Spain Masters, to nie jest turniej szczególnie prestiżowy, ani dobrze płatny. Koreańczycy otrzymali za wygraną czek na 11850 dolarów (do podziału na dwóch), co chyba nie robi wrażenia na mistrzach innych, lepiej opłacanych sportów. 29 letni Lee Yong Dae w przeszłości też zarabiał dużo więcej. Wygrał przecież aż 43 turnieje Super Series (37 w deblu i sześć w mikście), gdzie honoraria dla zwycięzców zdecydowanie mocniej przemawiają do wyobraźni, ale dla niego znacznie ważniejsza jest sama wygrana w Barcelonie i powrót do wielkiej gry. Za dwa lata chciałby wystąpić na igrzyskach w Tokio i stanąć tam na podium. Wie doskonale jak to smakuje. Miał przecież zaledwie 19 lat, gdy zdobył olimpijskie złoto w Pekinie (2008), wie też czym jest gorycz porażki, bo zaledwie trzecie miejsce i brązowy medal Londynie, cztery lata później, potraktował jako osobistą klęskę. A po kolejnej porażce na igrzyskach w Rio de Janeiro, skąd wrócił bez medalu zakończył karierę.

 

W Pekinie został mistrzem olimpijskim w mikście, najmłodszym w historii, w Londynie wraz z Jung Jae-sungiem był głównym faworytem do zwycięstwa w deblu. Koreańczycy przegrali wtedy w półfinale z Duńczykami, by w meczu o brąz pokonać Malezyjczyków. Kariera Lee Yong Dae to właściwie gotowy materiał na scenariusz filmowy. Sukcesy przyszły szybko, a ich ukoronowaniem było olimpijskie złoto po którym został bohaterem narodowym. Wtedy wydawało się, że złotych, olimpijskich medali będzie więcej, ale tak się nie stało. Miał problem z igrzyskami, mistrzostwami świata, nie wygrał tak bardzo cenionych Igrzysk Azjatyckich. Nie pomogły zmiany partnerów, choć wciąż był nr 1 światowych rankingów i wygrywał seryjnie inne prestiżowe turnieje.

 

W tym roku zmarł na zawał serca Jung Jae –sung z którym mógł zdobyć dwa olimpijskie złote medale, w Pekinie i Londynie.  Miał zaledwie 35 lat. W Barcelonie Koreańczycy zmierzyli się w finale z deblem z Tajlandii, Bodinem Isarą i Maneepongiem Jongjitem. Kilka lat wcześniej bójka z udziałem tych właśnie badmintonistów, konkretnie w 2013 roku podczas  Canada Open Grand Prix była hitem internetu. Isara i Jongjit, uczestnicy igrzysk w Londynie, grali wtedy z innymi partnerami. Od słowa do słowa w przerwie deblowego spotkania doszło do ostrej sprzeczki. Isara ruszył za Jongjitem, ten uciekał, ale nieskutecznie. Bodin Isara pobił kolegę, wcześniej swego partnera, z którym rozstał się po igrzyskach w 2012 roku.

 

Jongjit trafił do szpitala, musiał interweniować chirurg zakładając kilkanaście szwów na porozcinaną twarz. Bodina za ten „wyczyn” ukarano dwuletnią dyskwalifikacją. Dziś znów grają razem. Widać wyjaśnili sobie tamte nieporozumienia,  a Maneepong Jongjit puścił w niepamięć, to co się wtedy stało.

 

Patrząc na ich grę w Barcelonie odnosiłem wrażenie, że się chyba lubią. Kto wie, być może badminton łagodzi obyczaje? W finale nie sprostali jednak Koreańczykom. Lee Yong Dae przypomniał sobie stare czasy, gdy bez względu na to, kto był jego partnerem, nie było na niego silnych. Z trzema różnymi w deblu i jedną, stałą partnerką w mikście był nr 1 światowego rankingu. Nikomu przed nim, ani po nim taka sztuka się nie udała. Teraz gra z młodszym o rok, nieco wyższym i mocniej zbudowanym Kim Gi Jungiem i coś mi się zdaje, że stać ich na to, by wywalczyć olimpijską kwalifikację. A wtedy wszystko jest możliwe.

 

Szkoda, że w Barcelonie zabrakło najlepszej badmintonistki świata, trzykrotnej mistrzyni globu i złotej medalistki olimpijskiej z Rio de Janeiro, Hiszpanki Caroliny Marin. Z pewnością byłoby znacznie więcej widzów na trybunach, a tak świeciły pustkami, szczególnie podczas niedzielnych finałów. Były za to aktualne mistrzynie świata w deblu, Mayu Matsumoto i Wakana Nagahara.  Japonki podczas MŚ w Nankinie, miesiąc temu, zdobyły w deblu trzy medale (złoty, srebrny i brązowy) w Barcelonie też widzieliśmy trzy żeńskie deble z kraju Kwitnącej Wiśni w półfinałach. Wygrały mistrzynie świata i cieszyły się tak, jakby znów zdobyły najcenniejsze trofeum.

 

Polaków w Barcelonie zabrakło, związek ma poważne kłopoty finansowe, ale to temat na inne opowiadanie.  I z pewnością nie jest to filmowa historia.