25 letnia dziewczyna z andaluzyjskiej Huelvy jest zjawiskiem niezwykłym. Jako pierwsza zdobyła trzeci tytuł mistrzyni świata, ma też olimpijskie złoto wywalczone w Rio de Janeiro i cztery tytuły mistrzyni Europy. Wcześniej tylko trzy zawodniczki dwukrotnie wygrywały mistrzostwa świata i były to badmintonistki o skośnych oczach.
 
W Nankinie, starej stolicy Chin, Marin była jedyną spoza Azji  na podium. Zabrakło na nim znakomitych Duńczyków, którzy od lat rządzą przecież nie tylko w europejskim badmintonie. Mistrzostwa były tym razem swoistym meczem Chiny – Japonia, zakończonym nieznacznym zwycięstwem gospodarzy, którzy zdobyli osiem medali, w tym dwa złote i dwa srebrne. W trwających prawie siedem godzin finałach pokazywanym tak jak całe mistrzostwa na sportowych antenach Polsatu, dwukrotnie grano hymn chiński i japoński, oraz raz hiszpański dla niesamowitej Caroliny Marin, która rozbiła Hinduskę Pusarlę Sindhu w dwóch setach. Tą samą, dziś 23 letnią Sindhu, która walczyła z nią twardo trzy sety w finale igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro.
 
Klęskę na tych mistrzostwach ponieśli Koreańczycy, niegdyś wielcy mistrzowie gier podwójnych. Brak nawet jednego przedstawiciela Korei Płd w ćwierćfinałach jest wprost niewyobrażalny. Ale tak to jest, gdy największy koreański autorytet, najbardziej utytułowany mistrz gier podwójnych Park  Joo-bong uczy wygrywania Japończyków.
 
Japonia zdobyła w Nankinie sześć medali (2-2-2) i przegrała klasyfikację drużynową jedynie z Chinami. Ale w deblu żeńskim wprowadziła trzy swoje pary na podium, rozgrywając japoński finał, męskich par grających na światowym poziomie też mają kilka. Mają też fenomenalnego Kento Momotę (nie boję się użyć tego słowa), który wygrał turniej w Nankinie w wielkim stylu.
 
Broniącego tytułu Duńczyka Victora Axelsena zabrakło na podium, z dwójki legendarnych Chińczyków (Lin Dan, Chen Long) tylko ten drugi dotarł do strefy medalowej  przegrywając gładko ze znacznie młodszym Shi Yu Qi. Ten z kolei nie znalazł recepty na niespełna 24 letniego Momotę.
 
A przecież tak niewiele brakowało, by talent Momoty się zmarnował. W kwietniu 2016 roku, gdy był już gwiazdą światowego badmintona został ukarany półtoraroczną dyskwalifikację za swoje wizyty w nielegalnych japońskich kasynach należących do przestępczej Yakuzy. Groziło mu więzienie, skończyło się na dyskwalifikacji, która uniemożliwiła mu występ na igrzyskach w Rio i ubiegłorocznych MŚ w Glasgow. Karę odcierpiał i wrócił jeszcze mocniejszy. W Nankinie grał genialnie, w finale nieco młodszego Chińczyka Shi zabrał po prostu do badmintonowej szkoły.
 
Złośliwi oczywiście mogą powiedzieć, że kto wie jak zakończyłyby się te mistrzostwa, gdyby wziął w nich udział znakomity Malezyjczyk  Lee Chong Wei, który jak nikt inny potrafi grać z Japończykiem. Trzykrotny wicemistrz olimpijski i czterokrotny wicemistrz świata, człowiek który swego czasu przez 199 tygodni był nr 1 światowego rankingu, zrezygnował jednak z występu w tych mistrzostwach z powodów zdrowotnych. Ale myślę, że i on z Momotą, by nie wygrał. Z roku na rok jest starszy, ma już 35 lat.
 
Na pytanie, która z finałowych gier była najciekawsza odpowiedź jest prosta: męski debel. Dwie chińskie wieże, 23 letni Li Junhui i Liu Yuchen, mierzący odpowiednio 195 i 193 cm, to prawdziwy „Chiński Mur”, trudny do sforsowania. Próbowali tego dokonać dwaj badmintonowi wojownicy Ninja, czyli  wąsaty Keigo Sonda (169 cm) i Takeshi Kamura (168 cm). 28 letni, niscy, ale walczący do ostatniego tchu, jak o życie. A jednak przegrali, i to w dwóch setach, choć w pewnym momencie wydawało się, że trzecia partia jest już nieunikniona.
 
Ale co do tego, kto był największą gwiazdą nie mam wątpliwości: myślę że nie tylko dla mnie była nią Carolina Marin. I to nie tylko dlatego, że jako pierwsza kobieta sięgnęła po trzeci tytuł mistrzyni świata w grze pojedynczej (wśród mężczyzn Lin Dan zdobył pięć tytułów), ale w głównej mierze dlatego, że pokazała całemu światu, że nie ma rzeczy niemożliwych. No bo jak inaczej nazwać jej karierę. Pochodzi z kraju bez żadnych badmintonowych tradycji, a wygrywa ze wszystkimi. W Nankinie tylko ona na podium, biorąc pod uwagę wszystkie konkurencje) była spoza Azji. Sama w pojedynkę wygrała z zawodniczkami z krajów, gdzie najlepsi badmintoniści mają boski status, po raz kolejny pokonała znakomitą Sindhu. W starej stolicy Chin na najwyższym stopniu podium miała stanąć przecież piękna Chinka z Tajwanu, Tai Tzu -ying , a wygrała ognista Andaluzyjka, choć przecież nie był to festiwal tańców flamenco tylko trudna, techniczna gra zwana badmintonem, o której przeciętny Hiszpan właśnie dzięki niej wie ostatnio coraz więcej. I chociażby dlatego jej kariera jest niezwykła, bo jest też drogowskazem dla tych wszystkich, którzy chcieliby pójść podobną drogą.