Obrazki z finału Energa Basket Ligi: Ściskając mistrzów

Koszykówka

Mistrzostwo Polski dla Anwilu Włocławek w tym akurat sezonie to niesamowita historia. Siła pomysłu i pewności siebie trenera Igora Milicicia i jakości gry mimo kontuzji wielu zawodników włocławian była ogromna. W piątek włocławianie zakończyli finał, wygrywając mecz 7 na wyjeździe z Polskim Cukrem Toruń 89:77.

To był bardzo emocjonalny finał, a fakt, że doszło do pierwszego od siedmiu lat meczu 7, tylko te emocje zwielokrotnił. Płakali po końcowej syrenie torunianie, ale płakali także mistrzowie. Ja tradycyjnie po zakończeniu transmisji starałem się dotrzeć do wszystkich koszykarzy i trenerów, którzy uczestniczyli w finale, po to, żeby ich uściskać, żeby im pogratulować, a także podziękować, że dzięki ich grze, pomysłom i wysiłkowi my z Tomkiem Jankowskim na stanowisku komentatorskim mogliśmy przeżywać i budować wielkie emocje.

 

Tym razem jednak zwycięstwo w tym finale było dla Anwilu Włocławek, w końcu czwartego dopiero zespołu rundy zasadniczej, wyjątkowym osiągnięciem. Podkreślaliśmy to także w naszym pomeczowym #StudioAdRom Max na YouTube, gdzie tym razem mniej było już o taktyce, a więcej o emocjach. Dlatego pozwoliłem sobie też przy ściskaniu dłoni zawodnikom Anwilu na wyjątkowe podziękowania i gratulacje. Rozwinę je tutaj.

 

Dla trenera Igora Milicicia i jego asystentów Marcina Woźniaka i Grzegorza Kożana - za rozwalcowanie taktyczne konkurencji podczas finału, ewidentne dla każdego obserwatora finału, w tym także zawodników rywala. Anwil robił w tej serii, co chciał, i sprawiał, że Polski Cukier nie robił prawie niczego, co chciał.

 

Dla MVP finałów Ivana Almeidy - za to, że walcząc z kontuzją stopy (operacja umówiona na środę) był w stanie włączyć się w zespołowe granie i pomagać drużynie nie tylko rzutami, ale i asystami, zbiórkami. Almeida chciał odbierać nagrodę wspólnie z całą drużyną, ale oni po nią nie poszli. Wiedzieli, że należy się temu unikalnemu graczowi.

 

Dla wice-MVP (choć nieoficjalnego) Chase’a Simona, który co prawda w ostatnim meczu zdobył tylko 7 punktów (grał krócej przez kłopoty z faulami), ale w całej rywalizacji imponował wyborem rzutów i skutecznością.

 

Dla drugiego wice-MVP (dla mnie, bardzo nieoficjalnego) Kamila Łączyńskiego, który grając z kontuzją nogi poszerzył jeszcze wachlarz swojej gry w ostatnich dwóch meczach, najpierw mijając rywali w spotkaniu 6, a później trafiając trzy trójki w meczu 7. Niesamowita mądrość koszykarska i waleczność.

 

Dla Michała Ignerskiego, który od drugiego meczu finału poruszał się o kulach (kontuzja kolana), ale wreszcie zdobył swoje upragnione złoto w Polsce. Oby wsad, przy którym odniósł kontuzję 39-latek, nie był jego ostatnią akcją w karierze.

 

Dla Szymona Szewczyka, który mając 37 lat zagrał świetne finały, imponując siłą i kondycją. To jego trzecie mistrzostwo w cztery lata i nie wygląda na to, żeby miał dość.

 

Dla Walerija Lichodieja, który naderwał mięsień łydki w meczu 6, a i tak zagrał (na jednej nodze - jak mi powiedział) w meczu 7 i był najlepszy na boisku (16 punktów). Rosjanin też wiedział, że trzeba się poświęcić.

 

Dla Aarona Broussarda, który dołączył do zespołu w trakcie sezonu i swoimi unikalnymi umiejętnościami (wysoki rozgrywający, dobrze broniący, silny fizycznie) zapewnił włocławianom przewagi na boisku w kluczowych momentach meczów.

 

Dla Jarosława Zyskowskiego, który był kolejnym kluczowym zmiennikiem Anwilu i jako najbardziej nietypowy koszykarz polski swojego pokolenia stał się bohaterem najbardziej nietypowego okrzyku zbiorowego kibiców Anwilu („Ja-ro-sław! Ja-ro-sław!”).

 

Dla Michała Michalaka, który też wygrał z ciężką kontuzją i dawał świetne zmiany w finale dla Almeidy, trafiając trudne rzuty pod presją.

 

Dla Aleksandra Czyża, który wrócił do koszykówki po dwóch latach przerwy i operacjach obu kolan, a przydał się znakomicie, kiedy kontuzja zabrała Anwilowi Michała Ignerskiego.

 

Dla Josipa Sobina, który zdobył swoje drugie mistrzostwo we Włocławku, choć po kontuzji kolana w play-off nie zagrał ani sekundy.

 

Dla Igora Wadowskiego, którego rok temu nie chciano w Koszalinie, a który teraz jest mistrzem Polski, a AZS być może przestanie istnieć.

I nawet dla Adama Piątka, który był tylko uzupełnieniem składu, ale zdołał w tym długim finale zdobyć dwa punkty.

 

I wreszcie dla prezesa klubu Arkadiusza Lewandowskiego, który stworzył zdrowy, fascynujący organizm sportowy, którego sukcesami żyje cały Włocławek.

 

To była wyjątkowa drużyna.

 

Anwil mistrzem został po raz trzeci, w tym drugi z rzędu. Marzeniem byłoby teraz znaczne powiększenie budżetu klubu (zapowiadano to rok temu, ale się nie ziściło), po to, aby powalczyć o lepsze wyniki w Europie. Kibice z Włocławka na pewno są na to gotowi. Na ostatnim meczu finału znów było ich w Toruniu ponad 2000. Ich zaangażowanie i entuzjazm są wyjątkowe nawet na tle europejskim. To zawsze warto podkreślić.

 

Obrazek dnia: Śnieg został na ziemi

 

Decydujący mecz 7 zakończył się już w zasadzie po trzech kwartach. Włocławianie kontrolowali wynik przez cały mecz, ale decydujący, bolesny cios zadali w ostatniej akcji trzeciej części. Wtedy to torunianie popełnili głupią stratę w kontrataku, a po przechwycie piłka znalazła się w dyspozycji Ivana Almeidy. Późniejszy MVP finału zrobił dokładnie to, czego od MVP można się spodziewać. Wykonał znakomity rzut z dziewięciu metrów tuż przed syreną, a była to akcja tak zaskakująca, że stojący przed Kabowerdeńczykiem w obronie Tomasz Śnieg nawet nie wyskoczył, żeby zablokować rywala. Piłka wpadła do kosza i Anwil prowadził aż 75:58. To była już różnica nie do odrobienia w 10 minut.

 

Piątek w finale play-off Energa Basket Ligi:

 

Polski Cukier Toruń - Anwil Włocławek 77:89, końcowy stan rywalizacji (do czterech wygranych) 3:4, Anwil Włocławek został mistrzem Polski.

Adam Romański, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze