć do określonych grup kibiców, aby wzięły na siebie jakąś formę odpowiedzialności, nawet finansową. Te grupy cechuje wysoki stopień hierarchii, zatem decyzje podejmowane przez wąskie grono są respektowane przez wszystkich i mają wpływ na całe środowisko. Kibice chętnie skandują hasła np. Lech to my, zatem pora te słowa przekuć w czyn i pokazać się w dobrym świetle. Każdemu może przydarzyć się jakiś wybryk, ale nie można popełniać go ze świadomością, także w relacjach z klubem, że bez względu na konsekwencje, wszystko mi wolno" - podkreślił.

 

Na niewłaściwe zaangażowanie zorganizowanych grup kibiców w działalność polskich klubów zwraca też uwagę prof. Robert Kozielski z Zakładu Strategii Marketingowych Uniwersytetu Łódzkiego.

 

"Ten problem w Polsce cały czas istnieje, choć jest on zdecydowanie mniejszy niż kilkanaście lat temu. Nasza piłka się profesjonalizuje, ale tajemnicą poliszynela jest, że część klubów próbuje układać się z kibicami na zasadzie biznesowej np. oddawania im do sprzedaży części biletów czy prowadzenia cateringu na stadionach. Przez to na trybunach dzieją się później różne rzeczy" – tłumaczył wykładowca Wydziału Zarządzania UŁ, który w przeszłości był napastnikiem ŁKS.

 

Jak ocenił, taki sposób zarządzania jest "fatalny, bo próbując panować nad kibicami wchodzi się z nimi w układy, ale jeśli coś im się spodoba, to nie szanują strony klubowej, lecz i tak respektują swoje prawa".

 

Dodał, że wyeliminowanie tego problemu wymaga rozwiązań systemowych i działania powinny być zintegrowane przez państwo, PZPN, Ekstraklasę SA i wreszcie same kluby.

 

"Nie wierzę, że odcięcie się klubów od kibolskich grup wpłynie na gorszą frekwencję na stadionach. Ci, którzy +kręcą lody+ nie mają aż takich wpływów, by zakazać przychodzenia na mecze jakiejś wielkiej grupie" – nadmienił.

 

Kozielski zwrócił uwagę, że inaczej współpraca klubów z kibicami wygląda w najlepszych europejskich ligach. Jak tłumaczył, tam budując relacje z sympatykami przyjmuje się praktykę, w której fani mają swój głos doradczy. Tylko i aż.

 

"Mogą oni wypowiedzieć się np. na temat transferów, ocenić danego piłkarza. To jednak forma sondażu i ten głos nie decyduje o tym, z kim klub podpisze, przedłuży czy zerwie kontrakt. To przykład modelowej współpracy, choć nie jest też tak, że w Niemczech czy Hiszpanii nie zdarzają się żadne ekscesy" – przyznał.

 

Zdaniem eksperta ds. marketingu wpływ pseudokibiców na działalność klubu w Polsce jest coraz mniejszy i w jego opinii będzie spadał.

 

"Jesteśmy na progu dużego rozkwitu naszego futbolu, a tego typu zdarzenia, jak ostatnio w Poznaniu, są dogorywaniem starego systemu. Niestety jednak hamują rozwój polskiej piłki w aspekcie biznesowym, bo źle wpływają na wizerunek" – podsumował prof. Kozielski.

 

Na przekroczenie przez wpływowe grupy pseudokibiców granic i braku reakcji ze strony klubów i organów państwowych wskazał też Jan Tomaszewski. Jak podkreślił, w polskiej piłce wciąż obecni są "bandyci, terroryści i notoryczni przestępcy".

 

"Fakt, że kibole terroryzują kluby jest tajemnicą poliszynela. I właściwie to jest sprawa właścicieli klubów, które są prywatnymi przedsiębiorstwami, że jeśli za chuligańskie wybryki chcą płacić gigantyczne kary, to niech to robią. Jeśli godzą się na grożenie czy bicie swoich piłkarzy i nie zgłaszanie takich spraw dalej, to też muszą wziąć za to odpowiedzialność" – powiedział były reprezentant kraju.

Zaznaczył jednak, że nie godzi się na narażanie na niebezpieczeństwo fanów chodzących na mecze i "terroryzowanie" spółki Ekstraklasy S.A., która uległa pseudokibicom ws. dekoracji legionistów, przenosząc ją z Poznania do Warszawy. "W tym momencie Ekstraklasa S.A. się skompromitowała, ulegając temu terrorowi i niejako go legalizując" – ocenił.

 

Podkreślił, że ma to bardzo złe skutki, bowiem przez ustępowanie pseudokibicom narażane jest zdrowie i życie postronnych fanów chodzących na mecze.

 

"Na to się nie godzę i nie może pozwalać też premier Mateusz Morawiecki. Mam nadzieję, że pójdzie on śladami Margaret Thatcher. Jeszcze raz podkreślam, że bandytów, terrorystów i przestępców trzeba jak najszybciej wyeliminować ze stadionów" - zakończył były bramkarz.