Holder: Wierzę, że warto pomagać

Żużel
Holder: Wierzę, że warto pomagać
fot. Cyfrasport

Promieniał ze szczęścia, gdy w 2009 roku stał na podium Grand Prix Challenge w Coventry. Uświadomił sobie wtedy, że warto było przemierzać promem dystans pomiędzy stałym lądem a Isle of Wight. 45 minut rejsu przez cieśninę Solent… Chris mógł przez moment poczuć się jak Rzymianin, który dopływał do brzegów Albionu.

Rzut oka na przecudne formacje skalne The Needles, bo Isle of Wight potrafi zauroczyć. Można w okamgnieniu zakochać się w królewskiej rezydencji Osborne House, ogrodzie botanicznym w Ventnor i muzeum dinozaurów. Warto przypomnieć sobie rok 1970, kiedy na festiwal muzyczny na Isle of Wight przybyło 600 tysięcy fanów dobrej nuty, a na scenie pojawili się Jimi Hendrix, The Who, Procol Harum, Miles Davis i The Doors. The Who zagrali wtedy nieśmiertelny numer „Another tricky day” … Wypada jeszcze odurzyć się czosnkiem w fenomenalnej The Garlic Farm (smakuje równie porywająco jak pojedynek Holdera z Sajfutdinowem podczas GP w Cardiff’2012), a potem pościgać się na 385 metrowym torze. Chris Holder sięgnął pamięcią do czasów, kiedy wraz z Krzysztofem Stojanowskim, Jasonem Bunyanem, Glenem Philipsem, Corym Gathercolem, Chrisem Johnsonem i Andrew Barghem zdobywali punkty dla ekipy prowadzonej przez Martina Newnhmana. Słynne play – offy Premier League w 2007 roku kiedy Isle of Wight Islanders walczyło z Rye House Rockets.

 

2 października 2007 roku w pierwszym meczu półfinałowym Isle of Wight prowadziło po 14 wyścigach 45 – 39. Holder i Stojanowski byli najlepszymi zawodnikami ekipy gospodarzy. Menedżer wstawił ich do ostatniego wyścigu i ku osłupieniu widzów Stefan Ekberg i Steve Boxall przywieźli Holdera i Stojanowskiego na 5 – 1. Mecz zakończył się nikłym zwycięstwem Islanders: 46 – 44. W rewanżu Holder błyszczał, zdobył 12 oczek w 5 startach, wygrał 4 wyścigi, raz leżał, ale chłopcy Lena Silvera: Tai Woffinden, Chris Neath, Adam Roynon i Tommy Allen rozbili ekipę Isle of Wight 61 – 29. Trudno, ważne, że w barwach Isle of Wight Holder zbierał doświadczenie. Dwa sezony spędzone na Isle of Wight (2006 – 2007) były bezcenne. W 2007 roku Chris Holder i Jason Bunyan zdobyli mistrzostwo Par Premier League. Pięć lat później Holder został indywidualnym mistrzem świata…

 

W służbie Piratom

 

Z Isle of Wight droga wiodła już do Poole, co było niejako naturalną konsekwencją ścieżki rozwoju. Kiedy Chris Holder miał 9 lat, otrzymał plastron piratów z Poole. Taki sam plastron dostał również starszy brat Chrisa – James, bo Craig Boyce (brązowy medalista IMŚ’94 w Vojens), człowiek, który podarował plastrony, nie chciał, aby rodzeństwo się poróżniło. Jak jeden chłopak dostał plastron, to i drugi nie mógł być gorszy. Chłopcy z żalem rozstawali się z plastronami, kiedy trzeba było pójść w kimono… Craig Boyce, najskuteczniejszy żużlowiec w historii Poole Pirates, zawodnik, który zdobył dla piratów 4498 punktów, to przyjaciel domu Holderów. Jak mawia Chris: „mam chyba 20 000 autografów Craiga Boyce’a, dlatego gdy dziś widzę młodych fanów speedwaya, staram się zadbać o to, aby nikt nie poczuł się urażony, chcę spełniać każdą prośbę o autograf.” Przyjacielem domu Holderów jest również Mick Poole, który uległ poważnemu wypadkowi na długim torze w Wagga Wagga, a następnie pożyczył Chrisowi Holderowi motocykl. Na sprzęcie Micka Poole’a, Chris wygrał mistrzostwa Australii do lat 21 w 2005 roku rozegrane na torze w Tamworth. To był przełomowy moment. Australijska federacja motocyklowa opłaciła przelot Holdera na Wyspy Brytyjskie, a Mick Poole i Jason Crump pomogli Holderowi podczas pierwszych ślizgów w Anglii. Mick zaaranżował bazę u rodziny Warrenów w Whittlesey, więc Chris nie musiał martwić się o wikt i opierunek. 9 marca 2008 roku Holder zdobył 10 punktów i zajął 6 miejsce w jubileuszowym turnieju z okazji 60 – lecia żużla w Poole. Zawody rozgrywane pod szumnym hasłem reklamowym „60 lat w 60 sekund z nagrodą 60 000 funtów” wygrał Nicki Pedersen. W tymże 2008 roku Holder sięgnął po tytuł drużynowego mistrza Anglii z Poole Pirates. W złotej drużynie Poole jeździł wówczas m.in. Szwed Magnus Zetterstroem, który w 2009 roku jako jedyny pokonał Holdera w GP Challenge. „18 września 2009 roku zmieniło się moje życie. Wiedziałem, że GP Challenge w Coventry to najważniejsze zawody w sezonie 2009. Zdobyłem 14 punktów, choć byłem trochę rozczarowany, że przegrałem wyścig dodatkowy z Zorro. Toczyłem z nim wiele zaciętych pojedynków w Premier League. Kapelusze z głów przed Zorro, bo nikt nie wierzył w jego awans, a on przyjechał do Coventry i wygrał GP Challenge. Miałem silnik specjalnie przygotowany przez Petera Johnsa, Boycey pomagał mi w parku maszyn. Chcę być ośmy w 2010 roku w Grand Prix, bo nie zamierzam już przechodzić przez katusze eliminacji! Fascynujące, że będę mógł ścigać się z moim idolem i człowiekiem, który bardzo mi pomógł: Jasonem Crumpem” – mówił Holder po zawodach w Coventry. Plan wypełnił, bo zarówno w 2010 jak i w 2011 roku zajął ósme miejsce w cyklu Grand Prix.

 

Nie należy dziwić się, że Holder pragnął uniknąć koszmarnych eliminacji, bo 21 czerwca 2008 roku we włoskim Lonigo zmagał się z potwornym pechem. Rundę kwalifikacyjną wygrał wówczas rodak Holdera, Ryan Sullivan (14+3, wyścig dodatkowy „Saletra” wygrał z Matejem Ferjanem). A Chris, choć należał do faworytów do awansu do półfinału, zdobył zaledwie 5 oczek. Dwa razy sprzęt odmówił mu posłuszeństwa, raz został wykluczony. Włoski dramat, który wzmocnił mentalnie Chrisa, bo Australijczyk jeszcze bardziej zakasał rękawy i zaczął pracować ze wszystkich sił, aby wywalczyć awans do cyklu GP. W Coventry w 2009 roku Holder dopiął swego.

 

Wrocław, mozolna wspinaczka po szczeblach kariery, cierpliwość, uważne wsłuchiwanie się w rady Jasona Crumpa i Marka Cieślaka, a potem stopniowy rozkwit w Toruniu. Chris Holder wydaje się podążać za maksymą rzymskiego filozofa, Epikteta z Hierapolis, który przed wiekami rzekł: „Jest tylko jeden sposób, aby osiągnąć szczęście: nie przejmować się tym, na co nie mamy wpływu”.

 

Holder wykonał gigantyczną pracę w sezonie 2012. Zdobył czwarty tytuł mistrza Australii, przyleciał do Europy,pojeździł na desce snowboardowej w Alpach, wystartował w Anglii, zdobył Elite Shield z Poole, po czym wsiadł w samolot, wrócił na półkulę południową, wystartował w GP Nowej Zelandii, cieszył się narodzinami syna Maxa, wrócił do Europy, odbudował się wygraną w Cardiff, zgarnął 23 oczka, nabrał wiatru w żagle i wytrzymał presję oczekiwań w Toruniu. Tata Mick i mama Karen byli wzruszeni na MotoArenie…

 

W rocznicę śmierci Neila Streeta

    

- Chris, dla mnie 6 października 2012 roku pozostanie bardzo sentymentalną, a zarazem mistyczną datą. To pierwsza rocznica śmierci dziadka Neila Streeta, genialnego człowieka, który wniósł wiele pozytywów do australijskiego i światowego żużla. Włóczyliśmy się z Neilem po australijskich bezdrożach, odwiedzaliśmy rozmaite żużlowe tory, Streetie przekazywał swoją wiedzę młodym adeptom, a przy okazji często mówił mi: „spójrz na Chrisa Holdera, on czuje motocykl. Gdy nabędzie doświadczenia, wdrapie się na szczyt żużlowej piramidy. Zabierze mu to kilka lat, ale będzie zawodnikiem bijącym się o mistrzostwo świata”. Nie uważasz, że to coś absolutnie mistycznego, pozaziemskiego, że zostałeś mistrzem świata w pierwszą rocznicę śmierci Neila Streeta?

 

- Szczerze? Nawet nie wiedziałem o tym splocie dat. Czas płynie tak szybko, że nawet nie zdawałem sobie sprawy, że 6 października 2012 roku minął rok od śmierci Streetiego. Kiedy szykowałem się do ostatniej rundy Grand Prix, nie miałem pojęcia, że wypada ona w dniu tak ważnym dla australijskiego żużla. To niesamowite: zdobyć złoty medal IMŚ w pierwszą rocznicę śmierci tak wspaniałego człowieka. Neil pomagał każdemu Australijczykowi, który przejawiał zainteresowanie speedwayem. Streetie był bardzo wrażliwym człowiekiem, nigdy nie ociągał się z udzielaniem wskazówek. Gdy tylko zauważył jakieś niedociągnięcie, coś nie podobało mu się w jeździe zawodnika, podchodził i cierpliwie tłumaczył. Mówił: wybierz tą ścieżkę, jedź nisko z gazem, zmień dyszę. Mogło nie być go na zawodach, a i tak czuło się, że on sprawuje nad nami opiekę. Wyciągał wnioski i przekazywał nam swoje spostrzeżenia. Myślę, że wszyscy szanowali go za styl w jakim dzielił się swoją wiedzą. Nie pouczał nas, nie patrzył na nas z góry.

