Magiera: Z "dziewiątką" na plecach na podbój świata...

Siatkówka

Trudno ocenić dyspozycję naszej reprezentacji siatkarzy po towarzyskich meczach z Holandią na dwa tygodnie przed najważniejszym turniejem w tym roku, kwalifikacją olimpijską. Gołym okiem widać, że nasi gracze uczciwie popracowali w Zakopanem. Więcej na temat ich dyspozycji będzie można powiedzieć za tydzień po memoriale Wagnera. Teraz dwa słowa o bohaterze weekendu - Wilfredo Leonie.

Wilfredo Leon w rozmowie z Łukaszem Kadziewiczem na antenie Polsatu Sport po pierwszym meczu z Holandią ocenił swoją dyspozycję na 85 procent. Patrząc i oglądając dotychczasowe występy najlepszego siatkarza świata śmiało można wysnuć tezę, że to było jakieś 50, no może 60 procent, tylko rywal był słaby i przez to niezbyt wymagający. W skrócie oceniając występ Leona można powiedzieć tak. Atak się zgadza, nad przyjęciem trzeba cały czas pracować, blok może być, zagrywka przyjdzie z czasem. 

 

Ten ostatni element jest wizytówką zawodnika. Strzały po 130 km/h to w jego przypadku norma. W Opolu jednak nie szło mu tak jak oczekiwaliby tego kibice, którzy wyraźnie ożywiali się w momencie, kiedy pojawiał się za linią dziewiątego metra. W pierwszym secie Leon zepsuł wszystkie trzy swoje serwisy, w drugim zaś postawił na staranność, a nie moc, bo w jego przypadku serwis o prędkości 120 km/h nie robi na nikim wrażenia. - Zagrywka wyglądała słabo, ale to dlatego, że nad tym jeszcze nie pracowaliśmy. Jak popracujemy, to wszystko będzie w porządku - to słowa Leona ze wspomnianej na wstępie rozmowy z Łukaszem Kadziewiczem.

 

O zagrywkę rzeczywiście możemy być spokojni, ważne żeby przyszła w najbardziej oczekiwanym momencie, czyli w czasie turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich. Podobno na jednym z treningów poprzedzających mecze z Holandią Vital Heynen poprosił zawodników, żeby na koniec zajęć wykonali po trzy, cztery zagrywki tak mniej więcej na 75, 80 procent możliwości. Oczywiście jak na wszystkich zajęciach sztab szkoleniowy mierzył prędkość zagrywanych piłek. Zagrywki z wyskoku oscylowały mniej więcej w okolicach 100 km/h. Ostatnią wykonał Leon i uzyskał wynik 131 km/h choć na pierwszy rzut oka wydawało się, że uderzył piłkę kompletnie od niechcenia. Zresztą niedzielny mecz i seria w drugim secie kilku udanych serwisów w tym jednego z prędkością 129 km/h pokazuje, że wszystko rzeczywiście zmierza w dobrym kierunku.

 

Na koniec ciekawostka, dość humorystyczna, z prezentacji zawodników. Ceremoniał poprzedzający spotkanie odbywał się według protokołu FIVB, który będzie obowiązywał w turniejach kwalifikacyjnych i później na samych igrzyskach w Tokio. Zawodnicy wywoływani byli z tunelu na boisko według prostego klucza - najpierw kapitan zespołu, a później kolejni gracze według numerów wpisanych do protokołu. Mający „dziesiątkę” na koszulce Damian Wojtaszek oraz pozostali koledzy zaproponowali, aby Wilfredo, w sobotę - w swoim debiucie - wybiegł na boisko jako ostatni - i przywitał się nie tylko z publicznością, ale też wszystkimi reprezentantami. I wypadło to naprawdę świetnie. Ten sam Wojtaszek w niedzielę wołał do siebie Leona, który sam z siebie ustawił się na końcu biało-czerwonego szeregu, aby stanął już zgodnie z prawidłową kolejnością. „Dawaj tu, dawaj, święto było wczoraj, teraz do roboty”.

 

Ta sytuacja pokazuje, że atmosfera w drużynie jest w jak najlepszym porządku. A sam Leon otrzymał w reprezentacji swój ulubiony numer - dziewiątkę. Jak dotąd najbardziej utytułowanym graczem naszej kadry, który występował z tym numerem był Ryszard Bosek - mistrz świata i mistrz olimpijski. Popularny „Bubu” na pewno się nie obrazi, jeśli Wilfredo w niedalekiej przyszłości, będzie mógł o sobie powiedzieć dokładnie tak samo.

Marek Magiera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze