Jeśli Legia nie obroni mistrzostwa, plajta może być nie tylko sportowa

Piłka nożna
Jeśli Legia nie obroni mistrzostwa, plajta może być nie tylko sportowa
fot. CyfraSport

Piast na prowadzeniu. Jeśli wygra w następnym meczu w Szczecinie z osłabioną Pogonią zbliży się do mistrzostwa Polski. Nie wiemy czy tak się stanie, ale czy ktoś nawet przed końcem sezonu zasadniczego powiedziałby, że to drużyna z Gliwic może zapewnić sobie tytuł?

Sensacja dekady w naszej Ekstraklasie wisi dosłownie na włosku (w ostatnich latach dość niespodziewanie w 2012 roku mistrzostwo zdobył Śląsk Wrocław, ale na pewno nie było to aż takie zaskoczenie, jak tym razem). Wygląda na to, że drużyna Waldemara Fornalika może być największym beneficjentem bałaganu w Legii. To nie jest oczywiście tak, że w poprzednich sezonach etatowy ostatnio mistrz Polski był dużo bardziej poukładany. Śmiem twierdzić, że rozgardiasz organizacyjno-sportowy bywał przy Łazienkowskiej bardzo podobny. Nie było jednak nikogo z zewnątrz, kto potrafiłby go wykorzystać. Goniący, czy też będący po pierwszej rundzie na czele, jak Jagiellonia Białystok, nie potrafili poprowadzić spraw do końca i zabrać co swoje. 
 
Piast ma ewidentnie dużo więcej śmiałości. Zaczął finiszować właśnie w najważniejszym momencie, czyli w rundzie dodatkowej, kiedy wszyscy skamlali o zmęczeniu „niesamowitą” liczbą rozegranych spotkań. Przygotował sobie bazę do ataku, wygrywając kilka meczów z rzędu, następnie upokorzył Legię w Warszawie, teraz ją wyprzedził i... finiszuje. Owszem, zwłaszcza w tym ostatnim niesamowitym meczu z Jagiellonią miał mnóstwo szczęścia (ile takich bramek w karierze potrafił strzelić Tomasz Jodłowiec, ile takich karnych w ostatniej minucie wybronił Jakub Szmatuła?). Ale wiadomo, komu sprzyja szczęście. Być może ostatni mecz gliwiczanie zagrają o pietruszkę, będąc już mistrzem!
 
Nie ma żadnych wątpliwości, że taki scenariusz jest możliwy tylko dzięki doskonałej strategii odpowiedzialnego za projekt sportowy w Gliwicach Waldemara Fornalika. Były selekcjoner tę drużynę dobrał personalnie i przygotował taktycznie oraz przede wszystkim fizycznie. To nie jest przypadek, że Piast nie pękł w Warszawie, kiedy trzeba było bronić zwycięstwa, a z Jagiellonią walczył jak lew do końca. Przypomnę tylko, że rozkładał na łopatki obecnych jeszcze mistrza i wicemistrza, a wcześniej ówczesnego lidera i rewelację rozgrywek - Lechię Gdańsk. Zespół ze Śląska wygrał wszystkie pięć meczów w grupie mistrzowskiej, a passa zwycięstw trwa od sześciu kolejek. Czyż można udowodnić swoją wyższość jeszcze bardziej dobitnie?
 
Wróćmy jednak do punktu odniesienia, czyli do Legii. Przy wielkiej pochwale „Waldemara Kinga” i jego ekipy trzeba zauważyć, że to mistrzostwo jest możliwe, ponieważ obecny mistrz aż się prosi, aby koronę mu strącić. Nie pierwszy raz zresztą. Coś, co w poprzednich przypadkach uchodziło dla drużyny z Warszawy za swego rodzaju atut (odpuszczała początek sezonu, aby wyprzedzać rywali w samej końcówce i wygrywać rzutem na taśmę), dziś może zacząć nabierać innego wymiaru. Przecież klub aż tak bardzo odstający finansowo od całej reszty na plus powinien dominować w rozgrywkach, potknąć się od czas do czasu, co wynika z charakterystyki tej gry, zwyciężać z dużą przewagą i zastanawiać się, jak wzmacniać ekipę przed rywalizacją na arenie międzynarodowej. 
 
Nawet jeśli jakimś cudem Legii znów się uda ligę wygrać, to co z tego? Przecież tu w kwestiach sportowych nic nie drgnęło od kilku lat. Sprowadza się na pęczki zawodników od sasa do lasa. A jedynym kluczem jest to, kto akurat jest trenerem, kto ich ciągnie za sobą. Albo mamy zaciąg bałkański, albo portugalski. To samo z trenerami. Ciągle zmiany, nerwowe ruchy, obietnice bez pokrycia, jakieś mylne sygnały wysyłanie do mediów i kibiców. Raz się odsuwa starszych zawodników i stawia na młodszych, po chwili ich się przywraca itd. Jedno jest pewne, strategii w tym nie ma żadnej. 
 
Prezes i właściciel klubu Dariusz Mioduski już dawno podkreślał, że na skutek nie tylko swoich błędów w budżecie jest ogromna dziura i trzeba było ją w jakiś sposób zasypywać. A zasypywano, mając nadzieję na wypłatę od UEFA za udział zespołu przynajmniej w fazie grupowej Ligi Europy, do której oczywiście łatwiejsza droga z pozycji mistrza. Dziś widać coraz wyraźniej, że bazowanie na wyliczeniach finansowych w oparciu o zakładany sukces sportowy, nie mając odpowiedniej wiedzy o sporcie, to może być droga do plajty. Nie tylko sportowej.
Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze