Gdyby ktokolwiek przed sezonem 2017/2018 postawiłby na to, że Mohamed Salah pobije rekord Premier League w liczbie strzelonych goli w jednym sezonie i poprowadzi Liverpool do finału Ligi Mistrzów, to raczej nikt nie wziąłby tych prognoz na poważnie. Egipcjanin złamał jednak pewną barierę, wystrzelił z niebotyczną wręcz formą, a przy pomocy uzdolnionych kolegów i pod okiem geniusza w osobie Jurgena Kloppa jest w stanie przełamać hegemonię Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo.

 

Przez łzy do... ataku

 

Portal goal.com dotarł ludzi, którzy wprowadzali Egipcjanina, do świata futbolu. Do Al-Mokawloon trafił w wieku jedenastu lat. Już wcześniej, w małej wiosce, w której się wychował dostrzeżono jego talent. Rodzina od zawsze mu pomagała, dlatego też mimo nie najlepszej sytuacji finansowej mógł grać w piłkę. Od zawsze marzył o Premier League, wychowywał się w czasach wielkich "Galacticos", więc jego idolami byli Luis Figo oraz Zinedine Zidane (ten sam, którego będzie musiał pokonać w sobotę).

 

Za młodych lat, w czasach juniora grał na pozycji bocznego obrońcy, bądź częściej na wahadle w ustawieniu 1-3-5-2. Powodowało to, że okazji do zdobywania bramek nie miał za wiele. Trenerzy byli pod wrażeniem jego występów, ale jemu ciągle było mało, chciał czegoś więcej, a mianowicie strzelać gole. Pewnego razu jego zespół wygrał niezwykle ważne spotkanie 4:0, ale Salah jako jedyny z drużyny nie świętował. Wręcz przeciwnie, siedział i płakał, bo w tak istotnym meczu nie udało mu się trafić do bramki.

 

Szkoleniowcy postanowili więc przesunąć go do ataku, widząc jak podchodzi do sprawy i czym jest dla niego piłka nożna, a przede wszystkim strzelanie goli. To był jeden z przełomowych momentów w jego rozpoczynającej się dopiero karierze. W pierwszym sezonie po zmianie pozycji zdobył...35 bramek!

 

Bardzo szybko się uczył, do tego doszła dyscyplina, zawsze był punktualny, nie sprawiał problemów. Równie szybko, co w juniorskich, tak i w seniorskiej drużynie wyrósł na gwiazdę, zaczęły mu się przyglądać kluby z Europy, o której zawsze marzył. Najpierw trafił do FC Basel i już tam zaczął pokazywać się z dobrej strony. Na tyle dobrej, by w 2014 roku trafić do Chelsea. Stał się pierwszym Egipcjaninem w historii klubu, ale nie za bardzo przypadł do gustu Jose Mourinho. Zaczęły się wypożyczenia, najpierw do Fiorentiny, a następnie Romy. W zespole z Rzymu się sprawdził, więc został wykupiony. Po kolejnym dobrym sezonie zainteresował się nim Klopp i w lipcu 2017 roku trafił na Anfield za rekordową sumę 42 milionów euro (potem przebił go Virgil van Dijk). Jak na możliwości klubu była to pokaźna kwota, to też nie wszyscy byli zadowoleni z zakupu.

 

"We've got Salah"

 

Sezon 2017/2018 był tym, w którym Salah w końcu odpalił z formą. We wszystkich rozgrywkach rozegrał 51 meczów, strzelając 44 gole i notując 16 asyst. Pamiętajmy, że został mu jeszcze mecz z Realem. Przed ostatnią kolejką Premier League dzielił rekord 31 trafień z Alanem Shearerem (Blackburn Rovers, 1995/96), Cristiano Ronaldo (Manchester United, 2007/08) i Luisem Suarezem (Liverpool, 2013/14).

