Zgodnie z wolą najbliższej rodziny, Hajzer pozostał u podnóża góry. Pochówku dokonał Marcin Kaczkan, który wraz z nim się wspinał. 7 lipca obaj wyszli z obozu trzeciego (7150 m) z zamiarem zdobycia szczytu. Na wysokości 7600 m, z powodu silnego wiatru, przerwali atak, zawrócili do "trójki" i kierowali się do obozu drugiego tzw. kuluarem japońskim.

"Zaczęliśmy schodzić. Ja pierwszy. Artur za mną. W pewnym momencie zauważyłem, że - z niewiadomych przyczyn - Artur nie schodzi, tylko po prostu leci. Spadł około 500 metrów do podstawy ściany. Jak najszybciej ruszyłem na dół. Niestety, już nie żył" - wspomniał 43-letni Kaczkan, pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej, uczestnik tegorocznej narodowej wyprawy na niezdobyty zimą szczyt K2 (8611 m).

Obaj mieli ambitny, prekursorski cel. Zamierzali zdobyć Gaszerbrum I, a po nim Gaszerbrum II (8035 m). Do 2013 roku nie dokonano w jednym sezonie pełnego trawersu masywów ze szczytu na szczyt łączącą je granią przez przełęcz Gaszerbrum Col (6400 m).

Hajzer z wykształcenia był kulturoznawcą. Ukończył Uniwersytet Śląski w Katowicach. Wspinanie rozpoczął w roku 1976 od Tatr. W Alpach przeszedł kilka trudnych dróg w masywie Mont Blanc, m.in. na Petit Dru i Mont Blanc du Tacul.

W górach wysokich zadebiutował w 1982 roku wspinaczką na szczyt Gaurishanka-Go w Himalajach (6126 m). W kolejnym roku zdobył Tiricz Mir, najwyższy wierzchołek Hindukuszu (7706 m). Wspólnie z Wielickim trzykrotnie szturmował południową ścianę Lhotse.

Gdy wiosną 1989 roku podczas wyprawy na Everest, na przełęczy Lho La, rozegrała się największa tragedia w historii polskiego himalaizmu, to właśnie 27-letni wówczas Hajzer zorganizował akcję ratunkową, która do dziś uznawana jest za najbardziej heroiczną, jaką kiedykolwiek przeprowadzono w górach.

Wiadomość o śmierci w lawinie piątki polskich alpinistów (Andrzej "Zyga" Heinrich, Mirosław "Falco" Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Wacław Otręba, Eugeniusz Chrobak) i oczekującym samotnie na pomoc Andrzeju Marciniaku zastała go w Katmandu. Natychmiast zajął się organizacją akcji, która była niezwykle utrudniona. Wiązała się z przekroczeniem granicy Chin, a sytuacja polityczna była napięta – w tym czasie w Pekinie rozgrywały się wielkie demonstracje, które zakończyły się masakrą na placu Tienanmen.

Ratunek dla Marciniaka przyszedł jednak w porę – do poturbowanego i oślepionego alpinisty dotarli: Hajzer, dwaj Nowozelandczycy i dwaj Nepalczycy. Za tę bezprecedensową akcję pochodzący z Zielonej Góry Hajzer otrzymał nagrodę Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Znany pod taternickim pseudonimem "Słoń" był najmłodszym spośród tych, którzy odnosili wielkie sukcesy w złotej erze polskiego himalaizmu. Koledzy cenili go za upór, determinację i za to, że umiał załatwić wszystko.

"Kiedy pojechałem z Arturem zdobywać Lhotse, wiedziałem już, że w dwa miesiące nauczę się od niego tyle, ile sam uczyłbym się przez 20 lat" - podkreślił Artur Małek, pierwszy z zimowych zdobywców Broad Peak (5 marca 2013).

Największe boje Hajzer toczył na południowej ścianie Lhotse (8516 m). Ściany nie udało się zdobyć, do tego zabrała ona dwóch jego bliskich przyjaciół - Rafała Chołdę i Jerzego Kukuczkę.

W 2012 roku, będąc kierownikiem wyprawy na Lhotse, w pewnym momencie w drodze na szczyt został sam. Młodzi nie dali rady.

"Rzeczywiście, w górach wysokich jako tako wypadam na tle młodych. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym był najsłabszy, trzymam się peletonu. To wynika z tego, że przeżywam kryzys wieku średniego, a żona nie zgodziła się na... kochankę, ale zgodziła się na góry. Bardzo dużo czasu poświęcam na przygotowanie się do wypraw i na trening, taki jakiego nigdy w życiu wcześniej nie stosowałem. Gdy byłem młody, byłem silny w sposób naturalny. Ale w obecnym wieku muszę w to już włożyć bardzo dużo pracy" - mówił w jednym z wywiadów.

Artur Hajzer przeżył dwa poważne wypadki górskie. W 2005 roku podczas wyprawy na Broad Peak (8051 m) złamał nogę, a zimą 2008 roku spadł z lawiną w masywie Ciemniaka w Tatrach Zachodnich. Trzeci wypadek w 2013 roku okazał się, niestety, śmiertelny.

Wydawało się, że na niego nie ma mocnych. Była jednak jedna dziedzina, w której nie krył swoich słabości. Gdy czyta się jego relacje z "Jak pokonałem maraton", ma się wrażenie, że miejscami to maraton był bliższy pokonania "Słonia".

"Pomny deprymujących doświadczeń z półmaratonu, gdzie wszyscy od początku do końca mnie wyprzedzali - ustawiłem się tym razem z tyłu. Wahałem się, czy ustawić się przy zającach/balonikach na 4h czy też nie przesadzać i ustawić się na 4.30. Marzyło mi się powalczenie o złamanie 4 h, nie chciałem być ciemięgą na 4.30. Gdy do mety zostało 2 195 m, minęło 4.40. Ostatecznie uzyskałem 4.53" - wyjawił, opisując poznański bieg.

Od 2013 roku w wielu miejscowościach organizowane są biegi dla "Słonia" na dystansie ok. siedmiu kilometrów, przypominające o siedmiu ośmiotysięcznikach, na których stanął Hajzer.