Komplet publiczności (20 112 widzów) oglądał sobotnią walkę Canelo z Rockym Fieldingiem w Madison Square Garden. Był to właśnie pierwszy z zaplanowanych w rekordowym kontrakcie 11 pojedynków. Alvarez dał pokaz wielkiej siły, wygrał efektownie w trzeciej rundzie mając Anglika 4 razy na deskach i zdobył czwarte mistrzostwo świata w trzeciej wadze (super średniej).

 

Po walce obok Canelo pojawił się Daniel Jacobs, z którym tak niedawno (28 kwietnia) heroiczny bój toczył Maciek Sulęcki i był bliski wygranej. Nie wykluczone, że to właśnie on jako następny ustawi się po wielką wypłatę do kasy za pojedynek z Alvarezem. A Sulęcki? Miał walczyć z Andrade, za mniejsze pieniądze, ale wygląda na to, że i ta walka rozpłynie mu się we mgle.

 

Przed Alvarezem wystąpił w MSG inny bokser, który ma w biografii polski wątek: Tevin Farmer, mistrz świata IBF, którego w 2012 roku zlał Kamil Łaszczyk. I co teraz robi Łaszczyk? Rozmawiałem z nim niedawno. Opowiadał mi jak pracował jako brukarz w firmie ojca, potem układał w Niemczech panele słoneczne. - Marzę o rewanżu z Farmerem – mówił mi Kamil.

 

Niestety to nierealne. Podobnie jak walka Sulęckiego z Canelo Alvarezem. Mało mamy znakomitych bokserów, słabi jesteśmy w ringowej dyplomacji. Dlatego w czasach wielkiej prosperity polscy bokserzy muszą się zadowalać resztkami z pańskiego stołu. A i tych resztek czasami brakuje. Krzysztof Głowacki wygrał swój pojedynek w World Super Boxing Series, ale dostał tylko podstawową wypłatę. Na bonus ciągle czeka. Może zapłacą, a może nie.

 

Można się pocieszyć, że w życiu są lata chude i tłuste. Oby te tłuste jak najszybciej nadeszły dla polskiego boksu.