 

W ostatnim meczu pokonał jednak bramkarza Brighton i przeszedł do historii angielskiej piłki. Zachwycał zwłaszcza powtarzalnością, strzelał jak na zawołanie. Oczywiście trzeba tutaj też przypomnieć o wsparciu jakie otrzymał od kolegów z drużyny. Tercet Salah, Roberto Firmino, Sadio Mane zdobył aż 90 bramek we wszystkich rozgrywkach. Trio to siało postrach przez cały sezon na różnych frontach. W pierwszej części sezonu pomagał im jeszcze Philippe Coutinho, ale został sprzedany do Barcelony. Powstała wtedy nawet przyśpiewka ułożona przez jednego z fanów "The Reds", w której słyszymy "Sprzedaliśmy Coutinho, ale nic się nie stało, bo mamy Salaha, Mane oraz Firmino". Brazylijczyk odchodząc do "Dumy Katalonii" liczył zapewne, że powalczy o trofea, w tym to najważniejsze, czyli Ligę Mistrzów. Los chciał, że to jego koledzy staną przed największym wyzwaniem w karierze.

 

 

Salah rozkochał w sobie nie tylko fanów Liverpoolu, ale przede wszystkim swoich rodaków. Po pierwsze zachwyca grą, po drugie zachowuje przy tym niezwykłą skromność, po trzecie wspiera jak może rodzinne strony. Co chwilę w brytyjskiej prasie można przeczytać o kolejnym pięknym czynie Egipcjanina, który finansuje szpitale i szkoły w swoim regionie. On jednak nie chce o tym mówić, ani upubliczniać sprawy. Woli pozostać w cieniu. Jego charakter docenili mieszkańcy Egiptu, w którym mówi się o nim, niczym o bóstwie. Skalę jego fenomenu pokazały marcowe wybory prezydenckie. Salah, mimo że nie startował otrzymał aż milion głosów (głosowało 25 mln). To prawie pięć procent i nieoficjalnie (głosy oddane na piłkarza były uznane za nieważne) drugi wynik. Abdel fattah al-Sisi, który rządził w poprzedniej kadencji uzyskał 92 proc. poparcia i wygrał wybory, ale Salah wyprzedziłby m.in. lidera największej opozycyjnej partii.

 

Do Rusha mu jeszcze daleko

 

W historii Liverpoolu przewijało się wielu genialnych napastników. Począwszy od Rogera Hunta, przez Kenny'ego Dalglisha, Iana Rusha aż po czasy nam bliższe i Michaela Owena czy też później Fernando Torresa i Luisa Suareza. Pamiętać należy, że legendą klubu zostaje się przez lata lojalności wobec niego, oddanie, wierność barwom - to wszystko, zwłaszcza dla klubu z taką historią jak Liverpool jest niezwykle ważne.

 

Przy Anfield Road legendarnych piłkarzy się czci. Tak jest do dzisiaj z Rushem, który w klubie spędził łącznie 15 lat, strzelając 346 goli, co do dzisiaj i pewnie jeszcze długi czas będzie rekordem klubu. Ale podobnie ma się sprawa m.in. z Dalglishem czy też Owenem, nie mówiąc już o Stevenie Gerrardzie.

 

Salah jest wielki, ale jak na razie tylko w tym sezonie. Mało prawdopodobne, by "The Reds" zatrzymali u siebie Egipcjanina jeżeli zgłaszają się po niego takie potęgi jak Real Madryt, które bez problemu mogą wyłożyć ponad 100 milionów euro na transfer. Wiadomo, że skończyły się czasy piłkarzy przywiązanych na całe życie do jednego klubu. Epokę tę zamykali zawodnicy tacy jak Gerrard, Frank Lampard czy też choćby Francesco Totti. Dlatego też mało kto do legend klubu zaliczy Luisa Suareza, który był prawdziwą gwiazdą, ale nic większego z klubem nie osiągnął, koniec końców kusząc się ofertą Barcelony. Tak też może zakończyć się przygoda Salaha, ten jednak ma taką przewagę nad Urugwajczykiem, że może wygrać Ligę Mistrzów. Czy mu się uda czy nie, zapewne w Liverpoolu wielu lat nie spędzi.

 

Co może Faraon w starciu z bogami?

 

Salah oprócz triumfu w Lidze Mistrzów walczy o jeszcze jedno trofeum, które ewentualny triumf może mu bardzo przybliżyć. Chodzi oczywiście o "Złotą Piłkę", miano najlepszego piłkarza globu. Od 2008 roku to trofeum zawsze dzieliła między siebie dwójka obecnych "bogów futbolu". Hegemonia Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo trwa już dziesięć lat, w historii piłki takiej dominacji dwóch piłkarzy nie było nigdy. Dla Argentyńczyka ten sezon nie był jednak najbardziej udany, oczywiście to jedyny taki przypadek, że określenia "nieudany sezon" użyć można w kontekście człowieka, który zdobył "Złotego Buta", został mistrzem Hiszpanii i zdobył Puchar Króla. Te trofea w porównaniu z Ligą Mistrzów nie mają jednak większego znaczenia. Messi nadal błyszczał na murawie, zdobywał piękne bramki, grał swoje, ale w kluczowym momencie sezonu razem z całą drużyną przysnął i wypuścił awans do półfinału Ligi Mistrzów. Ronaldo jeśli chodzi o statystyki wypadł nieco gorzej, ale trzeci z rzędu triumf w Lidze Mistrzów zapewne przyćmiłby wszystkie liczby Egipcjanina i Argentyńczyka. Portugalczyk to cały czas wielka klasa i nikt nie może temu zaprzeczyć.

 

Ważnym aspektem w kontekście "Złotej Piłki" są oczywiście również mistrzostwa świata. Dla Messiego może to być jedna z ostatnich szans na triumf z reprezentacją, w której zawodzi nieco częściej niż w Barcelonie. Ronaldo po triumfie na Euro 2016 miałby zapewne chęć na podbicie mundialu. Zarówno Argentyna jak i Portugalia są w gronie faworytów, ale nie na pierwszych pozycjach. Częściej, wśród kandydatów do zwycięstwa pojawiają się Niemcy, Brazylijczycy, Francuzi czy też Hiszpanie. Jeśli chodzi o "czarnego konia" turnieju to tu nieraz wskazuje się Egipt. "Faraoni" mają dość łatwą grupę z Urugwajem, Rosją i Arabią Saudyjską, ale awans ich zespołu do 1/8 finału byłby lekką niespodzianką. Salah ma jednak tę przewagę, że w przeciwieństwie do Messiego i Ronaldo nic na mundialu nie musi. Wystarczy, że pokaże się z dobrej strony, co po takim sezonie nie będzie trudne.

 

Wracając jeszcze do wątku "Złotej Piłki", to warto zauważyć, że piłkarze z Afryki zazwyczaj mają dużo bardziej wyboistą drogę do jej zdobycia. Dotychczas, od 1956 roku, czyli od kiedy prowadzony jest plebiscyt tylko jeden reprezentant Afryki zdobył to trofeum. W 1995 roku był to George Weah pochodzący z pochłoniętej wojną domową Liberii. Wiadomo, że piłka staje się coraz bardziej popularna na tym kontynencie, ale zarówno Egipt jak i żadne inne państwo afrykańskie kolebką futbolu nie są. Co innego Europa czy też Ameryka Południowa.

 

Finał Ligi Mistrzów już 26 maja, wtedy też okaże się jak Salah sprawdza się w meczach o ogromną stawkę, jak wiadomo takiego jeszcze nie rozgrywał. Faworytem angielsko-hiszpańskiego starcia jest Real, ale Liverpool już nieraz pokazywał, że w takich meczach radzi sobie najlepiej. Jeśli chodzi o Salaha to szansę, że zostanie okrzyknięty legendą Liverpoolu są małe, ale jeśli poprowadzi zespół do triumfu, to bez wątpienia na stałe wpiszę się do kart historii klubu z Anfield.