1. – Jesteśmy już doświadczonym zespołem, mamy zawodników grających na wysokim poziomie – mówił dzień przed meczem kapitan Adam Waczyński. Prawda. W meczu z Chorwacją objawiło się to kompletnym brakiem paniki w pierwszej kwarcie. Umówmy się – panika mogłaby być uzasadniona. Zaczynasz wyjazdowy mecz od 10 pudeł, czterech strat i wyniku 0:14. W ataku grasz fatalnie, dajesz rywalom szanse na łatwe punkty, liderzy zawodzą, nie idzie nic. Ale w obozie Biało-Czerwonych nie było żadnej paniki. Zmiany, lepsza obrona, ciułanie punktów, wybijanie Chorwatów z rytmu. – Duży spokój, naprawdę. Wiemy, co robimy źle, jesteśmy spokojni, że się poprawimy – powiedział mi w przerwie Marek Popiołek, członek sztabu kadry.

 

2. Pierwszym graczem, który otrząsnął się z początkowej niemocy był rezerwowy Michał Sokołowski. Zaczął od tego, że wymuszał faule. Raz, drugi, trzeci. Może i topornie to wyglądało, ale grunt, że było skuteczne. Potem doszły trójka, wsad z kontry w trzeciej kwarcie… „Sokół” – mój ulubiony, pruszkowski „Sokół” – uzbierał 12 punktów, sześć zbiórek, trzy asysty i przechwyt. Statystyka +/- na poziomie +15 była drugą najlepszą w polskim zespole. Bardzo dobry mecz.

 

3. Skoro jesteśmy przy statystyce +/-. Kto miał najlepszą? Łukasz Koszarek! Człowiek niezniszczalny. Już w pierwszej połowie, w której miał trzy punkty bez asysty, ale i dwie straty, miał najlepsze (z Sokołowskim, Karolem Gruszeckim i Dariuszem Wyką – chwała rezerwowym!) +8. A po przerwie? Najpierw były straty, z czego jedna kompromitująca. A potem – kluczowe akcje. Dwie celne trójki pod koniec trzeciej kwarty. Potem dwie wybronione akcje, ważna zbiórka w ataku. W 18 minut „Koszar” miał +17. Chorwaci zobaczyli w piątek prawdziwego Košarka.

 

4. Mateusz Ponitka, najlepszy gracz tego meczu, przerwał mi pytanie, gdy zaczynałem wymieniać tych, którzy się w polskiej drużynie wyróżnili. – Nie można tak wyliczać nazwisk, bo wszyscy zagrali bardzo dobrze – powiedział. Jasna sprawa, jednak nie ma wątpliwości, że kilku graczy wywiązało się ze swojej roli idealnie. Najlepiej – właśnie Ponitka. 20 punktów, osiem zbiórek i dwa bardzo ważne bloki. Bloki, które pokazały Chorwatom, że o łatwe punkty nie będzie łatwo. Ponitka zagrał „swoje”, a mi najbardziej zaimponował chyba skutecznością z linii rzutów wolnych – 9/10, brawo.

 

5. Miro Bilan – człowiek-grzyb. 2/10 spod kosza, efektowne serie pudeł… Sorry, nie mogłem się oprzeć.

 

6. A.J. Slaughter w pierwszej połowie grał głównie jako jedynka. Efekt? Sześć punktów, 2/7 z gry, asysta, trzy straty. W drugiej części Amerykanin częściej występował jako dwójka. Efekt? Dziewięć punktów, cztery asysty, choć wciąż trzy straty. W sumie – 15 punktów, pięć asyst i sześć strat, 6/14 z gry. Ale umówmy się – w najważniejszych momentach był świetny. A po meczu powtórzył mi to, co zawsze: - I prefer to play off the ball.

 

7. Maciej Lampe nie zaliczył efektownego występu – zaczął źle, potem zbił kolano, skończył z dorobkiem dziewięciu punktów, ośmiu zbiórek i dwóch asyst. Niby nic wielkiego, ale mam wrażenie, że w kluczowych momentach w obronie był tam, gdzie trzeba i również na deskach wykonał kawał dobrej roboty. Mało spektakularny, ale porządny mecz.

 

8. Zdziwiło nas bardzo to, że Arenie Varażdin było nijako. Chorwaci nie wypełnili jej do ostatniego miejsca, nie mieli zorganizowanego dopingu, nie poderwali się przy 14:0. Lipa, a nie atmosfera. Kibice z Polski – z Włocławka - momentami zagłuszali miejscowych, choć przyjechało ich kilkudziesięciu. Ten brak mobilizacji na trybunach był jednym z dowodów na to, że w chorwackim baskecie źle się ostatnio dzieje.

 

9. Po meczu, czekając na naszych koszykarzy pod szatnią, zauważyłem Dino Radję, który poszedł pogratulować Biało-Czerwonym. - Polacy zasłużyli na awans, byli od nas lepsi w obu meczach. Dzisiaj, jak widziałeś pięciu ludzi po jednej stronie i pięciu po drugiej, to jasne było, kto ma przewagę fizyczną i jest lepszy – przyznał potem Radja w krótkiej rozmowie. Miłe słowa.

 

10. Jak cieszyli się Polacy? Radość na boisku po ostatnim gwizdku, radość na trybunach, gdy poszli podziękować kibicom z Włocławka, radość w szatni, gdzie były szampany, okrzyki, euforyczne zdjęcia. A po kolacji w hotelu – drużynowe wyjście do wynajętego pubu. Teraz czeka ich lot do Polski, do Gdańska z międzylądowaniem w Warszawie. Mecz z Holandią – w poniedziałek. Tam będzie szansa poświętować z kibicami.

 

#DawajPolska!