Ostatni raz, jak pamiętam, równie bolesną klęskę ponieśli podczas MŚ w Dortmundzie (1989), gdzie w finale drużynowym 5:0 zbili ich Szwedzi, ale to było trzydzieści lat temu. Nie wygrali też igrzysk w Atenach (2004), choć mieli trzech żelaznych faworytów, a wszystkich pogodził Ryu Seung Min z Korei Południowej. Były też Puchary Świata, gdy na najwyższym stopniu podium stawali Europejczycy (m. innymi Andrzej Grubba, Jan Ove Waldner, Joergen Persson, Timo Boll czy Władimir Samsonow), ale tym razem na nosie zagrał im dzieciak, 15-letni Japończyk, Tomokazu Harimoto. Ten chłopiec z pochodzenia jest Chińczykiem, jego ojciec grał w chińskich barwach w MŚ w Tjaninie w 1995 roku, matka też była profesjonalną tenisistką stołową.

 

Problem jednak w tym, że największą nadzieję chińskiego pingponga, genialnego Fan Zhendonga nie pokonał wcale Harimoto, tylko 22-letni Brazylijczyk Hugo Calderano. To pierwszy przypadek w historii, by Chińczyka na wielkiej imprezie ograł zawodnik urodzony w Kraju Kawy. A tak było przecież w Incheon.


Pula nagród w prestiżowym World Tour Grand Finals, jak na tę dyscyplinę, była imponująca, przekraczała milion dolarów. Zwycięzcy gier pojedynczych otrzymali premie w wysokości 100 tysięcy dolarów, pokonani w finale 55 tysięcy.


15-letni Harimoto twierdzi, że pieniądze zdeponuje w banku, bo na razie jego myśli skoncentrowane są tylko na tenisie stołowym. Za niespełna dwa lata igrzyska olimpijskie w Tokio, jeśli Tomokazu będzie robił takie postępy jak dotychczas, to Chińczycy naprawdę mają się czego bać. Harimoto umie wszystko, jego bekhend jest kosmiczny, więc muszą jak najszybciej znaleźć skuteczną lekarstwo na jego wyczyny. Tym bardziej, że Japończyk z chińskim genotypem umie wygrywać wielkie imprezy, a to najważniejsze. Był najmłodszym w historii mistrzem świata juniorów (13 lat, 163 dni), najmłodszym zwycięzcą turnieju World Tour U-21 (12 lat 355 dni), najmłodszym zwycięzcą World Tour seniorów (14 lat 61 dni) a teraz pobił kolejny rekord wygrywając jako World Tour Grand Finals mając zaledwie 15 lat i 172 dni. Wyczyn, tak jak jego gra jest po prosty kosmiczny.


W Korei Południowej zabrakło tylko kontuzjowanego Ma Longa, najbardziej utytułowanego z chińskich asów, złotego medalistę igrzysk w Rio de Janeiro i dwukrotnego, indywidualnego mistrza świata Mogą więc pocieszać się tym, że gdyby w Incheon zagrał, to wszystko wyglądałoby inaczej. Niekoniecznie, on też mógłby przegrać, i co wtedy?


Jego rodak, 23-letni Lin Gaouyan też potrafi grać na mistrzowskim poziomie, co pokazał wygrywając chociażby z Xu Xinem, inną gwiazdą chińskiego tenisa stołowego, a w finale nie miał jednak nic do powiedzenia w pojedynku z Harimoto.


A przecież w na igrzyskach w Tokio o medale walczyć będą też drużyny i miksty. Japończycy mają jeszcze Yuna Mituzaniego, który w ćwierćfinale wyeliminował Lianga Jingkuna, oraz Niwę Koki, i przy pomocy Harimoto będą w stanie mocno postraszyć Chińczyków. Podobnie mikst, ale tu na razie tak naprawdę nikt nie odkrył kart.


Wydaje się, że na niespełna dwa lata przed igrzyskami nie uległa najmniejszym zmianom jedynie sytuacja w singlu kobiet. Przewaga Chinek jest ogromna, a wygrana w Chen Meng potwierdza tylko, że ich wewnętrzne kwalifikacje będą większym wyzwaniem niż olimpijski turniej.


A panowie? Jeszcze przed rozpoczęciem finałowego turnieju World Tur wydawało się, że przed igrzyskami nikt już nie dogoni Fan Zhendonga i Ma Longa. Dziś wiemy, że 21-letni, potrafiący grać na kosmicznym poziomie Fan Zhendong ma jednak swoje słabości i nie będzie w Tokio żelaznym faworytem. A 30 letni Ma Long? Tego nie wiemy, być może jego kontuzja to wybieg mający utrzymać potencjalnie najgroźniejszych rywali w niepewności.


Ale co do tego, że po laniu w Incheon Chińczycy są w szoku, nikt nie ma wątpliwości. Nie tylko Harimoto pokazał bowiem, że można ich pokonać.