Jednostka do zadań specjalnych

Inne

Patrząc na naszą reprezentację śmiało można zaryzykować tezę, że wynik gdańskiej kwalifikacji olimpijskiej nie jest żadną niespodzianką. Było nie było, turniej wygrali mistrzowie świata, więc gdzie tu upatrywać sensacji? Polacy ograli niżej notowanych Francuzów, Słoweńców i Tunezyjczyków. A że nie obyło się bez wątpliwości, czy obaw? Nic tu dziwnego. Obawy zawsze są.

Nie było żadną tajemnicą, że tak naprawdę turniej rozstrzygnie się w sobotę. Francja to bardzo niewygodny rywal. Dodatkowo - posługując się żargonem sportowym - ostatnio wyjątkowo nam nie leżał. Na szczęście wszystko udało się pięknie odczarować. Polacy zagrali niemal perfekcyjnie, fantastycznie w tym meczu zgrała się z siatkarzami publiczność, takiego klimatu i atmosfery na meczach naszej reprezentacji naprawdę już dawno nie było, ostatni raz chyba podczas pamiętnych mistrzostw świata w 2014 roku, kiedy najpierw ogrywaliśmy w Łodzi Rosję zapewniając sobie udział w półfinale i później już w samym finale z Brazylią w Spodku. Coś rewelacyjnego!
 
W niedzielę trzeba było postawić kropkę nad „i” i wygrać jednego seta ze Słowenią. Tak się akurat złożyło, drugim naszym przeciwnikiem, który podobnie jak Francja, kompletnie nam dotąd nie leżał. To przecież Słoweńcy wyrzucili nas z mistrzostw Europy w 2017 roku wygrywając z nami w Krakowie 3:0.
 
Po pierwszych piłkach wczorajszego meczu zaczęły wracać koszmary sprzed dwóch lat. Na szczęście nie trwały długo, bo choć pierwszy set padł łupem gości, to końcówka drugiego należała już do biało-czerwonych, którzy niczym jednostka do zadań specjalnych po prostu wykonała swoje bojowe zadanie. Ręka nie zadrżała ani Wilfredo Leonowi, ani Michałowi Kubiakowi, to rywale pomylili się w decydujących piłkach.
 
Wygrany set zakończył rywalizację o olimpijskie paszporty. Vital Heynen swoich pierwszoplanowych żołnierzy posadził na ławce, natomiast w bój posłał zmienników, którzy dokończyli dzieła i po raz kolejny udowodnili, że pokłady możliwości reprezentacji Polski są praktycznie nieograniczone. Polacy ostatecznie wygrali mecz 3:1 i można było zacząć świętowanie. W tym momencie w rolę wodzireja wcielił się Heynen, który jak nikt inny potrafi kupić i zjednać sobie kibiców. 
 
Awans na igrzyska w Tokio już za pierwszym podejściem daje ogromny spokój i dość duży komfort w przygotowaniach do imprezy czterolecia. Mając w pamięci to wszystko, co blisko cztery lata temu działo się w Berlinie przed igrzyskami w Rio, wypada się teraz tylko uśmiechnąć. Zamiast myśleć o styczniu można spokojnie przygotować się do mistrzostw Europy. Ciekawe jaki pomysł na ten turniej ma Heynen? Jednostka specjalna? Ekipa z Chicago? A może jeszcze coś innego?
Marek Magiera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze