Przemysław Iwańczyk: To jest plaga, to jest zmora – mam na myśli doping – nie tylko zawodowych sportowców. Jeśli Polska Agencja Antydopingowa (POLADA) wspólnie z organizatorami amatorskich wyścigów kolarskich siada do jednego stołu i zastanawia się jak ograniczyć doping wśród sportowców amatorów - to oznacza, że problem jest poważny.

 

Michał Rynkowski: Problem jest. Oczywiście, w tym momencie mówimy tylko o środowisku kolarskim. Jednak to zagadnienie dotyczy również innych dyscyplin, w tym takich sportowców jak kulturyści, osoby uprawiające fitness czy trójboiści. Jest to zjawisko o dość szerokim spektrum. Jeśli mielibyśmy koncentrować się tylko na kolarzach - to w ostatnich latach wykrywaliśmy przypadki pozytywne - czyli takie, w których zawodnik był pod wpływem substancji zabronionych. Tyczyło się to właśnie próbek pobranych od sportowców amatorów. Co ciekawe, rywalizacja w której brali udział tacy uczestnicy, nie była szczególnie nagradzana. Robili to tylko i wyłącznie ze swoich osobistych pobudek. Na pewno nie ze względu na korzyści materialne.

 

Polska Agencja Antydopingowa wykłada pieniądze, aby przeprowadzać badania. Gdyby takiej samej skali kontroli poddać amatorów - czy tych przypadków byłoby o wiele więcej niż u zawodowców?

 

Pewnie tak, ale musimy być w tym przypadku ostrożni w ocenie. Sportowcy amatorzy nie są przyzwyczajeni do reżimu w postaci kontroli antydopingowej. Mam na myśli to, że nie znają zasad, w ramach których działa system antydopingowy. Nie wiedzą, jakie środki są dozwolone, a jakie zabronione. Z tego powodu często amatorzy nawet nieświadomie stosują substancje zabronione. Z drugiej strony jest też grono osób, które z pełną premedytacją używają sterydów anabolicznych i hormonów. Robią to w celu poprawy swojej sylwetki lub w ramach osiągnięć na płaszczyźnie amatorskiej.

 

Ilu amatorów w ciągu roku jest przyłapanych na stosowaniu dopingu?

 

Jeśli chodzi o kolarstwo, to jeden amator. Dwa lata temu kolejny uczestnik. Generalnie agencje antydopingowe nie przeprowadzają takich badań na amatorach.

 

Organizatorzy imprez twierdzą, że są to jednostkowe przypadki, ale takich, którzy "jeżdżą na koksie" – mówiąc kolokwialnie -  jest dziesięciu na stu.

 

Niewiele przypadków jest wykrywanych, natomiast ile jest ich w rzeczywistości, tego tak naprawdę nikt nie wie, dlatego że do tej pory nie była realizowana szeroko zakrojona kontrola antydopingowa. Pewne wyobrażenie może dawać środowisko kulturystyczne, które w Polsce jest traktowane jako sport wyczynowy, ale już za granicą nie wszędzie. W tych przypadkach, na kilka zaplanowanych kontroli, większość okazuje się rzeczywiście pozytywna. To niestety może dawać pewne wyobrażenie jak to wygląda w ogóle na siłowniach.

 

Ile kosztuje zbadanie jednej osoby?

 

Jest to koszt około tysiąca złotych w ramach standardowej analizy. W przypadku dodatkowych badań, wydatek zwiększa się o siedemset złotych – czyli są to wysokie kwoty.

 

Pokusa sięgnięcia po niedozwolone środki jest bardzo duża, a że kontrola kosztuje tak wiele to powoduje, że ludzie mają poczucie bezkarności i biorą doping.

 

Faktycznie. Koszty analizy laboratoryjnej są wysokie, ale pamiętajmy, że wynika to ze specyfiki ograniczonej liczby próbek. Z roku na rok te koszty jednak spadają i to jest pozytywna tendencja. Warto podkreślić też to, że organizatorzy tymi wydatkami mogliby obciążyć zawodników np. pobierając od jednego uczestnika przysłowiową złotówkę i wtedy w ramach pakietu startowego można byłoby te środki wygospodarować.

 

Cała rozmowa Przemysława Iwańczyka z Michałem Rynkowskim w załączonym materiale wideo.