Co prawda nie przebił się na wypożyczeniu w Genui, ale jeszcze niedawno grał w młodzieżowej reprezentacji Portugalii (także podczas Euro w Polsce). Fakt, że za wykupienie pomocnika Portugalczycy winszują sobie 6 mln euro też ma swoją wymowę. Może być tak, że gdzieś się na chwilę zagubił, a mistrz Polski korzysta z wyjątkowej okazji i go wypożycza na pół roku. Być może, jeśli się sprawdzi, wypożyczenie zostanie przedłużone, opcji jest sporo. Wśród kibiców już rozeszła się wieść, że to gość z potencjałem na największą gwiazdę naszej ligi. Na miarę grających kiedyś w Legii Vadisa Odjidji-Ofoe czy Danijela Ljuboji. 

 

Nie mam zamiaru podważać zasadności takiego wyboru i chyba lepiej, aby do polskiej ligi trafiali tego typu zawodnicy, którzy mają jeszcze szansę rozwoju, a już wysokie umiejętności niż tacy, którzy na stare lata przyjeżdżają tu tylko skasować i poudawać wielki futbol. Jak Eduardo chociażby, czy całkiem spory zaciąg przeciętniaków z Bałkanów. Albo trzecioligowcy z lepszych piłkarsko krajów, robiący u nas za prawdziwych fachowców, ale w żaden sposób nie potrafiący pomóc wskoczyć na pułap międzynarodowy. 

 

Może być tak, że Medeiros rzeczywiście podbije Ekstraklasę w te kilka miesięcy i będzie nie tylko dla Legii, ale dla całego tzw. produktu, jakim jest liga, wartością dodaną. Jasne, że każdy transfer wypada rozpatrywać oddzielnie, jeden wypali, inny nie. Normalna sprawa. Pytanie tylko dlaczego w momencie, kiedy pojawia się trener z konkretnej strefy geograficznej, klub natychmiast zmienia front i właśnie w niej zaczyna szukać zawodników. Na potęgę. Jednego za drugim. 

 

Besnik Hasi ściągał graczy z Beneluksu, Romeo Jozak z Bałkanów, Sa Pinto z Portugalii. To oczywiste, że ciągną swoich. Bo znają rynek, zawodników, ich możliwości, być może kierują się patriotyzmem, może jeszcze czymś bardziej przyziemnym... Nie ma w tym z ich strony niczego nagannego. Zastanawiające jednak, że władze Legii aż na taki rozmach w tej kwestii swoim kolejnym trenerom po prostu pozwalają. Aż się przecież prosi, aby trener z innego lepszego świata, być może rzeczywiście wyjątkowej klasy fachowiec wykreował, poprawił czy inaczej spojrzał na graczy, których mamy pod nosem albo po prostu w klubie, a nie szedł na łatwiznę.

 

To po co jest ten cały dział zwany dumnie scoutingiem, skoro każda zmiana na stanowisku trenera wywraca wszystko do góry nogami? Gdzie jest ta długofalowa strategia, o której tak pięknie potrafi mówić Dariusz Mioduski? Raczej przypomina to miotanie się od ściany do ściany i bazowanie na tym co zaproponuje kolejny szkoleniowiec. Owszem, może się zdarzyć, że i takie puszczenie lejców kolejny raz sprawi, że Legia zdominuje polską ligę i autor takiego osiągnięcia będzie prężył pierś do medalu (jak zdobywa dubletu, ale zapomniany już dziś Dean Klafurić w ubiegłym sezonie). 

 

Tylko w przypadku Legii tu nie chodzi jedynie o wygranie na krajowym podwórku i poprawieniu CV kolejnym trenerom. Warto, aby z tych kolejnych zagranicznych zaciągów coś pozostawało na przyszłość. Najlepiej, aby przybysze pomogli wprowadzić klub do fazy grupowej europejskich pucharów, a jeśli nie to przynajmniej, aby przedstawiali taką wartość dzięki, której po ich transferach nie byłoby 40 mln dziury w budżecie. To oni mają być dla Legii, a nie Legia dla nich.