Kulisy finału Ligi Mistrzów. Nowy hit, cynizm Ramosa i wsparcie dla Kariusa

Piłka nożna

Lecąc do Kijowa na finałowe spotkanie Ligi Mistrzów nie miałem wątpliwości kto jest zdecydowanym faworytem rywalizacji Real - Liverpool. Oczywiście Królewscy! Trzeci raz z rzędu zameldowali się w decydującej rozgrywce z czego dwa ostatnie finały wygrali. Olbrzymie doświadczenie i umiejętności piłkarskie poszczególnych piłkarzy Zinedine'a Zidane'a, niemal identyczna jak przed rokiem kadra i niepohamowany apetyt na kolejny puchar! W zasadzie wszystkie asy były po stronie Francuza.

Nijak to się miało do ekipy z miasta Beatlesów. Opartej na takich piłkarzach ja Andy Robertson, który jeszcze kilka lat temu rozdawał kanapki na stadionie Hampden Park w Glasgow! Ale serducho, które od lat bije na czerwono, w rytmie You’ll Never Walk Alone, podpowiadało, że przy fantazji Mo Salaha, szybkości Sadio Mane, sprycie Roberto Firmino, a przede wszystkim entuzjazmie Jurgena Kloppa, jest „realna” szansa pokonać hiszpańskiego hegemona. Bo Liverpool w tym sezonie Ligi Mistrzów był prawdziwym objawieniem. Powiewem świeżego ofensywnego powietrza, który ożywił tegoroczne rozrywki. Był jak pudełko czekoladek! Odpakowujesz kolejną bombonierkę i nigdy nie wiesz co tym razem cię spotka. Tak było w Sevilli kiedy do przerwy kapela Kloppa grała jak natchniona. Prowadziła 3:0 by zremisować 3:3!. Tak było w rywalizacji z Manchesterem City czy w obu meczach półfinałowych z Romą. I na taki kolejny horror z mnóstwem zwrotów akcji liczyłem w Kijowie. Marzyłem o powtórce ze Stambułu. Może nie z dogrywką i rzutami karnymi, ale kilkoma bramkami w regulaminowym czasie gry.

Do stolicy Ukrainy przyleciałem w czerwonej koszulce w sobotę przed południem. Atmosferę finału czuć było już w samolocie. Poodwoływane czartery z Liverpoolu do Kijowa sprawiły, że fani The Reds zmuszeni byli szukać innych połączeń. I spora grupa wybrała opcje lotu przez Warszawę, skąd w dniu meczu startowały aż trzy samoloty. Dlatego nasza maszyna była w połowie wypełniona rozśpiewanymi kibicami z Anfield Roud. Chwilami miałem wrażenie, że nowy hit "Allez, Allez, Allez!" był słyszalny nawet na zewnątrz samolotu. Obok mnie usiadł Gareth Lewis urodzony w Liverpoolu, od dziecka zakochany w klubie czerwonym ptakiem w herbie. Dziś prawie pięćdziesięcioletni facet ubrany w koszulkę i szalik z pamiętnego finałowego meczu z Milanem z 2005 roku. Tamto spotkanie oglądał na żywo i tak jak ja wierzył w kolejny wielki triumf The Reds. Po krótkiej sympatycznej rozmowie okazało się, że jest jednym z fanów naznaczonych wielką tragedią na Hillsborough w Sheffield. 15 kwietnia 1989 roku podczas półfinałowej rywalizacji Liverpoolu z Nottingham Forest w ramach Pucharu Anglii zginęło 96 kibiców The Reds a 760 zostało rannych. Mój towarzysz miał wówczas 19 lat. Stracił wówczas dwóch kolegów a najsłynniejszy hymn piłkarski świata czyli YNWA od tego momentu zyskał dla niego i pozostałych fanów zupełnie inny, emocjonalny wymiar. Wspominanie tamtych tragicznych wydarzeń nadal są dla Roberta niezwykle bolesne. Dlatego szybko zmieniliśmy temat skupiając się na zbliżającym finale. - Musimy szybko strzelić Realowi gola, najlepiej dwa! - prorokował. - Wolę, żeby oni gonili wynik a nie odwrotnie.

Wysiadając z samolotu wymieniliśmy się telefonami. Sądziłem, że raczej się już nie spotkamy. Jednak los sprawi, że idąc na stadion w wielkim czerwonym pochodzie wpadniemy na siebie jeszcze trzy razy! Zanim do tego doszło, udałem się do fan zony dla kibiców Liverpoolu. Kijów podzielono na dwie strefy - jedną dla fanów Realu, drugą dla tych w czerwonych trykotach. Punktem zbiórki był niewielki park w centrum miasta, w którym ustawiono scenę i zorganizowano namioty z jedzeniem i napojami. Głównie z piwem, choć większość zamiast stać w kolejkach donosiła skrzynkami jasny jęczmienny napój z okolicznych sklepów. I co mnie zaskoczyło, policjantom obecnym wokół zupełnie to nie przeszkadzało. Może dlatego, że atmosfera była bardzo przyjazna, wręcz rodzinna. W dodatku ze sceny sączyły się najsłynniejsze kawałki The Beatles kapitalnie wkomponowując się w to przedmeczowe święto. Wśród śpiewajacych oczywiście mnóstwo naszych fanów The Reds, którzy dotarli tu z całej Polski jak nasz kraj jak długi i szeroki. Od Jody ze Szczecina przez Otiego z Rybnika, Lewika z Warszawy, Karasia spod Poznania czy Maćka z Głowna, który od kilku lat nie opuścił żadnego ligowego meczu na Anfield Road. W Kijowie musieli być, bo kibicują Liverpoolowi od wielu lat i na niejednym pucharowym wyjeździe już byli.

 


Kiedy nadszedł czas wymarszu na stadion, który oddalony był o dwa kilometry, kibice zaintonowali "Allez, Allez, Allez!" Ta przyśpiewka towarzyszyła nam przez całą drogę. Nawet kiedy na moment zatrzymaliśmy się przy jakimś pubie, nowy hit jak zwykle rozśpiewanych angielskich fanów wciąż dudnił w moich uszach. Po raz pierwszy "Allez, Allez, Allez!" kibice Liverpoolu nieśmiało zanucili podczas wyjazdowego spotkania z FC Porto w obecnej edycji Ligi Mistrzów. Mała grupka młodych chłopaków śpiewała ją przed meczem w jednym z autokarów. A że melodia szybko wpada w ucho a tekst jest równie łatwy do zapamiętania aklimatyzacja nowej piosenki na trybunach przebiegła błyskawicznie. Oczywiście w kolejnych tygodniach zadziałała siła mediów społecznościowych. Zamieszczane filmiki z "Allez, Allez, Allez!" sprawiły, że nowa przyśpiewka w oka mgnieniu stała się prawdziwym hitem na długiej liście przebojów fanów The Reds. Jej popularność rosła w tempie przebojów słynnych „Beatlesów”. Swoje apogeum osiągnęła po meczu z Newcastle w marcu bieżącego roku. Chwile później miała swoją premierę na słynnej trybunie The Kop i od rewanżowego meczu z FC Porto jest zdecydowanie najpopularniejszą piosenką wśród fanów Liverpoolu. Dziś "Allez, Allez, Allez!" znają obowiązkowo wszyscy fani The Reds:

"We've conquered all of Europe,
"We're never gonna stop,
"From Paris down to Turkey,
"We've won the f***ing lot,
"Bob Paisley and Bill Shankly,
"The fields of Anfield Road,
"We are loyal supporters,
"And we come from Liverpool,
"Allez, allez, allez."

Praktycznie każda niesamowita przygoda Liverpoolu w europejskich pucharach przynosiła za sobą jakiś przebój. W 2005 roku był Ring of Fire. W 2007 - Oh Campione! W 2016 - Three Little Birds. A w tym roku królowało "Allez, Allez, Allez!"

O jego sile boleśnie przekonali się fani Manchesteru City, kiedy kapela Jurgena Kloppa wygrała ćwierćfinałowy rewanżowy mecz w Lidze Mistrzów. Nie dość, że piłkarze Pepa Guardioli odpadli z dalszej rywalizacji, to przez 90 minut musieli wsłuchiwać się w rytm Allez! A ten narastał z każdym kolejnym golem strzelanym przez Salaha i spółkę. Byłem wówczas w sektorze zajmowanym przez fanów LFC. I jestem pewien, że po końcowym gwizdku kibice The Citizens długo nie mogli wyrzucić z głowy nowego numeru jeden na top liście przyjezdnych. Podobnie było podczas rywalizacji z Romą i oczywiście w trakcie kijowskiego finału.

 



Przed meczem udało mi się chwilę porozmawiać z Jerzym Dudkiem, który był ekspertem kolegów z C+. „Dżerzi” jak mawiają na niego fani The Reds, przyleciał dzień wcześniej żeby zagrać w meczu legend Champions League. - Myślę, że Liverpool wygra 4:1 - zaskoczył mnie swoim optymizmem. - Nie są faworytem ale personalnie mają lepszy zespół od mojego, kiedy wygraliśmy w Stambule.

 



Na płycie boiska aż roiło się od byłych gwiazd LFC. Phil Thomson, Jamie Carragher, Robbie Fowler, Steve McManaman czy Steven Gerrard - wszyscy pracowali dla brytyjskich telewizji.

Finał rozpoczął się zgodnie z moimi przewidywaniami. Liverpool niesiony niesamowitym dopingiem rzucił się do gardła utytułowanemu rywalowi. Zepchnął Real na swoja połowę i zaciekle atakował. Piłkarze Zidane'a przyczajeni za podwójną gardą czekali na możliwość wyprowadzenia szybkiej kontry. Jednak niemal za każdym razem kiedy gracze Liverpoolu tracili piłkę momentalnie ją odzyskiwali. Był doskok, asekuracja, czytanie gry rywala. Raz urwał się Ronaldo i uderzając z ostrego kąta minimalnie chybił. Jak się później okaże to nie będzie jego wieczór. W odpowiedzi zakotłowało się pod bramką Navasa, który jakimś cudem obronił strzał Alexndra Arnolda. Kiedy bramka dla The Reds wisiała w powietrzu w pojedynku ramię w ramię Salaha na murawę przewrócił Ramos. Kapitan Królewskich założył Egipcjaninowi klasyczną dźwignię. I zrobił to w taki sposób, że sędzia Mazić nie dopatrzył się żadnego przewinienia. Salah leżał a cały sektor fanów The Reds najgłośniej jak się dało krzyczał: "Mo Salah, Mo Salah, Mo Salah!"

Po interwencji lekarskiej Egipcjanin wrócił na murawę. Ale za chwile z płaczem ją opuścił. Przy upadku uszkodził bark. Była 30 minuta meczu. Liverpool stracił swój talizman, genialnego piłkarza, a obraz gry uległ diametralnej zmianie. Zawodnicy Realu stracili poczucie zagrożenia, zaczęli przejmować inicjatywę i dominować w posiadaniu piłki. Piłkarze Kloppa stanęli. Byli w szoku. Lallana nie był w stanie wypełnić luki po Salahu. Te kilkanaście minut pierwszej połowy pokazały jak bardzo drużyna z Anfield uzależniona jest od króla Egiptu. Do przerwy gole nie padły. A co było potem, wszyscy chyba doskonale pamiętamy...

Koszmarny błąd Lorisa Kariusa wykorzystał Karim Benzema. Wprawdzie nadzieje na szczęśliwy koniec szybko rozbudził Sadio Mane, ale równie szybko genialnym strzałem zgasił je Gareth Bale. Niechciany w Realu piłkarz uderzył fantastycznie, nie do obrony. Liverpool próbował jeszcze walczyć. Jednak gracze Kloppa pozbawieni geniuszu Salaha nie byli w stanie odwrócić losów tej rywalizacji. Real był już w transie. W końcu heroiczny wysiłek swoich kolegów, którzy nieustannie biegali za piłka ostatecznie zniweczył Karius zaliczając kolejną wpadkę po strzale Bale'a. W pewnym sensie historia ze Stambułu zatoczyła koło. Bo znów bohaterem finału był bramkarz Liverpoolu. Niestety tym razem tragicznym! Młody Niemiec, na którego odważnie w trakcie sezonu postawił jego rodak Klopp był zdruzgotany. Jak wszyscy fani The Reds. Ale wtedy z czerwonej trybuny popłynęło You’ll Never Walk Alone! Rozczarowani porażką kibice wsparli Kariusa. Na moment zapomnieli o upragnionym szóstym pucharze Champions League i szli ramię w ramię ze swoim bramkarzem.

Od razu przypomniała mi się historia z Jurkiem Dudkiem, kiedy zaliczył dwa koszmarne błędy i to w meczu z największym rywalem, odwiecznym wrogiem Manchesterem United. W roli Bale'a wystąpił wówczas Diego Forlan. Liverpool przegrał na Anfield a Dudek był sprawcą całego nieszczęścia. Ale za trzy dni Polak znów stanął miedzy słupkami The Reds. Ówczesny trener Gerard Houllier uznał, że nie może Dudka odtrącić. Wręcz przeciwnie. Wystawiając go w kolejnym meczu okazał mu olbrzymie wsparcie. Kibice zrozumieli przekaz i kiedy Dudek wybiegł na rozgrzewkę z trybun usłyszał You’ll Never Walk Alone! To było specjalnie dla niego. Liverpool wygrał tamto spotkanie a w Stambule Jurek odwdzięczył się w najlepszy z możliwych sposobów.

„Nie ma takiego drugiego klubu w Europie z takim hymnem i z tak wyjątkową więzią łączącą go z kibicami - wspominał przed laty tamten finał legendarny Johan Cruyff. - Siedziałem na stadionie a fani Liverpoolu spowodowali, że miałem prawdziwe dreszcze. 40 tysięcy ludzi zamieniło się w niepowtarzalna siłę wspierającą swój zespół. Niewiele drużyn może liczyć na takie wsparcie. Przez to jeszcze bardziej podziwiam ten klub!


W Kijowie podobne wsparcie otrzymał Karius. Jak potoczą się dalej jego losy trudno przewidzieć. Dużo będzie zależało do jego psychiki, radzenia sobie z niepowodzeniem, presją. A przed Realem biję pokłony. Myślę, że tego, czego dokonali gracze Królewskich, długo nikt albo nigdy nie powtórzy. Bo wygrać trzy razy z rzędu finał Ligi Mistrzów to coś absolutnie galaktycznego.

Niestety ma ogromny żal do Sergio Ramosa, który w mojej opinii faulując Salaha, zagrał nie fair. Po prostu zabił ten finał! Radość jaką czerpali chyba wszyscy kibice piłki oczekując na starcie Salaha z Ronaldo i zastanawiając się, który z nich będzie bogiem Kijowa. Ale królem wieczoru okazał się Bale. I to co po meczu zrobił, a właściwie powiedział Cristiano pozostawię bez komentarza. Natomiast o zachowaniu Ramosa już w hotelu długo dyskutowałem z kolegami po fachu z Rafałem Wolskim i Grzegorzem Mielcarskim, którzy komentowali to spotkanie oraz Żelkiem Żyżyńskim, który z kolei pracował na murawie. I w jednym aspekcie byliśmy zgodni. Ramos zrobił to z premedytacją, ale bardzo cwanie. Chciał pokazać Salahowi, że to on, Sergio, stoi na jego drodze. Jak mówią piłkarze „zameldował się” piłkarzowi Liverpoolu przy najlepszej nadarzającej się okazji. Nie mógł oczywiście przewidzieć, że to starcie zakończy się dla Egipcjanina tak tragicznie. Ale to jak zachował się później, świadczy o jego wielkim cynizmie. Bo kamery doskonale wychwyciły moment, kiedy Salah zapłakany opuszczał a Ramos uśmiechnięty od ucha do ucha dyskutował właśnie z bocznym arbitrem.

- Może to jest wielki piłkarz ale też boiskowy chuligan - wściekał się po meczu Carragher. - Przecież w drugiej połowie uderzył łokciem Kariusa i tego też sędzia nie zauważył. Gdybym ja lub Gerrard był dziś na murawie to gwarantuje Tobie, że Ramos nie dotrwał by do końca meczu. Trochę tego charakteru mi dziś zabrakło ze strony piłkarzy Liverpoolu.

 


Znając Jamiego pewnie by tak było. Ale on był pierwszym, który po gwizdku pocieszał załamanego Kariusa. Może kiedyś Niemiec, jak Dudek zrewanżuje się za ten kuriozalny występ. Zobaczymy. Ja czekam już na kolejny sezon. A że prawa na następne trzy lata Ligi Mistrzów i Ligi Europy nabyła moja stacja Polsat Sport, mam nadzieję przyjechać na Anfield Road w nieco innej roli - roli komentatora. I wierzę, że będzie mi to dane przeżyć. Bo jak mawiał legendarny Roy Evans: "Anfield bez europejskich pucharów jest jak bankiet bez wina!”. Tak więc do usłyszenia i Allez, Allez, Allez!

Z Kijowa Marcin Feddek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze