Bożydar Iwanow: Długo czekałaś na to, żeby zyskać miano „piłkarza meczu”…

 

Szymon Sobczak: Dość długo. I za długo, to fakt. Ale ta przerwa trwała tak długo ze względu na moją sytuację w Mielcu. Do dziś niezrozumiałe dla mnie decyzje sprawiły, że w ogóle tam nie występowałem. Ale to już dla mnie zamknięty temat. Na razie cieszę się z tego, jak się zaczął ten nowy rozdział. Zresztą nie tylko mój ale i całego Stomilu. To jednak dopiero początek. Przed nami kolejne równie ważne mecze. Dobrze, że gramy je u siebie i na tym się teraz skupiam.

 

Nie bałeś się podjąć takiego ryzyka? Wiadomo jaka była sytuacja w Olsztynie.

 

Wiele osób odradzało mi ten ruch. Sugerowano zatrudnienie gdzieś indziej. Ja jednak lubię podejmować ryzyko. Lubię wyzwania i także dlatego się tu znalazłem.

 

Trochę na „ostatnią chwilę”…

 

Byłem już wcześniej na zgrupowaniu z drużyną w Nieborowie. Dwa tygodnie przed ligą. Lecz sytuacja była ciągle niejasna, wyjechałem nawet na parę dni bo wciąż nie byliśmy pewni, jak to się zakończy. Wróciłem dosłownie na cztery dni przed meczem z GKS-em Tychy. Przystąpiłem do tego spotkania praktycznie z marszu. Ale jak wiadomo, nie tylko ja…

 

Zgodzisz się, że nie jest to jednak powszechna sprawa, że sklecony „na szybko” zespół przystępuje do meczu i to na zapleczu Ekstraklasy?

 

Takie sytuacje raczej nie mają miejsca co dzień, tym bardziej na tym poziomie. Nie tylko dla mnie była to okoliczność zupełnie nowa. Tym bardziej należą się brawa dla całego sztabu, drużyny i władz klubu, że udało się wystartować w rozgrywkach. I na razie nie narzekamy sportowo na ten start.

 

Jakie aspekty miały decydujące znaczenie w ustalaniu składu na te pierwsze spotkania skoro, mówiąc kolokwialnie, zbieranie kadry to była swojego rodzaju „łapanka”?

 

Kiedyś jakiś trener powiedział, że wystawia taki zespół, który będzie dla niego najmniejszym ryzykiem. Na zgranie, możliwość zrealizowania tego, co zostało przećwiczone podczas dziesiątek jednostek treningowych nie było w naszym położeniu najmniejszych szans. Szkoleniowcy zdecydowali się na taki wybór, który miał dać największe zaangażowanie poparte umiejętnościami indywidualnymi. I to one zadecydowały o wynikach dwóch pierwszych spotkań. Trener Piotr Zajączkowski dobierał do składu piłkarzy o takich właśnie walorach. Zdawał sobie sprawę, że sytuacja Stomilu jest wyjątkowa. Przy odrobinie szczęścia mogliśmy się nawet pokusić także o wygraną z Sandecją. Jedno lepsze dogranie, inna decyzja i kto wie, czy na naszym koncie nie znalazłoby się nawet już sześć punktów. Ale nie ma co narzekać.

 

Jaki jest sposób gry Stomilu?

 

Gramy „nisko”, najczęściej z kontry. Nie możemy nadmiernie się otwierać, bo przy takim zgraniu, a raczej jego braku, moglibyśmy mieć duży problem. Sztab do każdego meczu podchodzi „z głową”. Mikrocykl jest dobrze ułożony. Zobaczymy, jak będziemy wyglądać, gdy liga grać będzie co trzy dni. Ale mamy naprawdę dobrą i szeroką kadrę, złożoną z dwudziestu pięciu zawodników. A jeszcze niedawno mówiło się, że nie złoży się tu nawet jedenastki do grania.

 

Dla wielu z was ta wiosna to z jednej strony ratowanie Stomilu, a z drugiej pomoc samym sobie, bo polska piłka znów zobaczy, że często niechciani w innych miejscach zawodnicy ciągle wiedzą jak się gra?

 

O Stomilu tej zimy było bardzo głośno. Najpierw negatywnie, a potem pojawiła się ta pozytywna strona, teraz poparta i wynikami. Wiele osób przyglądało się i będzie się przyglądać z zaciekawieniem, jak to wszystko będzie się tu rozwijać. Czy z piłkarzy, którzy nie mieli szansy na normalne przygotowania da się stworzyć porządną drużynę? Będziemy pod lupą pewnie do maja.

 

Drużyna na razie „jedzie” trochę na euforii. Ale czy w pewnym momencie nie zabraknie jej zdrowia właśnie ze względu na brak normalnego zimowego okresu przygotowań?

 

Ja cały czas byłem aktywny. Szykowałem się do gry na wiosnę, nie wiedziałem tylko … z kim przyjdzie mi występować. Przez tydzień przymierzano mnie do Żalgirisu Kowno. Z litewskim klubem byłem przez tydzień na zgrupowaniu w Wałbrzychu, zagrałem w sparingu, w którym zdobyłem zwycięskiego gola. Klub był na tak, ale temat, „nagrywany” przez zagranicznego menadżera ucichł. I już się nie pojawił. A co do euforii… Nie nazwałbym tego w ten sposób. Wiemy jaką wagę mają najbliższe spotkania. Mamy świadomość, że nikt się nie spodziewał, że zaliczymy taki początek. Ale pomogła nam też organizacja klubu. Tu naprawdę w ciągu dwóch tygodni wszystko zmieniło się o 180 stopni. Jeszcze nie dawno nie było wiadomo czy Stomil w ogóle wystartuje, a dziś kiedy wiele spraw się wyprostowało wszyscy są przekonani, że Stomil się utrzyma.