Magiera: To były dwa tygodnie święta i zabawy

Siatkówka
Magiera: To były dwa tygodnie święta i zabawy
Fot. Cyfrasport

Podsumowując zakończone w niedzielę mistrzostwa Europy z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że były to niezwykle udane dwa tygodnie. I to niemalże pod każdym względem. Sportowo było elegancko, organizacyjnie w sumie też, choć kilka rzeczy można było przygotować zdecydowanie lepiej, ot choćby ceremonię zakończenia turnieju. Ogólnie jednak impreza na duży plus.

Co cieszy najbardziej? Mimo wszystko chyba fakt, że trybuny wypełniły się kibicami i żyły podczas meczów. Atmosfera podczas spotkań Polek w Łodzi i Turczynek w Ankarze była niesamowita. Dla wielu siatkarek było to całkiem nowe doświadczenie, a dla wielu jedyne i niepowtarzalne, które wspominać będą do końca życia.

Nie tędy droga


Najwięcej znaków zapytania dotyczy przyjętej formuły rozgrywania turnieju. Cztery kraje w roli gospodarzy to chyba jednak za dużo, przynajmniej o dwa, podobnie ma się rzecz jeśli przyjrzymy się rywalizacji 24 zespołów. Dysproporcje między najlepszymi, a najsłabszymi są zbyt wyraźne. Argument, że chodzi o popularyzację dyscypliny nie za bardzo przekonuje, bo jak spopularyzować siatkówkę wśród kibiców w kraju, który z kretesem przegrywa mecz 0:3 i zdobywa po piętnaście punktów w secie? Kibice kochają sukcesy, kochają zwycięstwa, bo o to w tej zabawie chodzi, porażki nikogo na świecie nie interesują.

Istota sportu


Druga rzecz dotyczy systemu grania w sześciozespołowych grupach. Niestety, system ten sprzyja różnego rodzaju kombinacjom, aby przygotować sobie najlepszą drabinkę w drodze do decydujących meczów o medalach i może dochodzić do sytuacji, że komuś będzie się „opłacało” przegrać mecz, żeby później mieć łatwiej.

 

Oczywiście w sporcie zawodowym liczy się efekt finalny, czyli zwycięstwo w turnieju, z drugiej strony istotą sportu jako takiego jest przecież wygrywanie. Niestety do takich sytuacji prowokują zasady rozgrywania turnieju i możliwość zamiany miejsc w grupowych tabelach, tylko po to, aby drużyny pełniące obowązki gospodarza grały mecze 1/8 finału u siebie. I tak, ktoś kto był drugi może zostać przestawiony na miejsce trzecie, a ktoś kto był trzeci na miejsce czwarte. Działa to też w odwrotną stronę. Czwarty może zostać trzecim, a trzeci drugim. Trochę to ze sportowego punktu widzenia dziwne, by nie powiedzieć dosadniej.

Ogień z każdej strony


Jeżeli chodzi o aspekt sportowy, to finałowa rozgrywka wyraźnie wskazała kierunek, w którą stronę idzie kobieca siatkówka. Siła, siła i jeszcze raz siła. Całkiem niedawno wystarczyło mieć jedną dobrą skrzydłową i można było pokusić się o jakąś niespodziankę, o dobry wynik. Teraz nie ma na to szans. Na podium w Ankarze stanęły najsilniejsze i najbardziej ofensywne zespoły turnieju, więc nie ma tu mowy o żadnym przypadku.

 

Czwarte miejsce naszej reprezentacji jest znakomitym wynikiem, potwierdzającym tezę, że drużyna trenera Jacka Nawrockiego idzie w dobrym kierunku. Przeglądając portale społecznościowe widać, że wielu kibiców jest rozczarowanych. Chyba jednak niesłusznie, bo serducho i marzenia to jedno, a umiejętności to drugie. Tych nam w Ankarze zabrakło. I nie chodzi tu o umiejętności stricte siatkarskie, bo te nasza drużyna oczywiście posiada. Chodzi o umiejętność wygrywania. A to przychodzi z czasem. Właśnie tą umiejętnością Serbia wyszarpała mistrzowski tytuł, bo gdy wydawało się w tie-breaku, kiedy Turczynki prowadziły 9:6, że już wszystko jest pozamiatane, to właśnie wtedy wyszło ogromne doświadczenie - było nie było - aktualnych mistrzyń świata.

Kibice jak zwykle na medal


Na koniec słowo o kibicach. Tych w Polsce i zasiadających na trybunach Atlas Areny w Łodzi. Wszystkie ekipy, które przyjechały do naszego kraju były zachwycone postawą fanów i każdej z nich pewnie coś zapadnie w pamięci na długo. Rytmiczne oklaski podczas odgrywania hymnu Italii przed meczem z Polską wywołały na twarzach Włoszek oraz członków całej ekipy szerokie uśmiechy, bo u nich w kraju takie zachowanie widowni to... standard.


Niesamowicie musiała się czuć grupka rosyjskich kibiców po przegranym ćwierćfinale z Włoszkami, kiedy ubrani w ludowe stroje rosyjskie opuszczając halę z głośnym okrzykiem „Ra-si-ja” pożegnani zostali przez polskich kibiców gromkimi brawami. Wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale tak rzeczywiście było.

Marek Magiera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze