Jadąc w stronę Opola, które uchodzi za stolicę polskiej piosenki a konkretnie do jednej z dzielnic miasta - Grudzic, gdzie mieszka Jerzy Szczakiel, można napotkać rondo imienia legendarnego żużlowca. Ale to nie wszystko. Na środku ronda znajduje się wysepka, gdzie można ujrzeć motocykl z napisem "Eda" - bo taki własnie przydomek miał Indywidualny Mistrz Świata z 1973 roku. Nic w tym dziwnego, bo Jerzy Szczakiel to legenda tamtejszego Kolejarza, w którym spędził całą karierę w latach 1967-1979.

 

I trudno uwierzyć w to, że miłość Szczakiela do czarnego sportu zaczęła się od... siostry, która uwielbiała motocykle. Sam zainteresowany zdradził historię, która przekonała go do tego, aby spróbować swoich sił w sporcie. - Zawsze myślałem o tym, żeby osiągnąć coś w życiu, żeby zaistnieć. W domu nie było biedy, ale ja zawsze lubiłem gdzieś pracować. Można było dostać dwadzieścia, pięćdziesiąt złotych. Kiedyś pracowałem od rana przez wiele godzin w ogródku, gdzie grabiłem, czyściłem. Właściciel ogródka mnie pochwalił, powiedział, że bardzo ładnie wszystko zrobiłem, następnie wyciągnął portfel i dał mi... dwa złote. Przyszedłem do domu i mama powiedziała mi, żebym tak sobie ułożył życie, żebym nigdy nie musiał pracować za dwa złote. Zapamiętałem te słowa i tak się stało - zaznaczył.

 

Jerzy Szczakiel zadebiutował w rozgrywkach ligowych w barwach Kolejarza Opole zaledwie po... kilku treningach. Powodem były absencje w składzie. Poradził sobie na tyle dobrze, że jego kariera powoli nabierała rozpędu. W 1969 roku sięgnął po Srebrny Kask oraz zajął piąte miejsce w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski na torze w Rybniku.

 

Najlepsze przed Szczakielem miało dopiero nadejść. Świetna jazda na polskich owalach znalazła swoje odzwierciedlenie na arenie międzynarodowej. W 1971 roku wespół z Andrzejem Wyglendą zdobył złoto w mistrzostwach świata par. Zadebiutował także w zmaganiach indywidualnych na torze w Goteborgu. Wówczas skończyło się na 15. miejscu bez zdobyczy punktowej.

 

2 września 1973 roku. Stadion Śląski w Chorzowie. Czas na kolejne emocje związane ze światowym finałem indywidualnych mistrzostw świata na żużlu. Kocioł Czarownic wypełniony po brzegi. Faworytem gospodarzy, który miał ujarzmić wielkiego czempiona jakim był niewątpliwie Nowozelandczyk Ivan Mauger, był Zenon Plech. Ten wieczór należał jednak do kogoś innego.

 

- Wstałem o szóstej rano, umyłem i ogoliłem się. Czekałem na mechanika i razem pojechaliśmy do kościółka. Mieliśmy ze sobą dwa motocykle. Ksiądz wyszedł i pokropił je dla szczęścia. Później okazało się, że to szczęście było. W Chorzowie w hotelu uciąłem sobie drzemkę i taka pani Polakowa budzi mnie i mówi "Jurek, ubieraj się, bo zaraz masz zawody". Mnóstwo kibiców już krzyczało moje przezwisko "Eda! Eda! Dzisiaj mistrzem świata!". Myślę sobie, że ze mnie kpią i będą się śmiać - przyznał z uśmiechem na ustach Jerzy Szczakiel, który kamerę Polsatu Sport wpuścił do swojego pokoju, w którym trzyma najcenniejsze pamiątki. Zawody w Chorzowie zaczęły się dla niego wyśmienicie. - Pierwszy bieg wygrywam, drugi bieg wygrywam, trzeci bieg wygrywam. W czwartym biegu przegrywam z Grigorijem Chłynowskim, a to dlatego, że uciekł mi "po małej". Goniłem go, ale nie udało mi się go dogonić. Później był bieg dodatkowy z Maugerem. Na losowaniu pól startowych dałem mu pierwszeństwo wyboru. Ucieszył się, wylosował pierwszy tor. Ja wylosowałem ten teoretycznie gorszy - trzeci. Stanąłem w koleinie - nie za głębokiej, nie za płytkiej. Przed wyścigiem uzgodniłem z mechanikiem, żeby przypomniał mi, że "start i krawężnik". Ze startu wyszedłem na prowadzenie. Na trzecim okrążeniu Mauger chyba wszedł za ostro pode mnie. Czułem, że mnie dotknął, ale nie wiedziałem, że się przewrócił. Na następnym okrążeniu widziałem, że go podnoszą. Potem meta i zostałem mistrzem świata - rzekł Szczakiel.

 

Teraz Jerzy Szczakiel z entuzjazmem wraca wspomnieniami do wielkiej kariery. - Źle nie było. Nie mogę narzekać, bo bym zgrzeszył - skwitował IMŚ z 1973 roku.

 

Reportaż o Jerzym Szczakielu w załączonym materiale wideo.