Do tych ostatnich niezwykłych kategorii zaliczam mundialową karierę drużyny Stanisława Czerczesowa. Sobotni, zacięty i emocjonujący bój Sbornej z Chorwacją przekonał mnie ostatecznie, że w Rosji zmarnowaliśmy niezwykłą szansę na dobry wynik, i co najgorsze - dobre wspomnienie o naszej drużynie. Nie mamy ani jednego, ani drugiego, a jeśli ktoś w świecie, cokolwiek wspomina o grze polskiego zespołu, to te nieszczęsne i wstydliwe ostatnie minuty meczu z Japonią.

 

Tymczasem, przed mundialem, na papierze, mieliśmy przewagi nad drużyną gospodarzy prawie w każdym elemencie. Mieliśmy prawdziwą międzynarodową gwiazdę Roberta Lewandowskiego, doświadczoną, nie tylko ćwierćfinałem ME zgraną drużynę i utalentowanych młodych z Piotrem Zielińskim na czele. Mundial w Rosji to miał być ich czas a wyszła kompletna kicha. Czerczesow miał zupełnie inny problem: kompletny brak wybitnych indywidualności, zespół nieograny w meczach o wysoka stawkę i do tego wielką, polityczną presję wyniku. I o dziwo, po starannej selekcji, wydobył z tej przeciętnej - teoretycznie- drużyny 200 procent mocy. Nie spodziewali się tego Hiszpanie, nie spodziewali Chorwaci. Ba, myślę że sami Rosjanie też są zaskoczeni, że zabrakło im ledwie jednego, trafionego karnego, żeby grać w półfinale Mundialu. Dzisiaj jednak, oprócz wielkiego żalu, na pewno czują wielką dumę z postawy drużyny Czerczesowa.

 

Może dlatego teraz podwójnie zgrzytamy zębami, bo jeszcze raz okazało się, że w tym cudownym, nieobliczalnym futbolu nie wystarczy lepiej dryblować, być szybszym i skoczniejszym, żeby wygrać. Żeby pokonać przeciwnika trzeba jeszcze w grę włożyć wszystko, co się ma dobrego w sercu i w głowie. A jak w głowie ma się to, co specyficznie egzotyczny w swoim ekshibicjonizmie, wakacyjny  Grzegorz Krychowiak , to czego wymagać od takiego „piłkarza” na boisku. Nie miał łatwego życia ze swoimi „Krychowiakami” Adam Nawałka i może dlatego poległ na całej, mundialowej linii.

 

Tak czy siak, mundialowy kac powoli nam przechodzi, ale w drugiej naszej ukochanej dyscyplinie – siatkówce nie dzieje się lepiej. Vital Heynen, belgijski trener naszej reprezentacji, korzysta ponad miarę ze swobód jakie otrzymał od Zarządu PZPS. Nie wiedzieć dlaczego, w cieniu piłkarskiego mundialu, eksperymentuje z kadrowiczami w skali dotychczas niespotykanej. W czasie piętnastu meczów Ligi Narodów wypróbował 23! (słownie: dwudziestu trzech) zawodników, nie zbliżając się ani na krok do jakiejkolwiek pozytywnej selekcji. Co gorsza uznał, że mecze w prestiżowym Final Six LN mają dla niego takie samo znaczenie szkoleniowe, jak wiosenne sparingi z Kanadą. Doprowadził do takich nonsensów w składzie na mecze z Rosją i USA, że trudno szukać w jego działaniach jakiejkolwiek racjonalnej myśli.

 

Na samym szczycie jego „roztropności”, można umieścić niewystawienie na mecz z Amerykanami Bartosza Kurka, który po dziewięciu latach posuchy w końcu zaczął grać dobrze. I to wszystko w pogardzie dla poczucia wartości samych zawodników i ambicji kibiców, i co najgorsze - pod werbalnym parasolem prezesa PZPS Jacka Kasprzyka. Heynen jest bardzo daleko od Czerczesowa, daleko od Nawałki, za to bardzo blisko dawnego trenera polskich piłkarzy – Wojciecha Łazarka. Łazarek jeśli z czegokolwiek zasłynął w czasie swojej selekcjonerskiej kadencji, to nie tylko z kompromitującego remisu z Cyprem w Gdańsku, ale przede wszystkim w szalonej koncepcji wypróbowania w kadrze maksymalnej ilości piłkarzy.  W sumie było ich 64! Heynen idzie tą samą drogą. Tylko po co? Nie lepiej brać przykład z Czerczesowa?