Przy remisie 24:24 tytuł mistrza Polski zapewnił gospodarzom Piotrowicz, który w końcówce zdobył trzy punkty z tzw. drop goala, czyli z kopnięcia piłki po koźle.

 

- Przez ostatnie dwa tygodnie razem z kolegami zostawałem po zajęciach i trenowałem "drop goala", bo czułem, że ten element może przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. To znaczy oni podawali mi piłkę, a ja kopałem. Wykonałem ponad 500 prób, z czego połowa była nieudana. Najważniejsze, że w kluczowym momencie noga mi nie zadrżała i nie zawiodłem – powiedział Piotrowicz po zakończeniu finału.

 

Łącznik ataku Ogniwa zdobył w sobotę w sumie 17 punktów i popisał się sporym uniwersalizmem, bo odnotował przyłożenie, trzy podwyższenia, trafił także między słupy z tzw. drop goala i z karnego. Lider mistrzów Polski nie czuje się jednak bohaterem tego spotkania.

 

- To jest nasz wspólny sukces, bo każdy wykonał swoje zadania. Koledzy, począwszy od "młynarzy", stworzyli mi dogodną sytuację, a ja ją tylko wykończyłem. Nie miałbym możliwości wykonaniu tych kopów, czy to z karnych bądź podwyższeń, gdyby nie ich praca – podkreślił.

 

W sezonie zasadniczym zawodnicy Ogniwa wygrali komplet dziewięciu ligowych spotkań i w konfrontacji o złoty medal także okazali się lepsi od łodzian.

 

- Przed meczem mówiliśmy sobie "gdzie jak nie u siebie" i "kiedy jak nie teraz". W drugiej połowie prowadziliśmy już 24:10 i z przewagą 14 punktów czuliśmy się dość komfortowo. A zranione zwierzę jest jeszcze bardziej rozsierdzone i atakuje ze zdwojoną siłą. Rywale to przecież klasowa drużyna oraz mistrz Polski, który przyjechał obronić tytuł i walczył do końca, ale my nie daliśmy rywalom metra swobody. Myślę, że mecz mógł się podobać, bo trzymał w napięciu do ostatnich sekund. To było świetne zwieńczenie sezonu – ocenił.

 

Droga Piotrowicza po złoty medal nie zawsze była usłana różami. Zawodnik zmagał się bowiem z dwoma poważnymi kontuzjami - w meczach reprezentacji z Holandią i Mołdawią doznał zerwania więzadeł pobocznych w tym samym kolanie.

 

- Dziękuję żonie, która zawsze mnie wspierała w tych ciężkich momentach. Teraz mogę każdemu, nie tylko w sporcie, powiedzieć "nigdy się nie poddawaj i zawsze dąż do celu". Jestem niezwykle szczęśliwy, bo rugby to całe moje życie. Trenuję, za sprawą rodziców, od szóstego roku życia. Poszedłem w ślady taty, który także był rugbistą, a później został sędzią. Gram już 23 lata i wywalczyłem pierwszy złoty medal. To spełnienie moich marzeń – podsumował.