Po ubiegłorocznych mistrzostwach świata wielu dziennikarzy i ekspertów próbowało jakoś zobrazować sylwetkę i przede wszystkim filozofię pracy Heynena. Trzeba przyznać, że to zadanie bardzo trudne i musiałby się go podjąć ktoś, kto go doskonale zna. Pytanie tylko, czy w środowisku dziennikarskim ktoś taki jest? Zawodnicy pracujący z Heynenem często się uśmiechają, kiedy słyszą pytania o swojego trenera, bo pewnie - jak większość kibiców - też nie do końca wszystko rozumieją, ale nie dyskutują, bo po pierwsze wygrywają, a po drugie - i chyba najważniejsze - dobrze czują się w swoim towarzystwie.


Obserwując zachowanie Heynena przez trzy dni rywalizacji w Spodku można się zastanawiać ile w jego zachowaniu jest gry, a ile autentycznych emocji. Awantury przy wideoweryfikacjach i notoryczne kłótnie z sędziami oraz bezceremonialne okazywanie triumfu po wygranych „czelendżach” wprowadzały publiczność na trybunach niemalże w stan ekstazy. On w swojej roli czuł się znakomicie, co pokazał też podczas odgrywania hymnów, kiedy z pełnym przejęciem śpiewał z kibicami refren Mazurka Dąbrowskiego.


Mimo tych wszystkich „dziwactw” o których słyszeliśmy i niekonwencjonalnych metodach treningowych, o których krążą już legendy, jedno jest pewne i stanowi podstawę, aby stwierdzić, że dla Vitala Heynena najważniejszą sprawą w prowadzeniu zespołu są dobre relacje w drużynie i atmosfera w szatni. W niedzielę udowodnił to w praktyce, kiedy przystał na prośbę Damiana Wojtaszka, który w niedzielę miał ważną uroczystość rodzinną i po prostu zwolnił go z obowiązku gry przeciwko Brazylii i pozwolił pojechać do domu.

 

Super sprawa, bo wiem, że nie każdy trener pozwoliłby sobie na taki gest w stosunku do zawodnika. Właśnie tak buduje się wspomniane wyżej relacje w drużynie, a jak one są ważne pokazały ubiegłoroczne, wygrane przez nas, mistrzostwa świata. Poza tym wydaje mi się, że Heynen - choć całkowicie sfiksowany na punkcie siatkówki - doskonale wie, że świat nie kończy się na odbijaniu piłki przez siatkę.

 

Z drugiej strony, jako były zawodnik, zdaje sobie sprawę z faktu, że odbija się ją dobrze tylko wtedy, kiedy człowiek dobrze się czuje. I on rzeczywiście dba, aby jego siatkarze czuli się dobrze. Celowo piszę „jego”, gdyż od początku pracy z naszą kadrą używa właśnie takiej terminologii. Nie mówi siatkarze, nie mówi drużyna, tylko wyraźnie zaznacza „moi” siatkarze, „moja” drużyna, ale zwycięstwa na końcu są także nasze. I o to w tym wszystkim chodzi.