Lech przegrał kolejny mecz, tym razem z Lechią, więc wywalił trenera. Normalna sprawa. Tak się w Polsce robi od lat. Nie ma innej metody na próbę zażegnania kryzysu innej niż ta, prosta jak konstrukcja cepa. Tyle, że tu miało być inaczej. Po to wybrano przed rozpoczęciem sezonu Ivana Djurdjevica, aby klub sprawiał wrażenie ułożonego, gdzie jest ciągłość pracy, coś wynika z czegoś, gdzie można planować dłużej, myśleć strategicznie, a nie tylko o wyniku następnego ligowego meczu.

 

Szczerze mówiąc, bardzo mi się ten pomysł podobał. Oto trenerem został facet ze wszech miar pasujący do tego stanowiska. Były znakomity charakterny zawodnik klubu, który w Poznaniu osiadł, założył rodzinę i jako trener przeszedł gruntowne przygotowanie do objęcia pierwszej drużyny, pracując na wielu stanowiskach przy Bułgarskiej. Bez wątpienia miał on sobie DNA Lecha.

 

Lech zamiast nerwowo szukać na rynku i zatrudniać byle kogo, najemnika, który traktuje klub jak bankomat, postawił na swojego człowieka, sercem oddanego klubowi, znającego specyfikę miejsca, miasta, młodzież dobrze prowadzoną w Akademii, którą miał wprowadzać do drużyny. No i miał na starcie uznanie wymagającej publiczności, co też nie jest bez znaczenia.

 

Świetnie wpisywało się to w strategię klubu, który jako pierwszy w Polsce zaczął stosować model wychowywania i kreowania zawodników, później sprzedawania ich z ogromnym zyskiem, a przy okazji dokonywaniu rozsądnych transferów i walce o tytuł mistrza Polski. A do tego działacze bardzo długo nie dokonywali nerwowych ruchów pozwalając, kolejnym trenerom dość spokojnie pracować, co samo w sobie było w naszych warunkach bardzo oryginalne. Nenad Bjelica pracował w Poznaniu 602 dni, podczas gdy średnia długość pracy trenera w Ekstraklasie wynoście 168. Symptomy, że się panowie działacze nieco zagotowali, były widoczne w końcówce poprzedniego sezonu, gdy Bjelicę zwolniono, a w jego miejsce zatrudniono... trzech trenerów jednocześnie.

 

Pomysł z Djurdjevicem wskazywał jednak, że spokój rozsądek i umiejętność strategicznego myślenia powracają na Bułgarską. Zwłaszcza, że właściciel, podobnie jak szef Legii zatrudniając swego czasu Jacka Magierę, grzmiał i zapewniał, że to jest trener na lata, a projekt jest długofalowy. Djurdjevic miał wdrażać swoje pomysły stopniowo, co pół roku...

 

Nie minęło nawet pierwsze półrocze, a Djurdjevica już nią ma, co ewidentnie świadczy o tym, że zrobiono go w konia. Jestem pewien, że gdyby wiedział iż w przypadku kilku niepowodzeń, straci robotę to by po prostu jej nie brał.

 

Daleki jestem od tego, aby trenera bronić jak niepodległości. Dokonał kilku złych wyborów, niepotrzebnie miotał się, grając raz jednym systemem, raz innym, niepotrzebnie upierał się na bardzo drogich w naszych warunkach (ok 2,5 euro) ofensywnych Portugalczyków, skoro miał całkowicie dziurawą defensywę itd. Ale likwidowanie „długofalowego planu” tylko dlatego, że Lech nawet nie w połowie sezonu jest na siódmym miejscu i ma ledwie sześć punktów straty do wychwalanej ostatnio Legii, to dowód na słabość zarządzających klubem. I jednocześnie wskazówka dla następców: panowie, bez względu na to co usłyszycie od swojego przyszłego pracodawcy i tak liczy się tylko to, żebyście nie przegrali najbliższego meczu...