Marta Ćwiertniewicz: Na początku nie mogę nie zapytać o to, jak poznaliście się z Wilfredo?
 
Małgorzata Leon: Poznaliśmy się przez wspólnego kolegę, który skomunikował nas przez Messengera. Po kilku miesiącach pisania postanowiliśmy spotkać się na żywo. Była ku temu okazja, bo reprezentacja Kuby zakwalifikowała się do turnieju finałowego Ligi Światowej, który odbywał się w Gdańsku. Tam mieliśmy czas na spokojną rozmowę, na to, by lepiej się poznać. Dzięki temu zdecydowaliśmy się utrzymywać kontakt dłużej, choć na odległość nie było to proste. Taki kontakt na dystans trwał aż do jego wyjazdu z Kuby w 2014 roku.
 
Długo czekaliśmy na jego debiut w reprezentacji Polski. Jak to się zaczęło? Kto wyszedł z inicjatywą, by zaczął ubiegać się o możliwość gry w reprezentacji Polski?
 
To wyszło dosyć naturalnie. Podczas naszego poznania się i w momencie, kiedy wyjeżdżał z Kuby nie było takiego tematu. Nie myśleliśmy o tym, by ubiegał się o grę w reprezentacji Polski. Naturalnie z biegiem czasu ubiegałby się o obywatelstwo czy kartę pobytu. Kiedy obywatelstwo zostało przyznane i otworzyła się furtka, zostały poczynione odpowiednie kroki, by w tej reprezentacji zagrał i w końcu ten moment nastąpił.
 
Jakie emocje towarzyszyły Pani podczas debiutu męża w reprezentacji, a jakie towarzyszyły Pani?
 
Mój mąż nie lubi mówić o emocjach. Domyślam się, że buzowało w nim sporo pozytywnych uczuć, łącznie z adrenaliną pobudzającą do walki. Ja byłam zestresowana nie tylko tym, jak się zaprezentuje, ale także tym, jak zostanie odebrany przez kibiców i jak będzie się czuł wewnątrz tej reprezentacji na boisku. Kulminacja moich nerwów nastąpiła podczas turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich w Gdańsku.
 
Jakiś czas temu powiększyła się Wasza rodzina, pojawiła się córeczka. W jaki sposób pojawienie się dziecka wpłynęło na męża?
 
Dziecko zawsze zmienia człowieka. Mój mąż był nad wyraz dojrzały nawet przed pojawieniem się córki na świecie. Teraz na pewno dochodzi ogromna odpowiedzialność za rodzinę i myślenie o tym, co będzie po karierze. Nie mając dzieci można żyć z dnia na dzień, niczego nie planować. Teraz trzeba zagwarantować bezpieczeństwo nie tylko sobie, ale także nowemu pokoleniu.
 
Wilfredo Leon ma na swoim koncie wiele sukcesów. Wśród nich brakuje jednak medalu olimpijskiego. Czy dzięki temu jego motywacja jest jeszcze większa?
 
Złoto olimpijskie to jego ogromne marzenie. Wprawdzie nie tym motywował chęć gry w reprezentacji Polski. Sam powiedział, że jeśli nie będzie miał szansy zagrać w żadnej innej drużynie narodowej po wyjeździe z Kuby to trudno, marzenie zostanie pogrzebane. Po dwóch minimalnych porażkach w turniejach kwalifikacyjnych w 2008 i 2012 roku, gdzie o awansie zadecydowały może dwie piłki, na pewno w mężu drzemie wielka chęć nie tylko na to, by pojechać na igrzyska, ale na to, by powalczyć o najwyższe cele. On zawsze celuje w złoto. Chciałabym wierzyć, że za rok będziemy na dobrej drodze, by je zdobyć.
 
Pani mąż rozegrał bardzo wiele ważnych spotkań w swojej karierze. Czy podczas finału Ligi Mistrzów czy Klubowych Mistrzostw Świata czuła Pani takie same emocje, jak podczas meczów reprezentacji, czy jednak serce ściska mocniej, gdy mąż gra w biało-czerwonych barwach?
 
Na tym etapie, kiedy to były sparingi, to te emocje nie były aż tak wielkie. Podczas meczów o najwyższą stawkę, jak turniej kwalifikacyjny czy igrzyska olimpijskie, będę totalnie zestresowana. Co prawda mąż zawsze mówi mi „To ja zajmuję się tym, co dzieje się na boisku. Ty się zrelaksuj, oglądaj”, ale to nie jest takie proste. Rodzina i kibice są zestresowani, podekscytowani, czują mocne bicie serca. Ja takie emocje czułam podczas rozgrywek klubowych. Bywało naprawdę gorąco i emocje były skrajne. Spodziewam się, że podczas ważnych meczów reprezentacji Polski będą jeśli nie równe, to jeszcze mocniejsze.
 
Jak porozumiewacie się Państwo w domu? W jakim języku mówicie do córeczki?
 
Do córeczki mówimy po polsku, ale między sobą rozmawiamy po hiszpańsku. Mogłabym bardziej przyczynić się do nauki naszego języka przez męża, jednak tak jest nam po prostu trochę łatwiej. Na początku naszej znajomości mój mąż nie potrafił nawet powiedzieć „dzień dobry”. Od zawsze było to bardziej naturalne, że rozmawialiśmy po hiszpańsku. Trudno mi to zmienić. Do córeczki mówimy po polsku, bo jest to bardzo trudny język. Jeżeli od początku nie opanuje się polskich słów czy wyrażeń, to ciężko jest później w pełni płynnie mówić. Priorytetem było dla nas, żeby mówić do Natalii po polsku gdziekolwiek jesteśmy. Włoskiego czy rosyjskiego nie zna w ogóle, bo była bardzo mała. Polski zna bardzo dobrze, jak na swój wiek, łącznie ze śpiewaniem piosenek i recytowaniem wierszyków.
 
Marzy Pani o tym, by za kilka lat mąż przeniósł się na stałe do polskiej ligi?
 
Życie w Polsce byłoby na pewno łatwiejsze i przyjemniejsze. Myślę, że jest szansa, by Wilfredo znalazł się w polskim klubie. Tym bardziej, że PlusLiga stoi na bardzo wysokim poziomie. Przyjemność z grania byłaby ogromna. Wszystko zależy od tego, jakie oferty mąż będzie miał. Jesteśmy bardzo pozytywnie nastawieni do tego pomysłu. Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że jeśli nie następny kontrakt, to jeszcze kolejny mąż podpisze w Polsce.
 
Wielu ekspertów mówi, że Wilfredo Leon jest najlepszym siatkarzem na świecie. Jest Pani dumna z męża?
 
Trudno byłoby nie być dumnym z takiego męża! On jest znakomity nie tylko na boisku. Jest także świetnym mężem i ojcem. Nawet gdyby zakończył karierę, to wiem, że jest bardzo dobrym człowiekiem. Duży wpływ na to mieli jego rodzice. Duma mnie rozpiera za każdym razem kiedy jest na boisku i poza nim.
 
Cała rozmowa z Małgorzatą Leon w załączonym materiale wideo.