Gdy do zestawu Heynen-Leon dodamy jeszcze kapitana drużyny, Michała Kubiaka, który też stawia przed sobą najwyższe cele, to widzimy że wszyscy myślą o tym samym, po prostu chcą wygrywać. Za chwilę mistrzostwa Europy, a w przyszłym roku igrzyska olimpijskie.

 

Heynen ma z czego wybierać. W każdej dyscyplinie rywalizacja rodzi sukces. I tak właśnie jest w naszej siatkówce. Jest bezkompromisowy kapitan, typ prawdziwego przywódcy, są znakomici zawodnicy wciąż głodni wielkich zwycięstw. A przecież w tej drużynie, która wygrała turniej w Gdańsku nokautując Francję 3:0 nie było MVP ostatnich mistrzostw świata Bartosza Kurka. Jeśli wróci na czas, to jeszcze wzmocni zespół, który i tak ma ogromny potencjał.

 

Przed laty, gdy pytałem polskich trenerów o cele przed wielką imprezą omijali w swych odpowiedziach podium szerokim łukiem. Dopiero Raul Lozano, a po nim Daniel Castellani i Andrea Anastasi odważniej mówili o medalach. I być może dlatego je zdobywali. Lozano poprowadził naszą reprezentację do finału mistrzostw świata, Castellani sięgnął po pierwszy w historii polskiej siatkówki złoty medal mistrzostw Europy, zaś Anastasi wygrał Ligę Światową, też po raz pierwszy, nie mówiąc o innych sukcesach. Kolejny człowiek bez kompleksów to Stephane Antiga wsparty Philippe Blainem sięgający w trenerskim debiucie po mistrzostwo świata. Ale on też, podobnie jak jego poprzednicy miał swoje gorsze chwile i bolesne porażki.

 

Trzeba jednak przyznać, że rachunek zysków i strat jest dodatni, możemy mówić, że mamy szczęście do zagranicznych szkoleniowców. Oni z kolei mieli szczęście mogąc pracować z zawodnikami o takim potencjale. Jedni i drudzy, jak widać byli sobie potrzebni.

 

Heynen różni się wszystkim od swych poprzedników. Sposobem bycia, metodami pracy, podejściem do graczy. Nie brakowało głosów, że to szarlatan, który wcześniej czy później dozna klęski, ale Heynen na razie zamyka wszystkim usta. Niemców doprowadził przecież do medalu mistrzostw świata w 2014 roku, prowadzona przez niego Belgia zameldowała się w półfinale ME dwa lata temu, rok później miał już złoto MŚ z Polakami.

 

Teraz w pierwszym podejściu wywalczył olimpijski awans. I już mówi o kolejnym celu, o olimpijskim podium. I to o jego najwyższym stopniu. I nie są to puste słowa. Heynen wie, że to jest możliwe.

 

Najważniejsze, że po zwycięstwach w Ergo Arenie ma rok na przygotowania do igrzysk w Tokio. I tylu kandydatów do gry w olimpijskim turnieju, że mógłby złożyć z nich dwie lub trzy drużyny. Myślę, że tego potencjału, ani bezcennego czasu który teraz ma, nie zmarnuje.