 

- Potrafił ni stąd ni zowąd odszukać cię w parkingu i szepnąć: hej Chris, przyglądałem się czasom okrążeń, jesteś naprawdę w gazie. Z Neila płynął gigantyczny optymizm, najbardziej surowa ocena brzmiała w jego ustach jak uprzejmy komplement.

 

- Dokładnie taki był Neil. Nie znałem go aż tak dobrze jak ty, nie byliśmy bardzo zżyci ze sobą, ale zawsze udzielał mi rad jakby był moim dziadkiem. Nie był nim pod względem biologicznym, ale sposób w jaki przekazywał mi swoją wiedzę, sprawiał, że czułem się jak wnuk, z którym dziadek dzieli się bezcenną wiedzą. To był bardzo wrażliwy człowiek. Notuję lekki odlot, gdy dociera do mnie, że zdobyłem mistrzostwo świata w pierwszą rocznicę śmierci Neila. 

 

- Wielu ekspertów głowi się nad tym, dlaczego w Australii pojawia się tylu znakomitych żużlowców. Wydaje mi się, że odpowiedź jest banalnie prosta. Czynnik geograficzny odgrywa w tym wypadku ogromną rolę. Odległość od domu wymusza zaradność. Musicie wykazać się ogromną determinacją, kiedy przybywacie do Europy. To spore poświęcenie, opuścić dom w młodym wieku i przenieść się na Wyspy Brytyjskie. Dlatego dajecie z siebie wszystko, chcecie odnieść sukces w Europie, bo tylko wtedy wasza szalona eskapada ma sens. Nikt nie lubi wracać do Down Under z podkulonym ogonem. Stajecie na rzęsach, bo w głowie świta motywująca myśl: co powiedzieć najbliższym w razie niepowodzenia?

 

- 100% racji. Domem nazywamy nasze najbliższe sąsiedztwo. W Australii wychodzimy przed dom, idziemy do sąsiada, zjeżdżamy na rowerze ulicą, patrzymy co jest za rogiem i czujemy swobodę, wolność, mamy kontakt z kumplami i przyjaciółmi. Nagle przenosimy się na drugą stronę planety, lądujemy w świecie, który wydaje nam się szalenie obcy. Pamiętam doskonale pierwsze chwile po wylądowaniu w Anglii. Pomyślałem sobie: albo utonę, albo nauczę się pływać. Udało się, zacisnąłem zęby, zacząłem myśleć pozytywnie. Wiedziałem, że nie mogę liczyć na to, że skręcę w najbliższą przecznicę i pożalę się mamie czy tacie. Owszem, dopadają cię myśli, kiedy chcesz rzucić wszystko i wrócić do domu, ale szybko uświadamiasz sobie, że taka opcja nie wchodzi w grę, nie możesz wypłakać się babci na ramieniu. Taka przeprowadzka jest wielkim wyrzeczeniem w każdej dyscyplinie sportu, nie tylko w speedwayu. Pod względem mentalnym, przenosiny z Australii na Wyspy Brytyjskie są bardzo trudnym wyzwaniem dla 16 czy 17 latka. Trzeba szybko uczyć się. To trochę tak jak przyspieszony kurs nauki języka. Nie jest łatwo odnaleźć się w nowym świecie, ale może odległość od ojczyzny sprawia, że szybko stajemy na nogach i jesteśmy twardzielami na torze. Przyznaję, jesteśmy odporni psychicznie, nie załamujemy się z byle powodu. Nawet dziś, kiedy mam 25 lat, założyłem własną rodzinę, wciąż piętrzą się przede mną problemy. Trasa z Europy do Australii nie skróciła się choćby o milimetr. Kiedy odnosisz sukces, zapominasz o przeszkodach, tęsknota za ojczyzną ma nieco łagodniejszy wymiar, ale wcale nie jest łatwiej. Dystans geograficzny robi swoje.

 

- Pamiętasz jeszcze czasy, kiedy jako 15 – latek stałeś z wypiekami na twarzy na trybunach Telstra Stadium w Sydney i oglądałeś Grand Prix Australii?

 

- Oczywiście. Nie zapomnę treningu przed Grand Prix, wciąż doskonale pamiętam przebieg zawodów. Wybraliśmy się na Grand Prix w gronie rodzinnym, było też kilku naszych przyjaciół, kilka osób z klubu, w którym wówczas jeździłem. To było niezwykłe wydarzenie dla całego australijskiego środowiska żużlowego. Myślę, że dziś byłoby nam jeszcze łatwiej zapełnić trybuny stadionu, bo żyjąc w Australii masz regularny dostęp do spotkań brytyjskiej Premiership, zawodów Grand Prix czy Speedway of Nations. Telewizja świetnie promuje nasz sport.

 

- Wówczas frekwencja była bardzo dobra, bo zawody obejrzało 32 tysiące widzów. W przekazie telewizyjnym nie wyglądało to imponująco, bo Telstra Stadium (dziś nazywa się już ANZ Stadium) to kolos, który idealnie nadawał się na ceremonię otwarcia i zamknięcia igrzysk olimpijskich, a nie na kameralny sport jakim jest speedway. Australijczycy lubią żużel, a te zawody przekonały niedowiarków, że zapotrzebowanie na speedway istnieje, może jedynie warto byłoby pomyśleć nad inną lokalizacją.

 

- Myślę, że regularne transmisje telewizyjne z ligi brytyjskiej, turniejów GP, DPŚ, które są zasługą Sky Sports, BT Sports i Speed TV (płatna telewizja dostępna m.in. w USA, Ameryce Południowej i w Australii) sprawiły, że speedway zagościł w świadomości przeciętnego australijskiego kibica. Przed GP w 2002 roku w telewizji często pojawiały się spoty reklamujące speedway. To było bardzo sensowne posunięcie. Wówczas całą akcję oparto o Sullivana, Crumpa, Adamsa i korzenie przedwojennego żużla. Wiem od przyjaciół, że bardzo dobrym odbiorem cieszyły się relacje z GP’2012, bo moi rodacy mogli na bieżąco śledzić to co robiliśmy z Crumpiem. TV to prawdziwa trampolina sukcesu.   

 

- Kiedy dowiedziałeś się, że w 2002 roku w Sydney odbędzie się Grand Prix Australii, wierciłeś tacie dziurę w brzuchu? Mówiłeś: Mick, może 26 października kopniemy się na speedway?

 

- Tak, nie mogłem doczekać się tych zawodów. Wszystko przebiegło dość sprawnie, bo klub motorowy, który zrzeszał miłośników motocyklizmu, wystąpił o pulę biletów. Byłem członkiem tego klubu, jeździłem na żużlu, więc znalazłem się w gronie szczęśliwców. Co więcej, zawodnikiem mojego macierzystego australijskiego klubu był Mick Poole, doświadczony żużlowiec, który otrzymał dziką kartę na GP Australii. Poczułem się jak w siódmym niebie. Tata zakupił bilety, a Mick sprawił, że mogliśmy wejść do parku maszyn podczas treningu. Mogłem z bliska przyjrzeć się jak wygląda impreza rangi mistrzowskiej. Ileż to było radości, kiedy mogłem bez nadmiernego pośpiechu zajrzeć za kurtynę! Przechodziło się przez garaż sporych rozmiarów, przyglądałem się dokładnie wszystkim boksom, obejrzałem sobie z bliska motocykle wszystkich 24 uczestników. Otwierałem szeroko oczy z zachwytu, a kiedy motocykle zawarczały podczas treningu, poczułem się jakbym otrzymał najpiękniejszy prezent na święta. Pomyślałem sobie: ach, więc to tak smakuje wielka międzynarodowa impreza. Stadion, który gościł olimpijczyków został areną żużlowej GP. To było fajne przeżycie. Mam nadzieję, że po eksperymentach w Melbourne, w niedalekiej przyszłości Australia znów zorganizuje rundę Speedway Grand Prix w Adelajdzie bądź w Ipswich.  

 

- Chris, przenieśmy się w sferę marzeń. Gdybyś miał wybrać jeden tor, na którym ma odbyć się GP Australii, to postawiłbyś na szybki, ciekawy obiekt Gillman czy skłaniałbyś się ku bardziej klimatycznemu, oderwanemu od cywilizacji, Kurri Kurri?

 

- Myślę, że Gillman jest prawdopodobnie najlepszym australijskim torem do speedwaya. Gillman to tor najbardziej znany i najbardziej ceniony przez zawodników. Za Gillman przemawia tradycja, ten klub funkcjonuje już od dawna. Kurri Kurri to brzdąc, świeżutki tor, nowość na żużlowej mapie Australii. Oba tory gwarantują znakomite ściganie. Podejrzewam, że z punktu widzenia wygody kibiców i żużlowców, logistycznie lepiej położony jest tor Gillman, bo leży zaledwie 10 minut jazdy samochodem od centrum Adelajdy. Z kolei Kurri Kurri oferuje coś dla miłośników dzikiej przyrody, tam świetnie czują się ci, którzy nie mają wielkich wymagań i nie przepadają za luksusem, za to cenią sobie bliskość natury. Kurri Kurri to małe miasteczko (6 tysięcy mieszkańców – przyp. red.). Dla mnie to nie stanowi problemu, bo świetnie czuję się zarówno w dużych aglomeracjach jak i w małych miejscowościach, ale nie potrafię sobie wyobrazić widoku gwiazd cyklu GP śpiących w miejscowym pubie na podłodze. Niestety, ale myślę, że świadomość noclegu na podłodze w klimatycznym skądinąd pubie w Kurri Kurri odstraszyłaby kilku dżentelmenów skręcających na żużlówkach. Więcej atutów ma Adelajda. To duże, piękne miasto, restauracje, plaża, woda, słońce. Mam nadzieję, że za czasów mojej aktywności sportowej Gillman otrzyma prawa do organizacji turnieju o GP Australii.

 

Pomiędzy Gillman a Undera Park

 

- Wiele osób szeroko otwierało usta, kiedy dowiedziało się o tym, że 4 lutego 2012 roku wybrałeś się na zawody do Undera Park w stanie Victoria. Jeździłeś w turnieju par w Undera Park wraz z Jacksonem Milnem, zajęliście drugie miejsce. Undera Park to maleństwo na kształt Kurri Kurri. Zgodziłeś się na start, chociaż organizatorzy nie pokryli nawet w całości kosztów dojazdu. Tłumaczę, że zrobiłeś to dlatego, bo nie zapominasz o ludziach dobrej woli, którzy pomagali ci w okresie, kiedy byłeś nastolatkiem. Chcesz w ten sposób podziękować im za okazane serce, dlatego nie stawiasz kosmicznych żądań, czyż nie tak?

 

- To dla mnie bardzo naturalne zachowanie. Głęboko wierzę w to, że ludziom warto pomagać. Zostałem tak wychowany, że ludziom należy pomagać, jeśli tylko mogę coś dla nich zrobić. Nie zapominam o początkach, pamiętam o moich korzeniach. Wiem, ile dobrego zrobili dla mnie entuzjaści speedwaya, kiedy byłem małolatem. Wiem, że turnieje żużlowe w takich miejscach jak Undera Park czy Kurri Kurri odbywają się w głównej mierze dzięki wolontariuszom. To ludzie, którzy kochają żużel, pomagają na każdym kroku, więc jak mógłbym o nich zapomnieć? Wiem, że kiedy w porze europejskiej zimy wracam do ojczyzny, każdy z tych pasjonatów speedwaya chciałby zobaczyć mnie na motocyklu. Nie dostrzegam powodów, dla których miałbym tego nie robić, wiem, że dla nich to wielka frajda, kiedy biorę udział w zawodach. Nie chodzi tu o rangę turnieju, to mogą być zwykłe towarzyskie zawody, ale dla moich przyjaciół, którzy pomagali mi z czystej potrzeby serca, to świadectwo tego, że nie jestem bufonem. Znam wartość przyjaźni, dlatego nie waham się ani przez chwilę, jeśli tylko pojawia się zaproszenie. Poza tym, mam też dwóch braci, którzy ścigają się na żużlu, więc dla mnie to też przyjemność, kiedy mogę pojeździć z nimi. Z zawodami w Undera Park łączą się wspaniałe wspomnienia. Pamiętam, że miałem kłopoty z wjeżdżeniem się w ten tor, bo wcześniej tylko raz ścigałem się na obiekcie w Undera Park. Pierwszy wyjazd na tor, nie mogę załapać o co chodzi, nic mi nie klei, nie kumam, gdzie jest najszybsza ścieżka, czuję, że jestem wolny. Za drugim razem wszystko było już w porządku, ale podobała mi się ta pierwotna niemoc. W życiu trzeba stawiać sobie wyzwania.

 

- Historycy twierdzą, że gdyby system GP obowiązywał od połowy lat osiemdziesiątych, profesor z Danii – Hans Nielsen posiadałby w kolekcji więcej złotych medali, choć i tak jest najwybitniejszym żużlowcem, bo indywidualnie, parami i drużynowo zdobył aż 22 złote krążki MŚ. Czy to wyjątkowe uczucie, kiedy wychodzisz na scenę podczas gali FIM i odbierasz złoty krążek z rąk takiego legendarnego żużlowca jak Hans Nielsen?

 

- Bez dwóch zdań. W dzieciństwie obejrzałem na taśmach video wiele zawodów z udziałem Hansa Nielsena. Hans Nielsen to idol mojego taty, Micka. Dla mnie Hans Nielsen i Tony Rickardsson to największe legendy żużla. Odbierać złoty medal z rąk profesora to niewyobrażalne przeżycie. Wiem, że w Monte – Carlo przeżyłem coś niewiarygodnego. Na jednej scenie z Hansem Nielsenem... Już widzę mojego tatę, który nie mógłby pewnie spokojnie usiedzieć gdyby widział jak ściskam dłoń czterokrotnego indywidualnego mistrza świata… Scena to jedno, a jeśli uświadomię sobie, że w klubie Jimmy’z, w którym odbyła się potańcówka dla zaproszonych gości, siedzę z Hansem przy jednym stoliku, razem sączymy sobie napój i rozmawiamy, to dociera do mnie, że chyba śnię… Wtedy wracam myślami do mojego dzieciństwa i przypominam sobie chwile kiedy byłem brzdącem, potem nastolatkiem i marzyłem o tym, aby ścigać się na żużlu.

 

- Czujesz się jakbyś kroczył duchową arterią, która wydawała ci się niedostępna przed laty. Jakby ktoś postawił znak, zakaz ruchu wszelkich pojazdów, tymczasem ty…

 

- … Tymczasem siedzę przy stoliku z tak utytułowanym zawodnikiem, który był wzorem dla całego pokolenia i muszę się czasami uszczypnąć, żeby upewnić się, że to dzieje się naprawdę, że to jawa, a nie sen. To bardzo wyjątkowe uczucie. Bardzo cieszę się, że doczekałem się takiej chwili w moim życiu.

 

- Chris, jeśli mnie pamięć nie myli, jesteś wielkim fanem supercrossu. Ryan Villopoto, Chad Reed, Ryan Dungey, James Stewart, a wcześniej Ricky Carmichael, Heath Voss, Kevin Windham, Mike LaRocco, Jeremy McGrath… Wielcy mistrzowie…

 

- Masz rację. Bardzo lubię wszystko co hałasuje, interesuję się każdą dyscypliną motorową. Supercross jest odlotowy, uwielbiam też motocross i Moto GP. Podczas sezonu, kiedy w niedzielę czekam na mecz w polskiej ekstralidze żużlowej, włączam telewizor i śledzę na żywo to co dzieje się w Moto GP. (19 maja 2012 roku Chris Holder i Greg Hancock zostali zaproszeni przez Monster Energy, aby przyjrzeć się kuchni wyścigów Moto GP. Obaj zawodnicy pojawili się na paddocku podczas GP Francji na legendarnym francuskim torze Le Mans). Z kolei GP w motocrossie i zawody AMA Supercross śledzę za pomocą internetu.

 

- Bardziej kręci się motocross czy freestyle motocross? Antonio Cairoli, Jeffrey Herlings, Matthias Walkner, Stefan Everts czy Levi Sherwood, Josh Sheehan, Jackson Strong, Andre Villa?

 

- Freestyle jest niezwykły i zapiera dech w piersiach, ale bardziej pasjonuję się motocrossem. Wyścig jest esencją tego sportu. Poświęcenie i zaangażowanie ludzi, którzy uprawiają motocross, trud związany z katorżniczym treningiem, to coś co budzi mój najwyższy szacunek. To potwornie ciężki kawałek chleba. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że sportowcy uprawiający zawodowo motocross są najbardziej wytrenowanymi atletami na świecie. Żaden inny sport nie wymaga tak żelaznej kondycji i nienagannego przygotowania pod względem fizycznym.

- W 2011 roku Włoch Antonio Cairoli zmagał się z ogromnym bólem, bo w trakcie sezonu zmarła jego mama. Antonio bardzo to przeżył, ale zdołał utrzymać prowadzenie w klasyfikacji generalnej i zdobył złoty medal mistrzostw świata. To świadectwo ogromnej siły mentalnej. Pamiętam, że podczas gali FIM w Estoril w 2011 roku Cairoli podszedł do Tadeusza Błażusiaka i powiedział: „stary, w mojej głowie pojawiła się taka plątanina myśli, nie wiedziałem co robić z tym galimatiasem, ale pokonałem wszystkie przeszkody, chciałem zrobić to dla mojej mamy”.

 

- To tylko dowód na to, że każdy kto jeździ na motocyklu wie, że nie wszystko zależy od przygotowania fizycznego. Każdy z nas ma dwie ręce i dwie nogi, ale o sukcesie decyduje to co znajduje się pomiędzy uszami, czyli głowa. Czaszka musi pracować, trzeba radzić sobie ze stresem, z nieprzewidywalnymi sytuacjami. Każdy kto zostaje mistrzem świata jest kimś wyjątkowym. Cairoli udowodnił, że nawet tak bolesny moment jak śmierć mamy nie jest w stanie go powstrzymać w walce o mistrzostwo świata, a może nawet stał się dodatkowym bodźcem do tego, aby pojechać na maksa.

 

- Kierowca F1, twój rodak, Mark Webber, nie kryje swojej fascynacji speedwayem. Gościł podczas GP w Toruniu w 2010 roku, był na Etihad Stadium w Melbourne, zagląda regularnie do Cardiff. Mark był też gościem podczas DPŚ w Reading w 2006 i w King’s Lynn w 2012 roku. Czy uważasz, że jego wizyty w parkingu mogą w jakimś stopniu przyczynić się do tego, że podpatrzysz coś u Marka, zobaczysz, jak rozmawia z mediami, jak prezentuje sponsorów, jak się zachowuje i przeniesiesz część tych cennych obserwacji do speedwaya?

 

- To wprost nierealne, bo nawet kiedy z nim rozmawiasz, nie możesz opanować uczucia, że spełniają się twoje marzenia. Myślisz sobie: ten gość jest królem, ściga się w F1, ma ogromną wiedzę. Te kontakty nie są na tyle częste, abyśmy mogli dłużej porozmawiać, bo potrzeba sporej dawki wolnego czasu, aby zagłębić się w klimat motorowy, w klimat psychiki, poznać kuchnię F1. Trudno mi zatem czerpać jakąś tajemną wiedzę, ale uważam, że już sam fakt, że ktoś tak znany na całym świecie jak Mark Webber przyjeżdża na speedway jest kapitalną reklamą dla naszego sportu. Myślę, że speedway nie do końca zdaje sobie sprawę jakie możliwości otwiera przed nami wizyta Webbera w parku maszyn przed zawodami Grand Prix. To naprawdę może być trampolina do sukcesu dla naszej dyscypliny. Każde pojawienie się Marka na zawodach żużlowych podnosi prestiż żużla.

 

- Dziesięciokrotny indywidualny mistrz Australii, twój dobry kolega, Leigh Adams, pomagał ci bardzo, kiedy uległeś kontuzji zimą 2011 roku. Walczyłeś wtedy o tytuł mistrza Australii, a Leigh organizował swój rocznicowy turniej w Mildura. To niezwykłe jak potraficie sobie pomagać. Czy uważasz, że Leigh to wymarzony idol do naśladowania dla młodych ludzi, nawet biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie zdobył złota IMŚ? Jakie myśli przebiegły ci przez głowę, kiedy dojrzewała wasza przyjaźń?

 

- To co powiedziałeś o przekazywaniu sobie doświadczeń, to szczera prawda o australijskim żużlu. Leigh Adams to jeden z najwybitniejszych żużlowców w historii żużla, który nie został indywidualnym mistrzem świata. Kiedy przyglądam się przebiegowi jego kariery, zachwyca mnie to, że wygrał tyle prestiżowych zawodów i to nie raz, tylko czynił to cyklicznie (choćby Zlatą Prilbę Pardubic). Wydaje mi się, że do pełni szczęścia zabrakło mu tylko tytułu IMŚ. Pamiętam jaką radość sprawił mu srebrny medal IMŚ w 2007 roku. Tyle lat ciężkiej pracy, masę podróży, wyrzeczeń. Leigh zadzwonił do mnie po turnieju GP w Toruniu w 2012 roku. Był szczęśliwy, że udało mi się sięgnąć po złoty medal. Byłem w siódmym niebie, spojrzałem na telefon, myślę sobie: ale odlot, że Leigh do mnie zadzwonił. Miał fenomenalną karierę, to wzór profesjonalizmu dla wielu żużlowców, a już na pewno dla dorastających Australijczyków. Jeśli marzysz o tym, aby być perfekcyjnym żużlowcem, imponować eleganckim stylem jazdy, to Leigh Adams jest najlepszym przykładem dla młodzieży.

 

- Kolejny przykład niezwykłego splotu dat: wygrałeś turniej Grand Prix w Lesznie w dniu 41 urodzin Leigh Adamsa. 28 kwietnia 2012 roku, na bank pamiętasz ten dzień…

 

- Widzisz, kolejna historia, z której nie zdawałem sobie sprawy. Dociera to do mnie dopiero wtedy, kiedy opadnie kurz i minie sporo czasu od zawodów. Pamiętam, że tuż po ostatnim wyścigu w Lesznie, Leigh nadesłał mi smsa w stylu: „świetna robota, Chris. Byłeś odlotowy”. Jeśli słyszysz komplement od takiego mistrza jak Leigh Adams, to nie ma szans, musisz poczuć się jak w niebie.

 

- Jack Young, był jedynym Australijczykiem, któremu udało obronić się tytuł indywidualnego mistrza świata (1952 rok). Sztuka ta nie udała się takim fachowcom jak Lionel van Praag, Bluey Wilkinson, Jason Crump. Co intrygujące, Jack Young zdobył tytuł mistrza świata w 1951 roku jeżdżąc w ówczesnej drugiej lidze angielskiej w ekipie Edinburgh Monarchs. Wyobrażasz sobie siebie w tej roli: jeździsz w Isle of Wight Islanders i sięgasz po złoto IMŚ?

 

- Przyznaję, to czego dokonał Jack Young jest niezwykłe. Trudno wyjaśnić to co działo się we mnie po zdobyciu złotego medalu. Nie zapomnę dziwnego uczucia jakiego doświadczyłem po tym jak w Toruniu zapewniłem sobie tytuł mistrza świata. Potrzebowałem dwóch, trzech zawodów, żeby dojść do siebie. Przyjeżdżałem do parkingu, siadałem na motocykl, zakładałem kask i myślałem: co ja tu u licha robię, czy ja naprawdę zdobyłem tytuł mistrza świata? Czułem się jakbym podróżował w innej przestrzeni, jakbym zatracił głód jazdy, jakbym wspominał to co wydarzyło się w trakcie GP. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że musi upłynąć ileś dni, ileś tygodni, aby wrócić do normalności.

 

Łódka, Red Bull X – Fighters i supercross, czyli niezłomna australijska dusza

 

- Zaczęliśmy wspomnieniem o dziadku Neilu. Każdy z nas ma marzenia. Po tytule IMŚ wstąpiły w ciebie nowe siły. Wyobrażasz sobie, że mógłbyś podążyć śladem Neila Streeta i podobnie jak on to uczynił w 1952 roku zaokrętować się na statku i wyruszyć z Australii do Wielkiej Brytanii? 5 tygodni na łajbie, dbałość o kondycję fizyczną, a potem cumowanie do brzegów Anglii, wysiadka i starty na żużlu, to byłby odlot, prawda?

