Kowalski: Żegnamy Eduardo, czyli 1,5 mln zł wyrzucone w błoto

Piłka nożna
Kowalski: Żegnamy Eduardo, czyli 1,5 mln zł wyrzucone w błoto
fot. Cyfrasport

Niegospodarność. Tak brzmiałby zarzut wobec tego, kto zdecydował się zatrudnić w jakiejkolwiek państwowej firmie kogoś oferującego tak marną jakość usług jak Eduardo w Legii. Klub jest oczywiście prywatny i właściciel ma prawo zatrudniać sobie kogo chce i za ile chce. Tak jak wszyscy z zewnątrz maja prawo ocenić politykę personalną mistrza Polski. A na przykładzie angażu Brazylijczyka, który grał dla reprezentacji Chorwacji, ta ocena musi być druzgocąca.

Były napastnik Arsenalu zagrał: 13 minut w europejskich pucharach (w 1 meczu), 74 minuty w Pucharze Polski (2 mecze), 536 minut w lidze (w 11 meczach). Bilans: 0 goli, 2 asysty. Pensja: ok. 30 tysięcy euro miesięcznie (129 tysięcy złotych). Okres trwania kontraktu: 12 miesięcy - 360 tysięcy euro (1 548 000 zł)…

 

Oczywiście futbol to nie matematyka. Nie można wszystkiego przeliczać na gole i asysty. Czasem trzeba zwrócić uwagę na wartość marketingową, większe zainteresowanie mediów. Możliwe, że gość z takim CV miał pozytywny wpływ na tzw. szatnię. Może podczas treningów nauczyli się od niego czegoś młodzi? Pamiętajmy również, że Eduardo świadczył klubowi usługi nie tylko na boisku, bo oprowadzał też w pewnym czasie wycieczki po stadionie. No i najważniejsze: zatrudnienie każdego piłkarza wiąże się z ryzykiem odniesienia przez niego kontuzji. A w tym przypadku kłopoty zdrowotne napastnika miały ogromne znaczenie.

 

Tyle, że w takich sytuacjach każdy poważny klub patrzy w historię wstępów zawodnikach we wcześniejszych sezonach i wyciąga proste wnioski. Jeśli facet występuje w kilkudziesięciu meczach w każdym sezonie, to się go bierze, a jak nie gra to znaczy, że coś jest z nim nie tak. To abecadło oczywiste nawet dla początkujących menedżerów. Eduardo przed przyjściem do Legii nie grał praktycznie wcale, a jednak sztabowi z Chorwacji, w którym w tamtym czasie zakochany był właściciel Legii, udało się wcisnąć go do klubu.

 

Dariusz Mioduski w rozmowie ze mną już przed rozpoczęciem obecnego sezonu przyznawał, że była to „pewnego rodzaju fanaberia”. Choć wydaje się, że na fanaberię to powinni sobie pozwalać ci na których na to stać, a sam prezes mówi dziś, że klub ma poważne długi i właściciel będzie musiał dokładać ze swoich. Mając to na uwadze, można się teraz zastanawiać jak odbierać spór klubów na temat wpływów z tytułu nowego kontraktu telewizyjnego. Większość właścicieli czołowych drużyn twierdzi, teoretycznie nie bez racji, że ci którzy mają największe zasługi w Ekstraklasie w ostatnich latach powinni dostawać największy procent. Rodzi się jednak pytanie jak to spożytkują?

 

Jeśli to mają być pieniądze wydane na kolejne fanaberie i zatrudnienie emerytów, którzy na stare piłkarskie lata przyjeżdżają do Polski, aby się podkurować i skasować w czołowym polskim klubie, to może jednak dzielić pieniądze z praw telewizyjnych absolutnie po równo i dać wykazać się tym mniejszym, którzy tego nie zmarnują? Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że 1,5 miliona złotych na obecność pana Eduardo w Warszawie w 2018 roku to pieniądze wyrzucone w błoto.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze