Łukasz Borowski: Z czym kojarzy ci się to miejsce? Zostawiłeś tu mnóstwo zdrowia.

 

Michał Przysiężny: Chyba w 2004 roku doszedłem tutaj do ćwierćfinału. Wtedy był to olbrzymi sukces w polskim tenisie. Po 20 latach byłem chyba pierwszym ćwierćfinalistą w turnieju ATP. To na pewno duży sukces. Sopot zawsze kojarzy mi się bardzo dobrze. Jest to magiczne miasto. Może, piękna pogoda. To miasto również kojarzy mi się z wielkimi porażkami z Finlandią na Pucharze Davisa. Były to bardzo bliskie mecze, ale mimo wszystko to miasto kojarzy mi się bardzo dobrze.

 

Wielki tenis wraca do Sopotu na razie na zasadzie ATP Challengera. Wiele osób narzekało dlaczego nie gramy tutaj w Sopocie, gdzie są wielkie tradycje. Wiadomo jednak ile kosztuje zbudowanie takiego turnieju i takiego poziomu.

 

Na pewno był głód tego turnieju. Jest to jeden z najwyższych challengerów jaki jest możliwy. Myślę, że w ciągu dwóch, trzech lat Sopot powinien "dobić się" turnieju ATP 250. I znowu przyjadą tutaj zawodnicy z pierwszej "50", może paru z "10".

 

Czym dla ciebie jest ten turniej. Czy to będzie ostatni w twojej karierze?

 

Wydaje mi się, że to będzie mój ostatni turniej, ponieważ w tym roku nie grałem ich za dużo. Ostatni zagrałem w Meksyku pod koniec marca. Miałem przerwę, zagram w mistrzostwach Polski, które będą przygotowaniem do tego turnieju. Ja go nie wygram, to będzie mój ostatni turniej, bo jeżdżenie na mniejsze turnieje w moim wieku trochę się mija z celem.