Marcin Lepa: Wywalczyliście awans na igrzyska olimpijskie w Tokio. Teraz pora na kolejny krok, jakim będzie wywalczenie medalu.

 

Michał Kubiak: Zgadza się. Nie boimy się głośno o tym mówić, a ja jako kapitan, będę mówił o tym najgłośniej. Z drugiej strony nie chciałbym też, żeby już teraz zaczęto nam wieszać medale na szyjach, bo też nie o to chodzi. Jesteśmy dobrym zespołem, możemy być jeszcze lepsi i musimy włożyć jeszcze bardzo dużo pracy, by zgrać się w stu procentach. Jedziemy na igrzyska i miejmy nadzieję, że wszyscy powołani dotrwają do nich w zdrowiu, by móc bić się o złoto.

 

Czy podczas tak ważnego meczu, jak ten sobotni z Francją lub niedzielnego ze Słowenią, gdy Tokio pojawiło się już na horyzoncie, pojawił się stres?

 

Ja tego nie odbieram jako stres, ponieważ nie stresuję się ani przed, ani w trakcie meczu. Są takie momenty, że czujesz zbliżający się cel i nie da się uciec od wszelkich kalkulacji. Słoweńcy pokazali w niedzielę, że są bardzo dobrą drużyną, w pierwszym secie zagrali bardzo dobrze na zagrywce, a później kończyli niesamowite piłki w ataku. Moim zdaniem nieco "na farcie", bo ci goście nigdy tak nie grają... Poczuli po prostu krew przy pełnych trybunach i zaczęli grać z fantazją. Wiedzieliśmy, że musimy przeczekać ten moment, bo w końcu się on skończy.

 

O co chodziło po drugim secie i po całym meczu, gdy głośno pokrzykiwałeś, za co otrzymałeś zresztą żółtą kartkę, a po spotkaniu doszło nawet do jakiejś utarczki słownej.

 

Podszedłem do sędziego i zapytałem, dlaczego dał mi żółtą kartkę, ponieważ zupełnie tego nie rozumiałem. Jeśli zobaczycie Państwo powtórki, to będzie widać na nich, że po nieudanej zagrywce Słoweńców na koniec drugiego seta, jedynie spojrzałem w ich stronę i się uśmiechnąłem, a potem od razu odwróciłem się do kolegów z drużyny. Nie powiedziałem ani słowa i dlatego podszedłem do sędziego, który próbował mi wytłumaczyć się krzyczałem coś do rywali. Powiedziałem mu, że może sobie sprawdzić powtórki. Nic nie zrobiłem, a i tak dostałem kartkę, ale jestem już przyzwyczajony do takich rzeczy. Nawet jeśli czegoś nie zrobię, to i tak zawsze ktoś powie, że to zrobiłem.

 

Czy zgodzisz się, że to był mecz przypominający półfinał igrzysk olimpijskich? Taki z gatunku "być albo nie być"?

 

Dla mnie osobiście mecz z Francją mógł być ostatnim w reprezentacji, bo nie ma co ukrywać, że nie jestem najmłodszym zawodnikiem i drużynie narodowej poświęciłem już dziesięć lat. Grałem więc tak, by nawet w przypadku porażki móc sobie powiedzieć, że zrobiłem wszystko. Jako drużyna zrobiliśmy bardzo dużo w celu wywalczenia awansu do Tokio, ale na pewno nie jest to jeszcze nasze ostatnie słowo.