Jérôme Bourret, fachowiec l’Equipe pisze z Montrealu: "Przypominam sobie". To hasło Quebecu doskonale ilustruje więzy, które łączą Roberta Kubicę z torem imienia Gillesa Villeneuve'a. To tutaj miał największy wypadek w F1 - w 2007 i to również tutaj, na wyspie Notre-Dame, rok później, za kierownicą BMW odniósł swoje jedyne zwycięstwo w Formule 1, opuszczając Montreal jako lider klasyfikacji kierowców w mistrzostwach świata. Na pewno dzisiaj, kiedy dziewięć lat później powraca na tor Formuły 1, po tak długiej nieobecności w Grand Prix, spowodowanej feralnym wypadkiem rajdowym (jego druga pasja) z 2011 roku, powracają wspomnienia z tamtych czasów - pisze francuski dziennikarz i zaraz przypomina. 

 

- Po tym długim okresie absencji i licznych operacjach, Kubica wrócił w tym roku do F1. W wieku 34 lat zasiadł za kierownicą jednego z bolidów Williamsa. Często, bo aż w pięciu z sześciu wyścigów Grand Prix, kończył rywalizację na ostatnim miejscu.

 

- To oczywiście wielka frustracja. Ale ponieważ wracam skąd wracam, łatwiej mi zaakceptować tą sytuację - mówi l’Equipe Kubica. - Jeszcze rok, czy dwa lata temu, nawet nie byłem w stanie udowodnić, że stać mnie na powrót do Formuły 1. Dzisiaj staram się pozytywnie podchodzić do wszystkiego, jak ktoś, kto miał dużo szczęścia, ponieważ spełniłem swoje marzenie, by zostać kierowcą Formuły 1 - dodaje Kubica. 

 

- Nie liczcie, że ten chłopak - pisze l’Equipe - będzie narzekał na to, co przeszedł w ostatnich latach. Nigdy, od początku sezonu, nie szuka wytłumaczeń swych niepowodzeń, nigdy nie rusza tematu niesprawnej prawej ręki. Pogodził się z pierwszeństwem swojego 21-letniego kolegi z zespolu, Georga Russella, ubiegłorocznego mistrza świata Formuły 2.

 

- Trudno mi wyjaśnić, jaki wpływ na wyniki ma moja obecna sytuacja (zdrowotna). Kierowca, którym byłem dziesięć lat temu, już nie istnieje. Dzisiaj prowadzę bolid, nie bacząc na moją prawą rękę. Moje ciało jest jakie jest, a mój mózg robi wszystko, żeby wyciągnąć z niego maksimum - mówi szczerze Robert.

 

- Od stycznia 2011 roku Kubica nauczył się nowego życia, pogodził sie z faktem, że nigdy już nie będzie kierowcą, którym kiedyś był - pisze francuska gazeta, następnie cytując znów naszego rodaka: - Nie tylko moja kariera, ale również codzienne życie zmieniło się z dnia na dzień. Musiałem przyzwyczaić się do innego postępowania, dokładnie przeanalizować, co mogę zdziałać, a czego już nie mogę - wspomina Kubica. 

 

- Wszyscy koncentrują uwagę na fizycznych następstwach wypadku, ale u mnie to głowa była największym problemem… Nie mogłem się jednak poddać losowi, trzeba było to przezwyciężyć i zacząć od zera. Od tego, jak to ogarnę zależało moje nowe życie - mówi  l'Equipe Polak.

 

W dalszej części artykułu Jérôme Bourret pisze: - Pierwsze jego (Kubicy) Grand Prix po powrocie zakończone na siedemnastym, ostatnim miejscu, trzy okrążenia za zwycięzcą, było dla niego wielkim dokonaniem.

 

- Z zewnątrz ten rezultat nie wyglądał może rewelacyjnie, ale odczułem ogromne emocje, kiedy przejechałem metę i zobaczyłem flagę w kratkę. Ogarnęły mnie myśli o czasie i poświęceniach jakie były za mną, by doznać tej radosnej chwili. Wielu we mnie wątpiło, ale ja to rozumiem. Moja największa duma, to udowodnienie, że ten powrót był możliwy - wyznaje Kubica. 

 

Trzymamy kciuki, by kolejnym krokiem było opuszczenie ostatnich lokat. Ale to, jak wiadomo, dużo bardziej zależy od inżynierów Williamsa niż od Roberta Kubicy. On swoją najważniejszą walkę wygrał, za co, jak widać po artykule największej sportowej gazety świata, doceniają go pod każdą szerokością geograficzną.