 

- Nie ma mowy, choć pewnie byłby to romantyczny rejs. We współczesnym speedwayu kalendarz startów wydłużył się tak bardzo, że nie opłacałoby mi się wsiadać na statek, bo nie zdążyłbym wrócić na Wyspy przed startem kolejnego sezonu. 5 tygodni na wodzie… Jakim wyzwaniem było utrzymanie się w żelaznej kondycji fizycznej… Przyznaję, że ta podróż jaką odbył Neil Street pokazuje całe piękno australijskiej duszy. My kochamy wyzwania. Im trudniej, tym ciekawiej. Przeszkody wyzwalają w nas gigantyczną energię. Jeśli coś sobie wymyślimy, będziemy dążyć do upadłego, nie spoczniemy, póki nie osiągniemy celu. Jeśli marzymy o tym, aby zrobić karierę w supercrossie, motocrossie czy żużlu, to nie przerażą nas najdłuższe podróże, największe zapory celne. Problemy ze sprzętem czy mieszkaniem są niczym, jeśli za horyzontem dostrzega się tytuł mistrza świata i radość z jazdy na motocyklu. To cudne mieć marzenia, a jeszcze piękniejsze jest dążyć do tego, aby te marzenia się spełniły.

    

Tysiące mil, zarwane noce, kontuzje, które zamiast załamywać psychicznie, wyzwalają gigantyczną energię i wzmagają chęć powrotu na tor. Szpitale, ludzie mówiący w niezrozumiałym narzeczu, lotnisko, warsztat, motel, wieczny wyścig z czasem i ze zmęczeniem. Chris Holder stworzył swój drugi dom w Europie, aby podsycać żar i nie pozwolić umrzeć życiowej pasji – jeździe na motocyklu. 

 

Niezłomni są ci Australijczycy. W 2008 roku Chris Holder gościł na Red Bull X – Fighters w Warszawie. Na Stadionie Dziesięciolecia podziwiał popisy Ronnie Rennera i Travisa Pastrany. Szalony rodak Holdera, Jackson Strong, pochodzący z Lockhart (Nowa Południowa Walia), w którym mieszka 837 osób, gościł w Poznaniu podczas Red Bull X – Fighters w 2011 roku. Jackson Strong jest pierwszym człowiekiem na świecie, który wykonał frontflipa (salto w przód). Mieszka na farmie, choć, aby dać upust swojej fantazji i być czołowym freestylowcem na świecie, w wieku 17 lat poleciał na tournee do Ameryki Południowej. Przemierzył Chile, Paragwaj, Argentynę, Kolumbię. Zachwycił Latynosów swoimi trikami, ale Jackson nie lubi stać w miejscu, więc za namową przyjaciela Briana Deegana, przeniósł się na pół roku do Temecula w Kalifornii. Długo trenował, aby wykonać perfekcyjne salto w przód. „To wbrew fizyce, ale podoba mi się to, że musiałem wykonać 90 prób, zanim dopiąłem swego. Człowiek naprawdę żyje tylko wtedy, kiedy frunie w powietrzu na motocyklu. Lubię wpaść do piekła na kieliszek wystrzałowego trunku…” – wyznaje Jackson Strong.

 

Dziś na jego farmie mieszka Emma McFerran. Emma to dziewczyna z Melbourne, która porzuciła wielkomiejskie życie i przeniosła się na odludzie. Koledzy wołają na nią „Hazard”, ale Emma nie znalazła się na farmie przez przypadek. 11 maja 2013 roku Emma McFerran obchodziła swoje 25 urodziny. Przez 8 lat uprawiała motocross, po czym odkryła, że freestyle kryje w sobie wiele tajemnic. W kwietniu 2012 roku podczas pokazów w Darwin, Emma uległa poważnemu wypadkowi. „Myślałam, że umrę, chciałam wstać, pocałować rampę, ale lekarze kazali mi leżeć. Złamałam nadgarstek, połamałam kilka żeber, przebiłam płuco, ale chcę wrócić do podniebnych ewolucji. Jackson Strong mawia, że mam większe jaja niż mój brat!” – śmiała się na szpitalnym łóżku.

 

Rehabilitacja przebiegała powoli, w międzyczasie Emma straciła sponsora – Kawasaki, ale wciąż imponowała pogodą ducha. Trudno w to uwierzyć, ale w listopadzie 2012 roku, Emma McFerran wykonała backflipa na farmie Jacksona Stronga. Jest pierwszą Australijką, która wykonała tą ewolucję. Ten niewiarygodny sukces należało uczcić, więc po jej fenomenalnym salcie, Jackson Strong i przyjaciele urządzili całonocne przyjęcie. Australijczycy potrafią się bawić… O 6.30. śpiew ptaków nie zdołał obudzić kompanów Emmy, więc Australijka utworzyła portret z pogrążonych w głębokim śnie puszek po piwie, po czym odpaliła swój motocykl. Wsłuchując się w pracę silnika, spoglądała na zaspanych kolegów. Uśmiechnęła się do eukaliptusów i wyszeptała: „warto mieć marzenia”. Chyba gdzieś to już słyszałem…

 

Czy to nie ty mówiłeś o tym, że warto marzyć, Chris?  

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze